Obecny system finansowania szkół publicznych musi być zmieniony. Brak funduszy powoduje, że uczelnie państwowe nie mogą się rozwijać
Jeszcze do niedawna szkolnictwo wyższe było znakomitym interesem. W 2001 roku rentowność uczelni niepaństwowych - na poziomie 17,1 proc. -była jedną z najwyższych w gospodarce. Nic więc dziwnego, że szkół wyższych przybywa. W roku akademickim 1990/91 było ich 112, w tym tylko sześć prywatnych. W 2002 roku powstało w Polsce 31 nowych szkół niepaństwowych i trzy państwowe.
W efekcie w ubiegłym roku polski maturzysta mógł przebierać w ofercie 272 uczelni prywatnych i 116 państwowych. Do tego doliczyć należy jeszcze szkoły wyższe podległe resortom obrony i spraw wewnętrznych.
Koniec burzy i naporu
Wszystko jednak wskazuje na to, że boom się kończy. Uczelniom prywatnym brakuje kandydatów. W 2002 roku zyski uczelni prywatnych spadły o ponad 10 proc., a rentowność obniżyła się do 14 proc. Uczelnie publiczne boleśnie zaczynają odczuwać spadek zainteresowania studiami zaocznymi, które w dużej mierze nakręcały koniunkturę w latach 90.
Wynik finansowy netto uczelni państwowych w 2002 roku zmniejszył się w stosunku do 2001 o ponad 60 proc.
- Doszło do przesycenia ofertą edukacyjną - tak spadek zysków uczelni tłumaczy prof. dr hab. Marian Harasimiuk, rektor Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.
- Mamy zbyt dużo uczelni niepaństwowych - dodaje prorektor Wyższej Szkoły Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku prof. dr hab. Adam Koseski. Czyżby więc Polskę czekała stagnacja rozwoju szkolnictwa wyższego?
Wszystko na to wskazuje. Uczelnie państwowe narzekają bowiem na stale rosnące koszty. Prowadzą badania naukowe, utrzymują biblioteki działające na zasadach księgozbiorów publicznych, czyli udostępniające swoje zbiory bezpłatnie. - Uczelnie państwowe funkcjonujące jeszcze w poprzednim ustroju, dotowane w całości przez państwo, nadmiernie rozwinęły swoją strukturę administracyjną - uważa rektor warszawskiej Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania prof. Andrzej Koźmiński. Przykładowo Wyższą Szkołę Humanistyczną w Pułtusku, która kształci obecnie 11,8 tys. studentów, obsługuje kwestura zatrudniająca osiem osób. W Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, która kształci 13 tys. osób, podobne zadania wykonuje 34 pracowników.
Sytuację komplikuje też nadciągający niż demograficzny. W najbliższych latach tylko z tego powodu liczba studentów prawdopodobnie spadnie nawet o 20 proc. W efekcie może dojść do likwidacji najsłabszych szkół. - Nadchodzące lata będą trudniejsze, zwłaszcza dla tych uczelni, które nie przywiązywały zbytnio wagi do procesu dydaktycznego, a priorytetowo traktowały osiągane zyski - mówi prof. Koźmiński.
Rektor Wyższej Szkoły Biznesu National-Louis University w Nowym Sączu dr Pawłowski uważa, że zagrożone są także te szkoły wyższe, które dostosowały swoje zaplecze do dużej liczby studentów. Będą bowiem musiały ponosić wysokie koszty utrzymania infrastruktury, przy malejącej liczbie uczących się.
Jak nie wpaść w stagnację
Szkolnictwo wyższe powinno dysponować większymi środkami. Hamulcem zmian jest jednak m.in. konstytucja. Rozbudowane funkcje i gwarantowane tam wydatki socjalne państwa wpływają niekorzystnie na podział środków w budżecie. Edukacja nie jest priorytetem, chociaż udowodniono już, że jest warunkiem szybkiego rozwoju gospodarczego.
Artykuł 70 ustawy zasadniczej stwierdza, że "władze publiczne zapewniają obywatelom powszechny i równy dostęp do wykształcenia. Nauka w szkołach publicznych jest bezpłatna".
- Dzielenie studentów na płacących z własnej kieszeni, czyli zaocznych, i dziennych, finansowanych przez podatników, jest patologią - mówi rektor Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie prof. dr hab. Marek Rocki.
