- Ala żyje! - powiedział szeptem Maciuś (5). Wychodziliśmy z przedszkola. Czułam, że to jego największy sekret, że ciężko mu o tym mówić.
- Tak? - zapytałam zaskoczona, też szeptem.
- Nie mogę ci powiedzieć - zawahał się.
Chciał ale czułam, że to miała być wielka tajemnica. Po chwili chęć podzielenia się ze mną czymś zakazanym jednak wygrała:
- Kolega z mojej grupy spotkał Alę. Tylko nie mów nikomu! - prosił Maciuś.
- A gdzie ją spotkał? - zapytałam.
- Na cmentarzu. Tam teraz mieszka - wyjaśnił (szeptem) Maciuś.
Poczuł ulgę. Po pierwsze dlatego, że mi powiedział, a po drugie uwierzył, że Ala żyje, że nie umarła tak jak mówili dorośli.
Przypomniała mi się dramatyczna chwila po Sylwestrze. Przeczytałam rano, że 5-letnie dziecko z Warszawy zginęło nieszczęśliwie podczas pokazu fajerwerków. Czułam ból jaki czuli rodzice dziecka. Czułam wyrzuty sumienia, że namówiłam Maćka (seniora), żeby pojechał kupić sztuczne ognie, abyśmy mogli zrobić własny pokaz w ogrodzie dla dzieci. Miałam przed oczami Wojtka, który trzy lata temu oberwał petardą w głowę. Na szczęście rana była powierzchowna, choć mocno krwawiła. Na studiach z kolei mój kolega stracił palec przez petardę, bo za późno puścił petardę!
Przeklinałam fajerwerki!
- Chciałam z tobą porozmawiać na osobności - powiedziała Magda, intendentka z przedszkola.
Była bardzo smutna. Poczułam strach:
- Maciuś?! Coś się stało?! - zapytałam przerażona. Serce waliło mi jak oszalałe!
- Lepiej usiądź! - usłyszałam.
Nogi się pode mną ugięły. To był jeden z najtrudniejszych momentów.
- Pewnie słyszałaś o dziecku, które w sylwestra zginęło od fajerwerków? - zaczęła Magda.
- Tak. To straszne. Bardzo to przeżyłam - powiedziałam.
- To nasza Ala. Z grupy Maciusia - powiedziała Magda.
Załamałam się. Najpierw cierpiałam czytając tę straszną wiadomość w internecie. Teraz ten dramat był jeszcze bardziej namacalny. Myślałam o Ali, o jej rodzicach. Nie potrafiłam myśleć. Płakałam. Poczułam ulgę, że z Maćkiem wszystko w porządku. Byłam kompletnie zdezorientowana. Chyba nie tak to wszystko powinno przebiegać.
- Przekazujemy na osobności dramatyczną wiadomość, bo to rodzice powinni przekazać dzieciom tę trudną wiadomość - usłyszałam na koniec.
Wyszłam z gabinetu dyrektorki. Pobiegłam po Maciusia. Cieszyłam się na jego widok jeszcze bardziej niż zwykle! Chciałam schować go do kieszonki i uciec przed okrutnym światem. Przed dramatami, które dzieją się każdego dnia, czy nam się to podoba czy nie!
- Boga nie ma! - myślałam.
Nie potrafiłam sobie racjonalnie wytłumaczyć śmierci dziecka.
Wsiadając do samochodu miałam pustkę w głowie. Płakałam.
- Dlaczego płaczesz? - zapytał Maciuś.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Nigdy nie rozmawiałam z nim o śmierci. Nie było okazji. Szczęśliwie naszą rodzinę omijały ostatnio ciężkie choroby i śmierć bliskich.
Kupiłam kiedyś książkę dla dzieci o trudnym temacie umierania: „Czy umiesz gwizdać Joanno?”. Leży od miesięcy na półce. Czeka na odpowiedni czas...
- Coś wpadło mi do oka - uspokajam Maciusia.
Było ciemno kiedy wchodziliśmy do domu. To nie był najlepszy moment. Jaki jest dobry?!
