Nikt nie chce podjąć się inwestowania na zlecenie. Można liczyć tylko na własne siły
Inwestowanie za granicą jest znacznie trudniejsze niż w Polsce ze względu na nieporównywalną wielkość rynku i liczbę dostępnych instrumentów inwestycyjnych. Stopy zwrotu możliwe do osiągnięcia na giełdach zachodnich także są nieporównywalne, podobnie jak oferta. Specjaliści uważają, że rynki zagraniczne w 2004 roku mogą przynieść dwucyfrowe stopy zwrotu. Warto więc się zainteresować tymi inwestycjami.
- Możliwości inwestycyjne są praktycznie nieograniczone, pośredniczymy zarówno przy kupowaniu akcji, funduszy inwestycyjnych, kontraktów terminowych, jak i opcji - zapewnia Bartosz Swacha z DI BRE Banku.
Zainteresowani inwestycjami zagranicznymi mogą założyć rachunek bezpośrednio za granicą, osobiście lub za pośrednictwem polskich biur maklerskich. Druga z możliwości wydaje się znacznie korzystniejsza, zwłaszcza że rynki zagraniczne są przeznaczone dla dużych inwestorów z zasobnymi portfelami.
- Jeśli ktoś się na tym nie zna, zginie, zwłaszcza na rynku terminowym - uważa Paweł Wojtaszek z Erste Securities.
W wypadku akcji inwestować może każdy. Dysponując kwotą 5 czy 10 tys. zł, można zostać inwestorem zachodniej spółki. W DI BRE Banku wystarczy zapłacić 0,70 proc. prowizji w wypadku inwestowania na rynku amerykańskim lub 0,75 proc., na giełdach europejskich. Wyższe prowizje, do 20 dolarów lub euro, obowiązują w odniesieniu do kontraktów terminowych. - Trzeba mieć też więcej pieniędzy do zainwestowania. - Kontrakt na indeks DAX to wydatek rzędu 11 tys. euro - uprzedza Bartosz Swacha.
Zasady inwestowania na rynkach zagranicznych są takie same jak na rynku polskim. - Na warszawskiej giełdzie są jednak okresy, kiedy nic się nie dzieje. Na rynkach zagranicznych takich przestojów nie ma - mówi Paweł Wojtaszek.
- Można inwestować nie tylko w kontrakty na indeksy, ale również na obligacje, złoto, miedź, ropę, a nawet kakao czy bawełnę. Praktycznie na wszystkie towary - wyjaśnia.
Zdeponowanie pieniędzy w biurze maklerskim nie oznacza jednak, że inwestor może o nich zapomnieć. - Decyzja o zawarciu transakcji jest zawsze decyzją klienta. Musi zlecić kurs, po którym chce kupić papier, i cenę, po której chce sprzedać. Oczywiście możliwe są również zlecenia typu stop loss, jeżeli klient zastrzega, że nie może więcej stracić - dodaje Paweł Wojtaszek. - Może też liczyć na pomoc analityków, którzy dysponują większymi możliwościami oceny rynku - dodaje Bartosz Swacha.
Oszczędności można ulokować również w zagranicznych funduszach inwestycyjnych. Oferta jest bardzo bogata. Inwestować można nie tylko w fundusze akcyjne czy papierów dłużnych, ale również indeksowe, w tym obstawiające spadki indeksów lub sektorowe. - Każdy może znaleźć coś dla siebie, w zależności od akceptowanego ryzyka - zapewnia Bartosz Swacha. Według niego, ze względu na wielkość rynku, płynność i efektywność warto wybrać rynek amerykański. Nie wyklucza jednak powodzenia funduszy luksemburskich. - Ich oferta będzie z pewnością ciekawym uzupełnieniem oferty polskich TFI.
Wszystkie fundusze zarejestrowane w Luksemburgu, stanowiące około 80 proc. wszystkich funduszy dystrybuowanych w Europie, mogą sprzedawać swoje jednostki we wszystkich krajach należących do Unii Europejskiej. Po 1 maja zaczną prawdopodobnie pojawiać się również w Polsce. Ich zaletą jest różnorodność i niskie opłaty pobierane za zarządzanie, co jest związane z niskimi kosztami, które ponoszą, i dużymi aktywami. Dodatkową zachętą może być również płacenie przez nie dywidend. - Ich popularność będzie jednak zależała od tego, czy będą potrafiły zorganizować sobie sieć dystrybucji - dodaje Bartosz Swacha.
Niestety inwestorów obowiązuje podatek dochodowy, który zazwyczaj jest znacznie wyższy niż od dochodów kapitałowych.
Wszelkie dochody z inwestycji zagranicznych, w tym zyski kapitałowe, dywidendy oraz odsetki, podlegają opodatkowaniu w Polsce na zasadach ogólnych, tj. 27 proc. w wypadku osób prawnych oraz według skali podatkowej 19, 30 i 40 proc. w wypadku osób fizycznych (czyli zwykle efektywnie 40 proc.) - mówi Andrzej Paczuski, starszy menedżer działu doradztwa podatkowego PricewaterhouseCoopers.
