I w tym miejscu kończą się komplementy, jakimi można obdarzyć "Dom latających sztyletów". Fabuła filmu, będąca mieszaniną romansu oraz dramatu o trudnych życiowych wyborach, jest płytka i banalna. Akcja sprowadza się do ciągłych ucieczek, pogoni i scen pojedynków, którymi są one poprzeplatane. Cała reszta, kryzys systemu władzy w Chinach, historycznego zakrętu, na jakim znalazł się ten kraj w tamtych czasach, jest pokazana fatalnie, zepchnięta na głęboki dalszy plan i całkowite nieczytelna.
W rezultacie z produkcji, która miała być wycieczką w głąb przeszłości Państwa Środka, powstał kiczowaty film akcji wzbogacony elementami chińskiej kultury przedstawionej w cepeliowej wersji. Konwencja filmów o Dalekim Wschodzie, którą wypracował "Przyczajony tygrys, ukryty smok", zdaje się powoli wyczerpywać. Dlatego groźnie brzmią zapowiedzi reżysera Zhang Yimou, który chce nakręcić kolejny film w stylu wuxia.
Agaton Koziński
"Dom latających sztyletów" ("Shi Mian Mai Fu"), reż. Zhang Yimou, Chiny, 2004