Czułam się kompletnie zagubiona, Nie czułam się na siłach. Nie wiedziałam, co jest odpowiednie dla pięciolatka. Byłam zła na przedszkole, że podjęło decyzję, że to rodzice indywidualnie powinni poinformować dzieci. Intuicyjnie czułam, że byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby przedszkolny psycholog w trybie pilnym przeszkolił pracowników przedszkola, co powinni powiedzieć dzieciom w tej trudnej, dramatycznej chwili! Liczyłam, że psycholog zaprosi nas na spotkanie i podzieli się swoimi doświadczeniami, jak rozmawiać z dziećmi o śmierci. Albo chociaż wyśle maila, co powinniśmy powiedzieć naszym dzieciom! Skoro można wysyłać maila o balu karnawałowym...
Nie było maila.
- Nie powinniśmy mu mówić prawdy - uważał Maciek.
- To, co powinniśmy mu powiedzieć? Co usłyszą inne dzieci z grupy? Co powiedzą mu jutro w przedszkolu? - pytań przybywało. Brakowało odpowiedzi.
Zasnęłam kompletnie zdezorientowana. Rano zawiozłam Maciusia do przedszkola. Nie wiedziałam, czy inne dzieci z grupy już się dowiedziały, czy nie? Co usłyszały od swoich rodziców? W grupie jest ponad 20 dzieci. Tyle samo różnych światopoglądów. Co zapamiętały? Jak zmierzyły się ze śmiercią pięcioletniej koleżanki z grupy? Co teraz czują? O co pytały rodziców?
Głowa pękała mi w szwach. Chciałam zawrócić z Maciusiem do domu. Uciec od strasznej rzeczywistości. Stanęłam na poboczu. Pomyślałam o rodzicach Ali. Chciałam im jakoś pomóc, nie wiedziałam jak. Mieliśmy tyle samo dzieci...
- Na szczęście mają jeszcze troje dzieci - usłyszałam głosy.
Chciałam wyć do księżyca! chciałam rozszarpać ich na kawałki Za to jedno zdanie!
- Jakie to ma znaczenie, czy ma się dwoje, troje, czworo, czy jedno dziecko?! Jak umiera dziecko, serce rodzica pęka dokładnie tak samo! - mówiłam do siebie.
- Nieprawda! - ktoś miał inne zdanie:
- Jak umiera jedynak, nie chce się żyć!
Nie zgadzałam się!
- Jak umiera dziecko, nie chce się żyć! Nie ma znaczenia ile tych dzieci mamy! - myślałam.
Uciekłam gdzie pieprz rośnie od tej licytacji. Nie mogłam! Nie miałam siły! Nie jestem ekspertem! Nie chcę nim być! Byłam załamana! Rozsypałam się kompletnie w samochodzie. Kolejny raz. Obiecałam sobie, że nigdy nie kupię fajerwerków...
Zastanawiałam się, czy stanęłam na wysokości zadania?! Czy odpowiednio przekazałam Maciusiowi tę straszną nowinę, żeby go nie wystraszyć, żeby go pocieszyć, żeby mu wytłumaczyć okrucieństwo życia...
Powiedziałam w kilku zdaniach, że każdy człowiek kiedyś umiera, że zdarzają się tragiczne wypadki, że czasem małe dzieci chorują na ciężkie choroby... Powiedziałam, że zdarzył się nieszczęśliwy wypadek, że Ali już nie będzie w przedszkolu...
W takich momentach wierzący mają o wiele łatwiej. Niebo działa na dzieci uspokajająco. Daje nadzieję. Cmentarz to największa dziecięca trauma. Budzi strach i przerażenie. Z trumną nie można się oswoić! Chcemy wierzyć, że nigdy nie umrzemy, że po śmierci coś jest! Co? Każdy dowie się w swoim czasie...
- Hurra! Jutro wyjeżdżamy na narty! - przypomniałam Maciusiowi w ostatni czwartek, kiedy przyszłam go odebrać z przedszkola.
- Koledzy powiedzieli mi... Nikomu nie mogę powiedzieć... To tajemnica... - zaczął szeptem Maciuś.