- Zapis ten powinien zostać zmieniony, bo państwa nie stać na bezpłatne kształcenie obywateli - uważa prof. Harasimiuk.
- Z bezpłatnego kształcenia korzystają ludzie zamożniejsi, którzy mają dostęp do rynku korepetycji i stać ich na przygotowanie dziecka do egzaminów na studia.
To, że zmiany zasad finansowania są potrzebne, jest pewne. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się częściowa prywatyzacja i dopuszczenie na szerszą skalę opłat za studia dzienne w szkołach publicznych. Mimo że liczba uczelni niepaństwowych stale rośnie, 80 proc. studentów pobiera nauki na uczelniach finansowanych przez państwo. Opłaty za zajęcia dydaktyczne to obecnie 24,3 proc. przychodów tych szkół.
Z drugiej strony, ponad pół miliona Polaków płaci za naukę w prywatnych szkołach wyższych. Dalsze udawanie, że mamy w Polsce równy i bezpłatny dostęp do wykształcenia, nie ma więc sensu.
Mądrzej wydawać środki
Pomysł wprowadzenia opłat za studia na uczelniach państwowych i skierowania dotacji z budżetu bezpośrednio do najuboższych studentów w formie stypendiów popiera prof. Koźmiński. - Zrównałoby to szanse uczelni niepaństwowych i państwowych oraz uzdrowiłoby patologiczną sytuację w tych ostatnich. Pieniądze byłyby wydawane znacznie rozsądniej - uważa profesor.
Ciekawą propozycję ma rektor Wyższej Szkoły Biznesu National-Louis University dr Krzysztof Pawłowski. - Jedynym skutecznym sposobem, by obniżyć koszty na uczelniach publicznych, jest wprowadzenie konkurencji - mówi Pawłowski. Uważa, że znakomitym narzędziem mógłby być tzw. bon edukacyjny. - Pieniądze z budżetu, moim zdaniem około 3 tys. zł rocznie, podążałyby za studentem - tłumaczy rektor. - Oczywiście MENiS musiałoby doinwestowywać droższe studia, np. medyczne. Resztę zrobiłby jednak rynek. Efektem byłyby nie tylko bankructwa (także uczelni państwowych), ale i wzrost poziomu absolwentów, a to jest najważniejsze - kończy Pawłowski.
Jeśli sposób finansowania publicznych szkół wyższych się nie zmieni, szansą dla nich może być większy dostęp do funduszy unijnych. Zdaniem prorektora WSH w Pułtusku prof. Adama Koseskiego, powinien jednak zniknąć podział na uczelnie państwowe i prywatne. Wtedy liczyć się będzie wyłącznie jakość nauczania.
Pierwsze symptomy tego procesu już się pojawiły. Przykładem mogą być np. porozumienia, które zawarł lubelski UMCS z siedmioma wyższymi szkołami prywatnymi. Uniwersytet udostępnia im swoje programy nauczania i wyraża zgodę na pracę na tych uczelniach swoich pracowników. - Zawieranie tego rodzaju porozumień pozwala na wzajemne uzupełnianie się wyższych szkół państwowych i niepaństwowych i obniżanie kosztów kształcenia - uważa rektor Harasimiuk.
Odpowiedź na pytanie, jak będzie wyglądał rynek szkolnictwa wyższego, nie jest prosta. Szybka zmiana konstytucji jest wątpliwa. Prywatyzacja szkół państwowych bez swobody finansowania nie ma sensu. Wygląda więc na to, że zamiast unormowania sytuacji i urynkowienia całego szkolnictwa wyższego będziemy trwali w tym dziwacznym stanie omijania konstytucji.
Obecna sytuacja w polskim szkolnictwie pełna jest sprzeczności. Z jednej strony mówi się o tym, że uczelni jest za dużo, a z drugiej wiadomo, że współczynnik skolaryzacji w naszym kraju nie osiągnął jeszcze średniego poziomu europejskiego, co oznacza, że liczba studentów powinna rosnąć. Z punktu widzenia rozwoju cywilizacyjnego i pozycji kraju udział osób z wyższym wykształceniem jest w Polsce bardzo niski - wynosi 9,9 proc. W Wielkiej Brytanii jest to 37 proc., w Hiszpanii 30 proc., Francji 24,9 proc.
