Firmy rodzinne mimo procesów konsolidacyjnych mają się całkiem dobrze. Ich atutami są: tradycja, łatwiejsze zarządzanie, szybsze podejmowanie decyzji. Ale są też i słabe punkty, np. ostrożność.
Coroczne spotkania przy świątecznym stole często przypominają walne zgromadzenie udziałowców. - Choć dla niektórych brzmi to dziwnie, to wielki atut naszych firm - twierdzą przedstawiciele rodzinnego biznesu
Krótkie Ścieżki decyzyjne i co za tym idzie, szybsze reagowanie na potrzeby i oczekiwania klientów - tak precyzuje zalety firmy rodzinnej Solange Olszewska prowadząca wraz mężem Krzysztofem od 1994 r. firmę Solaris Bus & Coach. Podpoznańskie przedsiębiorstwo produkuje niskopodłogowe autobusy Neoplan.
- Taką firmę traktuje się jak własne dziecko, o które trzeba dbać i stale pielęgnować - dodaje Maciej Adamkiewicz, współwłaściciel farmaceutycznej firmy Adamed założonej w 1986 r. przez jego ojca Mariana.
- Miło jest pracować w swoim gronie. Nie tracimy czasu na kontrolowanie siebie nawzajem, bo mamy do siebie pełne zaufanie - mówi Marcin Ochnik, najmłodszy z trzech braci prowadzących od 1989 r. w Garwolinie firmę Ochnik produkującą skórzaną odzież.
Rodzina, ach rodzina
Firma rodzinna to najlepszy sposób, by się uczyć zasad rzemiosła i biznesu od najmłodszych lat, wyrastając w atmosferze szacunku dla firmy założonej przez prapradziadka.
- Praca w firmie rodzinnej to znacznie więcej niż etat. Rodzi ona zobowiązanie w stosunku do wysiłku, który w założenie i prowadzenie interesu włożyli przodkowie - mówi Łukasz Blikle, członek zarządu firmy i dyrektor ds. marketingu, reprezentujący piąte pokolenie w cukierniczej firmie założonej w 1869 r. - W mojej pracy nieustannie zastanawiam się, czy moi przodkowie byliby zadowoleni z decyzji, które podejmuję. Wartością podstawową firmy jest ciągłość - budowanie jej na fundamentach rodzinnych - dodaje Blikle.
- Historia rodziny to jedno z bogactw firmy, którą założył mój prapradziad
- mówi Wojciech Kruk, współwłaściciel jubilerskiej firmy W. Kruk, której korzenie sięgają 1840 roku. - To ten Kruka rogu, a nie anonimowa, choć wielka Coca-Cola - podkreśla Kruk. Na takich fundamentach buduje się zwykle wizerunek firmy rodzinnej. - Największym skarbem jest zdobywanie zaufania kolejnego pokolenia klientów, wyczuwanie ich potrzeb i robienie wszystkiego, by im sprostać - kończy Kruk.
W pierwszej fazie budowania firmy oraz w okresie jej najszybszego rozwoju nie jest łatwo dobrać osoby, na których można polegać. - Współpraca z rodziną zapewnia jednak wewnętrzny komfort i poczucie, że wokół siebie ma się sprawdzone osoby, które darzy się zaufaniem - mówi Zyta Olszewska, która 10 lat temu z mężem założyła Farmacol, dziś potężną firmę zajmującą się dystrybucją leków.
Właściciel za ladą
Właściciele firm rodzinnych niezależnie od tego, jakie mają wykształcenie, stają za ladą swoich sklepów, barów, zamieniają się w kelnerów, rzemieślników, kierowców.
- Jeszcze nie tak dawno, kiedy ruszało nasze przedsięwzięcie, podawałam kawę i kanapki, zabierałam ze stołów brudne naczynia, dzisiaj pracuję głównie w biurze - skupiam się na pracy koncepcyjnej, planuję rozwój firmy - mówi Aleksandra Mroczkowska, która wraz z bratem Jackiem prowadzi dwa lokale: od 2001 r. Priscilla Cafe na Powiślu - popularną wśród młodej warszawskiej bohemy kawiarnię z galerią - i młodszy o rok barek w biurowcu Canal Plus.
Prywatnie Mroczkowska szykuje się do obrony pracy magisterskiej na wydziale dziennikarstwa i marketingu Uniwersytetu Warszawskiego. Jej starszy brat, z wykształcenia architekt, odpowiada za wystrój prowadzonych wspólnie lokali i sprawy księgowe firmy.
Mroczkowska nie ukrywa, że miała już propozycje, by zorganizować kolejny klub-galerię, jednak nie wyobraża sobie lepszego miejsca pracy niż firma rodzinna. Dlatego kolejny lokal, o którym już myśli, uruchomi również razem z bratem. - Wolę realizować własne wizje, a nie cudze, a to gwarantuje mi właśnie firma rodzinna - dodaje właścicielka Priscilla Cafe.