- Ala żyje - wreszcie wydusił...
Wiem, którą książkę przeczytamy po powrocie...
- Nie mogę ci powiedzieć - zawahał się.
Chciał ale czułam, że to miała być wielka tajemnica. Po chwili chęć podzielenia się ze mną czymś zakazanym jednak wygrała:
- Kolega z mojej grupy spotkał Alę. Tylko nie mów nikomu! - prosił Maciuś.
- A gdzie ją spotkał? - zapytałam.
- Na cmentarzu. Tam teraz mieszka - wyjaśnił (szeptem) Maciuś.
Poczuł ulgę. Po pierwsze dlatego, że mi powiedział, a po drugie uwierzył, że Ala żyje, że nie umarła tak jak mówili dorośli.
Przypomniała mi się dramatyczna chwila po Sylwestrze. Przeczytałam rano, że 5-letnie dziecko z Warszawy zginęło nieszczęśliwie podczas pokazu fajerwerków. Czułam ból jaki czuli rodzice dziecka. Czułam wyrzuty sumienia, że namówiłam Maćka (seniora), żeby pojechał kupić sztuczne ognie, abyśmy mogli zrobić własny pokaz w ogrodzie dla dzieci. Miałam przed oczami Wojtka, który trzy lata temu oberwał petardą w głowę. Na szczęście rana była powierzchowna, choć mocno krwawiła. Na studiach z kolei mój kolega stracił palec przez petardę, bo za późno puścił petardę!
Przeklinałam fajerwerki!
- Chciałam z tobą porozmawiać na osobności - powiedziała Magda, intendentka z przedszkola.
Była bardzo smutna. Poczułam strach:
- Maciuś?! Coś się stało?! - zapytałam przerażona. Serce waliło mi jak oszalałe!
- Lepiej usiądź! - usłyszałam.
Nogi się pode mną ugięły. To był jeden z najtrudniejszych momentów.
- Pewnie słyszałaś o dziecku, które w sylwestra zginęło od fajerwerków? - zaczęła Magda.
- Tak. To straszne. Bardzo to przeżyłam - powiedziałam.
- To nasza Ala. Z grupy Maciusia - powiedziała Magda.
Załamałam się. Najpierw cierpiałam czytając tę straszną wiadomość w internecie. Teraz ten dramat był jeszcze bardziej namacalny. Myślałam o Ali, o jej rodzicach. Nie potrafiłam myśleć. Płakałam. Poczułam ulgę, że z Maćkiem wszystko w porządku. Byłam kompletnie zdezorientowana. Chyba nie tak to wszystko powinno przebiegać.
- Przekazujemy na osobności dramatyczną wiadomość, bo to rodzice powinni przekazać dzieciom tę trudną wiadomość - usłyszałam na koniec.
Wyszłam z gabinetu dyrektorki. Pobiegłam po Maciusia. Cieszyłam się na jego widok jeszcze bardziej niż zwykle! Chciałam schować go do kieszonki i uciec przed okrutnym światem. Przed dramatami, które dzieją się każdego dnia, czy nam się to podoba czy nie!
- Boga nie ma! - myślałam.
Nie potrafiłam sobie racjonalnie wytłumaczyć śmierci dziecka.
Wsiadając do samochodu miałam pustkę w głowie. Płakałam.
- Dlaczego płaczesz? - zapytał Maciuś.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Nigdy nie rozmawiałam z nim o śmierci. Nie było okazji. Szczęśliwie naszą rodzinę omijały ostatnio ciężkie choroby i śmierć bliskich.
Kupiłam kiedyś książkę dla dzieci o trudnym temacie umierania: „Czy umiesz gwizdać Joanno?”. Leży od miesięcy na półce. Czeka na odpowiedni czas...
- Coś wpadło mi do oka - uspokajam Maciusia.
Było ciemno kiedy wchodziliśmy do domu. To nie był najlepszy moment. Jaki jest dobry?!