- Pamiętajmy, że nieinwestowanie w edukację to inwestowanie w ignorancję - mówi rektor Politechniki Gdańskiej prof. Janusz Rachoń. A bez dobrze wykształconych obywateli o trwałym wzroście gospodarczym będziemy mogli jedynie pomarzyć.
W efekcie w ubiegłym roku polski maturzysta mógł przebierać w ofercie 272 uczelni prywatnych i 116 państwowych. Do tego doliczyć należy jeszcze szkoły wyższe podległe resortom obrony i spraw wewnętrznych.
Koniec burzy i naporu
Wszystko jednak wskazuje na to, że boom się kończy. Uczelniom prywatnym brakuje kandydatów. W 2002 roku zyski uczelni prywatnych spadły o ponad 10 proc., a rentowność obniżyła się do 14 proc. Uczelnie publiczne boleśnie zaczynają odczuwać spadek zainteresowania studiami zaocznymi, które w dużej mierze nakręcały koniunkturę w latach 90.
Wynik finansowy netto uczelni państwowych w 2002 roku zmniejszył się w stosunku do 2001 o ponad 60 proc.
- Doszło do przesycenia ofertą edukacyjną - tak spadek zysków uczelni tłumaczy prof. dr hab. Marian Harasimiuk, rektor Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.
- Mamy zbyt dużo uczelni niepaństwowych - dodaje prorektor Wyższej Szkoły Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku prof. dr hab. Adam Koseski. Czyżby więc Polskę czekała stagnacja rozwoju szkolnictwa wyższego?
Wszystko na to wskazuje. Uczelnie państwowe narzekają bowiem na stale rosnące koszty. Prowadzą badania naukowe, utrzymują biblioteki działające na zasadach księgozbiorów publicznych, czyli udostępniające swoje zbiory bezpłatnie. - Uczelnie państwowe funkcjonujące jeszcze w poprzednim ustroju, dotowane w całości przez państwo, nadmiernie rozwinęły swoją strukturę administracyjną - uważa rektor warszawskiej Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania prof. Andrzej Koźmiński. Przykładowo Wyższą Szkołę Humanistyczną w Pułtusku, która kształci obecnie 11,8 tys. studentów, obsługuje kwestura zatrudniająca osiem osób. W Szkole Głównej Handlowej w Warszawie, która kształci 13 tys. osób, podobne zadania wykonuje 34 pracowników.
Sytuację komplikuje też nadciągający niż demograficzny. W najbliższych latach tylko z tego powodu liczba studentów prawdopodobnie spadnie nawet o 20 proc. W efekcie może dojść do likwidacji najsłabszych szkół. - Nadchodzące lata będą trudniejsze, zwłaszcza dla tych uczelni, które nie przywiązywały zbytnio wagi do procesu dydaktycznego, a priorytetowo traktowały osiągane zyski - mówi prof. Koźmiński.
Rektor Wyższej Szkoły Biznesu National-Louis University w Nowym Sączu dr Pawłowski uważa, że zagrożone są także te szkoły wyższe, które dostosowały swoje zaplecze do dużej liczby studentów. Będą bowiem musiały ponosić wysokie koszty utrzymania infrastruktury, przy malejącej liczbie uczących się.
Jak nie wpaść w stagnację
Szkolnictwo wyższe powinno dysponować większymi środkami. Hamulcem zmian jest jednak m.in. konstytucja. Rozbudowane funkcje i gwarantowane tam wydatki socjalne państwa wpływają niekorzystnie na podział środków w budżecie. Edukacja nie jest priorytetem, chociaż udowodniono już, że jest warunkiem szybkiego rozwoju gospodarczego.
Artykuł 70 ustawy zasadniczej stwierdza, że "władze publiczne zapewniają obywatelom powszechny i równy dostęp do wykształcenia. Nauka w szkołach publicznych jest bezpłatna".
- Dzielenie studentów na płacących z własnej kieszeni, czyli zaocznych, i dziennych, finansowanych przez podatników, jest patologią - mówi rektor Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie prof. dr hab. Marek Rocki.
- Zapis ten powinien zostać zmieniony, bo państwa nie stać na bezpłatne kształcenie obywateli - uważa prof. Harasimiuk.
- Z bezpłatnego kształcenia korzystają ludzie zamożniejsi, którzy mają dostęp do rynku korepetycji i stać ich na przygotowanie dziecka do egzaminów na studia.
