Cały on - Howard Hughes. Milioner, pasjonat lotnictwa i kina, łowca przygód i pięknych kobiet. Perfekcjonista, który zrobi wszystko, aby zrealizować własne marzenia. Ale jednocześnie człowiek, który przegrywa i musi zmagać się z własnymi słabościami.
Życiorys Hughesa działa na wyobraźnię i aż dziwne, że ten gotowy scenariusz wykorzystał dopiero Scorsese, robiąc zresztą "Aviatora" z rozmachem charakterystycznym dla jego głównego bohatera. W filmie roi się od gwiazd, nawet drugo- i trzecioplanowe role obsadzili znani aktorzy. Nie zawiódł DiCaprio, który brawurowo, ale bezbłędnie zagrał charyzmatycznego milionera. Bez zarzutu są zdjęcia, a scena, w której Hughes rozbija się w czasie oblatywania prototypu samolotu szpiegowskiego, to prawdziwa maestria kamery.
A jednak film nie przekonuje. Scorsese pokazał Hughesa z sympatią, którą jednak zwykłemu widzowi ciężko zrozumieć. W końcu jak można lubić rozpieszczonego milionera, który bawi się rozbijając samoloty kupione za pieniądze rodziców. Podczas gdy normalni ludzie harują w pocie czoła od rana do nocy, Hughes romansuje z pięknymi aktorkami i goni za własnymi, bardzo drogimi marzeniami. Scorsese jego dziwactwa stara się usprawiedliwić traumatycznymi przeżyciami z dzieciństwa, rozłąką z rodzicami, jednak te argumenty wydają się naciągane. I choć bez wątpienia "Aviator" to kino pełną gębą i pokaz możliwości filmowego rzemiosła, trochę zabrakło mu wiarygodności.
Agaton Koziński
"Aviator" ("The Aviator"), reż. Martin Scorsese, Japonia/Niemcy/USA, 2004