Według warszawskiej prokuratury dla poszczególnych osób zawsze można zrobić wyjątek. Tym samym twórczo, choć zapewne bezwiednie, prokuratorzy rozwinęli i zniekształcili inną maksymę: da mihi factum, dabo tibi ius - przedstaw fakt, a powiem ci, jakie zastosować prawo. W przypadku Włodzimierza Cimoszewicza oczywiście trzeba było dokonać interpretacji jak najbardziej pobłażliwej. To nic, że prokuratorzy nim umorzyli śledztwo w sprawie prawdziwości oświadczeń majątkowych marszałka nie zadali sobie nawet minimum trudu by zweryfikować majątek Cimoszewicza. To nic, że dopóki nie przycisnęła ich komisja śledcza, nie sprawdzili historii rachunku papierów wartościowych Cimoszewicza (a powszechnie wiadomo było, że marszałek taki rachunek ma) - choć właśnie w sprawie akcji wszczęto śledztwo. To nic, że prokuratorzy przyciśnięci przez posłów pokrętnie tłumaczyli, że wystąpili o te dokumenty do Komisji Papierów Wartościowych, choć w rzeczywistości tego nie zrobili. Krótko mówiąc ograniczyli się w zasadzie do przesłuchania Cimoszewicza.
Jak na podejrzliwych stróżów prawa przystało od razu uwierzyli, że marszałek naprawdę się pomylił, a potem z godnym podziwu uporem tkwił w błędzie. Nie pomogły tu nawet uwagi szefa sejmowej komisji etyki.
Trudno było oczekiwać innej decyzji prokuratury. Wszak wszczęcie śledztwa byłoby przyznaniem, że pierwsze umorzenie było błędem.
W 1996 roku na łamach "Wprost" Stanisław Tym prokuratora, który umorzył śledztwo w sprawie afery szpiegowskiej "Olina" określił jako "zezowatego umysłowo". Za to był ciągany po sądach. Dziś można powiedzieć, że w Warszawie sprawiedliwość nie jest ślepa, ale właśnie zezowata.
Grzegorz Indulski