To, że zmiany zasad finansowania są potrzebne, jest pewne. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się częściowa prywatyzacja i dopuszczenie na szerszą skalę opłat za studia dzienne w szkołach publicznych. Mimo że liczba uczelni niepaństwowych stale rośnie, 80 proc. studentów pobiera nauki na uczelniach finansowanych przez państwo. Opłaty za zajęcia dydaktyczne to obecnie 24,3 proc. przychodów tych szkół.
Z drugiej strony, ponad pół miliona Polaków płaci za naukę w prywatnych szkołach wyższych. Dalsze udawanie, że mamy w Polsce równy i bezpłatny dostęp do wykształcenia, nie ma więc sensu.
Mądrzej wydawać środki
Pomysł wprowadzenia opłat za studia na uczelniach państwowych i skierowania dotacji z budżetu bezpośrednio do najuboższych studentów w formie stypendiów popiera prof. Koźmiński. - Zrównałoby to szanse uczelni niepaństwowych i państwowych oraz uzdrowiłoby patologiczną sytuację w tych ostatnich. Pieniądze byłyby wydawane znacznie rozsądniej - uważa profesor.
Ciekawą propozycję ma rektor Wyższej Szkoły Biznesu National-Louis University dr Krzysztof Pawłowski. - Jedynym skutecznym sposobem, by obniżyć koszty na uczelniach publicznych, jest wprowadzenie konkurencji - mówi Pawłowski. Uważa, że znakomitym narzędziem mógłby być tzw. bon edukacyjny. - Pieniądze z budżetu, moim zdaniem około 3 tys. zł rocznie, podążałyby za studentem - tłumaczy rektor. - Oczywiście MENiS musiałoby doinwestowywać droższe studia, np. medyczne. Resztę zrobiłby jednak rynek. Efektem byłyby nie tylko bankructwa (także uczelni państwowych), ale i wzrost poziomu absolwentów, a to jest najważniejsze - kończy Pawłowski.
Jeśli sposób finansowania publicznych szkół wyższych się nie zmieni, szansą dla nich może być większy dostęp do funduszy unijnych. Zdaniem prorektora WSH w Pułtusku prof. Adama Koseskiego, powinien jednak zniknąć podział na uczelnie państwowe i prywatne. Wtedy liczyć się będzie wyłącznie jakość nauczania.
Pierwsze symptomy tego procesu już się pojawiły. Przykładem mogą być np. porozumienia, które zawarł lubelski UMCS z siedmioma wyższymi szkołami prywatnymi. Uniwersytet udostępnia im swoje programy nauczania i wyraża zgodę na pracę na tych uczelniach swoich pracowników. - Zawieranie tego rodzaju porozumień pozwala na wzajemne uzupełnianie się wyższych szkół państwowych i niepaństwowych i obniżanie kosztów kształcenia - uważa rektor Harasimiuk.
Odpowiedź na pytanie, jak będzie wyglądał rynek szkolnictwa wyższego, nie jest prosta. Szybka zmiana konstytucji jest wątpliwa. Prywatyzacja szkół państwowych bez swobody finansowania nie ma sensu. Wygląda więc na to, że zamiast unormowania sytuacji i urynkowienia całego szkolnictwa wyższego będziemy trwali w tym dziwacznym stanie omijania konstytucji.
Obecna sytuacja w polskim szkolnictwie pełna jest sprzeczności. Z jednej strony mówi się o tym, że uczelni jest za dużo, a z drugiej wiadomo, że współczynnik skolaryzacji w naszym kraju nie osiągnął jeszcze średniego poziomu europejskiego, co oznacza, że liczba studentów powinna rosnąć. Z punktu widzenia rozwoju cywilizacyjnego i pozycji kraju udział osób z wyższym wykształceniem jest w Polsce bardzo niski - wynosi 9,9 proc. W Wielkiej Brytanii jest to 37 proc., w Hiszpanii 30 proc., Francji 24,9 proc.
- Pamiętajmy, że nieinwestowanie w edukację to inwestowanie w ignorancję - mówi rektor Politechniki Gdańskiej prof. Janusz Rachoń. A bez dobrze wykształconych obywateli o trwałym wzroście gospodarczym będziemy mogli jedynie pomarzyć.