Skutki nadmiaru antydepresantów

Skutki nadmiaru antydepresantów

Dodano:   /  Zmieniono: 
W II półroczu może dojść do krachu na giełdach - zwraca uwagę Wojciech Białek
Jeśli na rynkach finansowych są gdzieś ukryte przyszłe znaczące zyski, to muszą być tam, gdzie się ich mało kto spodziewa
Jeszcze rok temu rynki finansowe żyły lękiem przed deflacją. W marcu 2003 r. indeksy giełd europejskich ustanawiały siedmioletnie minima, po największym spadku od czasu II wojny światowej. W kwietniu w Tokio Nikkei 225 spadł do 21-letniego minimum. W czerwcu 2003 r. rentowności obligacji w USA i Europie, spadając poniżej 3,5 proc., znalazły się na najniższych poziomach od lat pięćdziesiątych. 12 czerwca 2003 r. w apogeum tej globalnej fali obaw deflacyjnych inwestorzy kupowali japońskie 10-letnie obligacje skarbowe, godząc się na rentowność poniżej 0,5 proc. Tydzień później historyczne minimum rentowności nieco poniżej 5 proc. ustanowiły polskie
10-latki. W czerwcu i lipcu 2003 r. jak jeden mąż stopy procentowe obniżyły Fed, ECB, Bank of England i nasza Rada Polityki Pieniężnej.
Minął rok. W maju 2004 r. cena ropy naftowej na światowych rynkach przekroczyła 40 USD za baryłkę, zbliżając się do historycznego rekordu z początku lat 80. Kilka tygodni wcześniej mierzący poziom cen szerokiego koszyka surowców indeks CRB ustanowił 23-letnie maksimum. W USA wzrost cen detalicznych w ciągu pierwszych 4 miesięcy tego roku (+2 proc.) był największy od 1990 roku. Utrzymanie tego tempa dałoby roczne tempo inflacji ponad 6 proc. W naszym kraju ceny produkcji przemysłowej (PPI) były w kwietniu już o 7,5 proc. wyższe niż rok temu.
Dla przypomnienia: gdy roczna dynamika PPI była po raz ostatni na tym poziomie pod koniec 2000 roku, to tempo wzrostu cen detalicznych w Polsce wynosiło prawie 10 proc., a podstawowa stopa RPP 19 proc.! Na rynkach obligacji w USA i Polsce rentowności wzrosły w maju do najwyższych poziomów
od lata 2002 r.
Ta diametralna zmiana poglądów na przyszłość, dokonana w tak krótkim czasie przez rynki finansowe, daje do ręki argument zwolennikom tezy o naturalnie "cyklofrenicznej" naturze wielkich zbiorowości ludzkich, odzwierciedleniem których zachowań i poglądów są rynki finansowe. Warto jednak zauważyć, że banki centralne "w teorii" mające chronić gospodarki przed tymi maniakalno-depresyjnymi skłonnościami, z ochotą angażowały się w aplikowanie potężnych dawek antydepresantów, czyli obniżek stóp. Z kolei reagując powściągliwie na pojawienie się na rynkach akcji ponownych symptomów spekulacyjnej manii, otworzyły drogę do obecnego nawrotu obaw inflacyjnych. Te zaś stały się bardzo silne. Ostatni globalny sondaż Merrill Lyncha przeprowadzony jak co miesiąc wśród ponad 200 zarządzających funduszami ujawnił rekordowe od wielu lat saldo specjalistów oczekujących wyższej inflacji w okresie następnych 12 miesięcy. Takowej spodziewało się w maju 88 proc. ankietowanych.
Gdyby podążanie za poglądami większości było dobrą strategią inwestycyjną, świat byłby zaludniony przez hordy Warrenów Buffetów. Jeśli na rynkach finansowych są obecnie gdzieś ukryte przyszłe znaczące zyski, to muszą być tam, gdzie się ich obecnie mało kto spodziewa. Scenariusz "kontrariański" powinien więc zakładać, że negatywne konsekwencje narastającej presji inflacyjnej osiągną niebawem poziom, który wymusi gwałtowne spowolnienie tempa wzrostu gospodarki światowej. Idealnym kandydatem na katalizator takiego spowolnienia wydaje się rynek ropy naftowej. Roczna dynamika ceny ropy sięgnęła ostatnio 50 proc., co w okresie minionych 30 lat zdarzyło się osiem razy, w połowie przypadków bezpośrednio poprzedzając lub towarzysząc recesjom w USA (1974, 1980, 1990, 2000), w jednym (1987) przyczyniając się do silnego krachu na rynkach akcji. Ewentualny skok w górę cen ropy w lecie do historycznych maksimów byłby ciosem dla rynków kapitałowych (i dolara) i sprowokowałby w końcu nerwowe reakcje Rezerwy Federalnej (Fed).
W ten sposób po zakończeniu na rynkach akcji typowego wakacyjnego rajdu w górę (summer rally), który ponownie wyniósłby WIG w okolice poziomu 24000 pkt, sytuacja stałaby się dokładną kopią tej
z IV kwartału 1987 roku. Wtedy nagły wzrost presji inflacyjnej i stóp procentowych zaskoczył rynki akcji na rekordowych poziomach, co skończyło się 10 października największym w historii jednodniowym spadkiem wartości Dow Jonesa
(-23 proc.) i wywołało ponowną falę ucieczki kapitałów na rynki obligacji.
W takim scenariuszu, jeśli kurs euro do złotego spadnie poniżej 4,6 zł, zwycięską strategią niskiego ryzyka na drugie półrocze okazałoby się kupno europejskich obligacji.