Licząc na zyski z inwestycji zagranicznych, trzeba wziąć pod uwagę dodatkowe obciążenia podatkowe. Wyższa stopa zwrotu osiągnięta za granicą nie zawsze będzie bowiem oznaczała wyższy zysk w portfelu.
- Możliwości inwestycyjne są praktycznie nieograniczone, pośredniczymy zarówno przy kupowaniu akcji, funduszy inwestycyjnych, kontraktów terminowych, jak i opcji - zapewnia Bartosz Swacha z DI BRE Banku.
Zainteresowani inwestycjami zagranicznymi mogą założyć rachunek bezpośrednio za granicą, osobiście lub za pośrednictwem polskich biur maklerskich. Druga z możliwości wydaje się znacznie korzystniejsza, zwłaszcza że rynki zagraniczne są przeznaczone dla dużych inwestorów z zasobnymi portfelami.
- Jeśli ktoś się na tym nie zna, zginie, zwłaszcza na rynku terminowym - uważa Paweł Wojtaszek z Erste Securities.
W wypadku akcji inwestować może każdy. Dysponując kwotą 5 czy 10 tys. zł, można zostać inwestorem zachodniej spółki. W DI BRE Banku wystarczy zapłacić 0,70 proc. prowizji w wypadku inwestowania na rynku amerykańskim lub 0,75 proc., na giełdach europejskich. Wyższe prowizje, do 20 dolarów lub euro, obowiązują w odniesieniu do kontraktów terminowych. - Trzeba mieć też więcej pieniędzy do zainwestowania. - Kontrakt na indeks DAX to wydatek rzędu 11 tys. euro - uprzedza Bartosz Swacha.
Zasady inwestowania na rynkach zagranicznych są takie same jak na rynku polskim. - Na warszawskiej giełdzie są jednak okresy, kiedy nic się nie dzieje. Na rynkach zagranicznych takich przestojów nie ma - mówi Paweł Wojtaszek.
- Można inwestować nie tylko w kontrakty na indeksy, ale również na obligacje, złoto, miedź, ropę, a nawet kakao czy bawełnę. Praktycznie na wszystkie towary - wyjaśnia.
Zdeponowanie pieniędzy w biurze maklerskim nie oznacza jednak, że inwestor może o nich zapomnieć. - Decyzja o zawarciu transakcji jest zawsze decyzją klienta. Musi zlecić kurs, po którym chce kupić papier, i cenę, po której chce sprzedać. Oczywiście możliwe są również zlecenia typu stop loss, jeżeli klient zastrzega, że nie może więcej stracić - dodaje Paweł Wojtaszek. - Może też liczyć na pomoc analityków, którzy dysponują większymi możliwościami oceny rynku - dodaje Bartosz Swacha.
Oszczędności można ulokować również w zagranicznych funduszach inwestycyjnych. Oferta jest bardzo bogata. Inwestować można nie tylko w fundusze akcyjne czy papierów dłużnych, ale również indeksowe, w tym obstawiające spadki indeksów lub sektorowe. - Każdy może znaleźć coś dla siebie, w zależności od akceptowanego ryzyka - zapewnia Bartosz Swacha. Według niego, ze względu na wielkość rynku, płynność i efektywność warto wybrać rynek amerykański. Nie wyklucza jednak powodzenia funduszy luksemburskich. - Ich oferta będzie z pewnością ciekawym uzupełnieniem oferty polskich TFI.
Wszystkie fundusze zarejestrowane w Luksemburgu, stanowiące około 80 proc. wszystkich funduszy dystrybuowanych w Europie, mogą sprzedawać swoje jednostki we wszystkich krajach należących do Unii Europejskiej. Po 1 maja zaczną prawdopodobnie pojawiać się również w Polsce. Ich zaletą jest różnorodność i niskie opłaty pobierane za zarządzanie, co jest związane z niskimi kosztami, które ponoszą, i dużymi aktywami. Dodatkową zachętą może być również płacenie przez nie dywidend. - Ich popularność będzie jednak zależała od tego, czy będą potrafiły zorganizować sobie sieć dystrybucji - dodaje Bartosz Swacha.
Niestety inwestorów obowiązuje podatek dochodowy, który zazwyczaj jest znacznie wyższy niż od dochodów kapitałowych.
Wszelkie dochody z inwestycji zagranicznych, w tym zyski kapitałowe, dywidendy oraz odsetki, podlegają opodatkowaniu w Polsce na zasadach ogólnych, tj. 27 proc. w wypadku osób prawnych oraz według skali podatkowej 19, 30 i 40 proc. w wypadku osób fizycznych (czyli zwykle efektywnie 40 proc.) - mówi Andrzej Paczuski, starszy menedżer działu doradztwa podatkowego PricewaterhouseCoopers.
Licząc na zyski z inwestycji zagranicznych, trzeba wziąć pod uwagę dodatkowe obciążenia podatkowe. Wyższa stopa zwrotu osiągnięta za granicą nie zawsze będzie bowiem oznaczała wyższy zysk w portfelu.