Czułam się kompletnie zagubiona, Nie czułam się na siłach. Nie wiedziałam, co jest odpowiednie dla pięciolatka. Byłam zła na przedszkole, że podjęło decyzję, że to rodzice indywidualnie powinni poinformować dzieci. Intuicyjnie czułam, że byłoby lepiej dla wszystkich, gdyby przedszkolny psycholog w trybie pilnym przeszkolił pracowników przedszkola, co powinni powiedzieć dzieciom w tej trudnej, dramatycznej chwili! Liczyłam, że psycholog zaprosi nas na spotkanie i podzieli się swoimi doświadczeniami, jak rozmawiać z dziećmi o śmierci. Albo chociaż wyśle maila, co powinniśmy powiedzieć naszym dzieciom! Skoro można wysyłać maila o balu karnawałowym...
Nie było maila.
- Nie powinniśmy mu mówić prawdy - uważał Maciek.
- To, co powinniśmy mu powiedzieć? Co usłyszą inne dzieci z grupy? Co powiedzą mu jutro w przedszkolu? - pytań przybywało. Brakowało odpowiedzi.
Zasnęłam kompletnie zdezorientowana. Rano zawiozłam Maciusia do przedszkola. Nie wiedziałam, czy inne dzieci z grupy już się dowiedziały, czy nie? Co usłyszały od swoich rodziców? W grupie jest ponad 20 dzieci. Tyle samo różnych światopoglądów. Co zapamiętały? Jak zmierzyły się ze śmiercią pięcioletniej koleżanki z grupy? Co teraz czują? O co pytały rodziców?
Głowa pękała mi w szwach. Chciałam zawrócić z Maciusiem do domu. Uciec od strasznej rzeczywistości. Stanęłam na poboczu. Pomyślałam o rodzicach Ali. Chciałam im jakoś pomóc, nie wiedziałam jak. Mieliśmy tyle samo dzieci...
- Na szczęście mają jeszcze troje dzieci - usłyszałam głosy.
Chciałam wyć do księżyca! chciałam rozszarpać ich na kawałki Za to jedno zdanie!
- Jakie to ma znaczenie, czy ma się dwoje, troje, czworo, czy jedno dziecko?! Jak umiera dziecko, serce rodzica pęka dokładnie tak samo! - mówiłam do siebie.
- Nieprawda! - ktoś miał inne zdanie:
- Jak umiera jedynak, nie chce się żyć!
Nie zgadzałam się!
- Jak umiera dziecko, nie chce się żyć! Nie ma znaczenia ile tych dzieci mamy! - myślałam.
Uciekłam gdzie pieprz rośnie od tej licytacji. Nie mogłam! Nie miałam siły! Nie jestem ekspertem! Nie chcę nim być! Byłam załamana! Rozsypałam się kompletnie w samochodzie. Kolejny raz. Obiecałam sobie, że nigdy nie kupię fajerwerków...
Zastanawiałam się, czy stanęłam na wysokości zadania?! Czy odpowiednio przekazałam Maciusiowi tę straszną nowinę, żeby go nie wystraszyć, żeby go pocieszyć, żeby mu wytłumaczyć okrucieństwo życia...
Powiedziałam w kilku zdaniach, że każdy człowiek kiedyś umiera, że zdarzają się tragiczne wypadki, że czasem małe dzieci chorują na ciężkie choroby... Powiedziałam, że zdarzył się nieszczęśliwy wypadek, że Ali już nie będzie w przedszkolu...
W takich momentach wierzący mają o wiele łatwiej. Niebo działa na dzieci uspokajająco. Daje nadzieję. Cmentarz to największa dziecięca trauma. Budzi strach i przerażenie. Z trumną nie można się oswoić! Chcemy wierzyć, że nigdy nie umrzemy, że po śmierci coś jest! Co? Każdy dowie się w swoim czasie...
- Hurra! Jutro wyjeżdżamy na narty! - przypomniałam Maciusiowi w ostatni czwartek, kiedy przyszłam go odebrać z przedszkola.
- Koledzy powiedzieli mi... Nikomu nie mogę powiedzieć... To tajemnica... - zaczął szeptem Maciuś.
- Ala żyje - wreszcie wydusił...
Wiem, którą książkę przeczytamy po powrocie...