Film trochę rozkoszny

Film trochę rozkoszny

Dodano:   /  Zmieniono: 
"Naga prawda o miłości" stara się być komedią w stylu "Czterech wesel i pogrzebu". Trochę jej się udało.
Kilka lat temu filmoznawca Bożena Stachówna napisała artykuł w miesięczniku "Kino", w którym opisała nową kategorię kinową: filmy rozkoszne. Zaliczyła do niej m.in. takie dzieła jak brytyjskie komedie "Cztery wesela i pogrzeb", "Notting Hill", francuski hit "Amelia" czy dwa filmy Wong Kar-Waia "Chunking Express" i "Upadłe anioły". Według niej, film mieszczący się kategoriach rozkosznego musi być optymistycznym dziełem o idealnie wyważonych proporcjach, majstersztykiem kinowym na niezobowiązujący temat, kończącym się obowiązkowym happy endem. Takie filmy świetnie się ogląda, także nic dziwnego, że okazują się one hitami kinowymi. Dziwi natomiast, że tak niewielu reżyserów stara się kręcić według reguł opisanych przez dr Stachównę. Obejrzenie "Nagiej prawdy o miłości" przynajmniej częściowo wyjaśnia przyczyny braku naśladowców.

Filmy rozkoszne są niezwykle trudne w realizacji. Stachówna podkreśla, że takie dzieło musi być po mistrzowsku nakręcone, mieć idealnie wyważone proporcje między dowcipem i scenami wzniosłymi - inaczej realizm magiczny chrakterystyczny dla tych filmów przepadnie. Tak właśnie dzieje się w "Nagiej prawdzie...". Dziełu Johna Haya brakuje spójności - zgrabny walentynkowy początek zaczyna się w pewnym momencie rozmywać, zbyt duży natłok bohaterów sprawia, że szwankuje dramaturgia produkcji. Dlatego ten film ogląda się nieźle - ale na pewno nie ma się ochoty obejrzeć go jeszcze raz w telewizji, jak miało to miejsce przy "Czterech weselach i pogrzebie".

Agaton Koziński

"Naga prawda o miłości" ("The Truth About Love"), reż. John Hay, USA/Wielka Brytania, 2004