- Ostatni weekend przed Bożym Narodzeniem zawsze spędzamy z żoną i dziećmi w naszych dwóch salonach w Poznaniu i obsługujemy klientów kupujących prezenty pod choinkę. Pielęgnujemy tę tradycję, bo to część naszej rodzinnej historii - mówi Wojciech Kruk.
- W 1976 roku w wieku 35 lat mój ojciec Andrzej został profesorem matematyki i w tym samym roku otrzymał tytuł mistrza cukiernika - mówi Łukasz Blikle. 14 lat później Andrzej Blikle porzucił karierę naukową, by w pełni się poświęcić rodzinnej firmie. Wtedy odrodziła się Cafe Blikle, która zniknęła po wojnie. Sama cukiernia rozrosła się do kilku własnych punktów w Warszawie i kolejnych prowadzonych na zasadzie franchisingu poza stolicą.
Ucz się i pracuj w rodzinie
- Wychowano mnie w atmosferze, by kształcić się i wybierać zawód niezależny - mówi Łukasz Blikle, absolwent prawa. Podobnie było z moim ojcem, który wybrał matematykę i jak się później okazało, to w tej dziedzinie przez długie lata realizował swoje pasje. Cukiernię w tym czasie prowadził mój dziadek Jerzy. Kiedy w połowie lat 80. wybierałem dla siebie kierunek studiów, właśnie prawo było mi najbliższe. Z czasem jednak okazało się, że praca w firmie pochłonęła mnie tak bardzo, że zakończenie studiów przeciągnęło się o trzy lata - wspomina Łukasz Blikle. Student Blikle na pierwszych w firmie pecetach z pomocą arkuszy kalkulacyjnych prowadził skomplikowane wyliczenia dla firmy, od receptur po finansowe.
- Chciałbym, aby moje dzieci pracowały w Kruku. Syn, też Wojciech, studiuje ekonomię. Cieszyłbym się, gdyby okazał się dobry i został w przyszłości prezesem. Córka marzy o ASP i chciałbym, żeby za parę lat projektowała biżuterię w firmie - z dumą mówi Kruk.
- Od 16. roku życia pracowałem w firmie moich starszych braci i tam widziałem swoje miejsce po studiach. Dlatego też wybrałem bankowość i zarządzanie. Dwa lata temu po ukończeniu studiów wszedłem do zarządu firmy - mówi Marcin Ochnik.
W firmie Koelner spod Wrocławia, produkującej zamocowania budowlane, narzędzia oraz elektronarzędzia i szykującej się do wejścia na giełdę, o wspólnej rodzinnej pracy zadecydowały dramatyczne okoliczności stanu wojennego.
W grudniu 1981 roku Antoni i Krystyna Koelner dowiadują się, że ich starszy syn Przemysław studiujący na Politechnice Wrocławskiej zostaje internowany. Antoni zostaje w trybie natychmiastowym zwolniony z pracy w Banku Spółdzielczym Rzemiosła, gdzie jest dyrektorem. Szuka sposobu na utrzymanie rodziny. Zaprzyjaźniony dyrektor jednego z wrocławskich przedsiębiorstw sprzedaje mu z demobilu komplet maszyn. Bezrobotny Antoni wraz z żoną Krystyną, nauczycielką, zaczynają wytwarzać klucze nasadowe.
Takie są początki firmy, której przychody ze sprzedaży w ubiegłym roku wyniosły ponad 117 mln zł, a zysk netto ponad 11 mln.
Wiosną 1983 roku umiera Antoni Koelner. Pani Krystyna w pojedynkę kontynuuje pracę męża. Na szczęście z internowania wraca Przemysław i zaczyna pomagać matce. Produkcja i asortyment wyrobów rozrastają się. Firma zajmuje się też importem. W 1990 przenosi się z garażu do 80-metrowego zakładu. W tym czasie w firmie pracuje już dwóch synów Krystyny.
W 2000 r. Koelner przejmuje Przedsiębiorstwo Obrotu Wyrobami Metalowymi `Metalzbyt`, a rok później firmę Modeco produkującą elektronarzędzia.
- Obecna pozycja na rynku to wynik wielu lat ciężkiej pracy, która na samym początku oznaczała wykonywanie samodzielnie praktycznie wszystkich czynności - od wytwarzania produktów po rozwożenie ich do klientów - mówi Krystyna Koelner. W sukcesie pomogło rozważne podejście do biznesu połączone z odwagą w podejmowaniu decyzji pozwalających na kolejne etapy: zakup nieruchomości i maszyn czy przejęcia innych przedsiębiorstw.
Familijny rozwój
MĄŻ z Żoną, dzieci z rodzicami, kilkoro rodzeństwa wspólnie - to model firmy spotykany nie tylko wśród małych, krajowych przedsiębiorstw. Wiele z nich, jak W. Kruk, Duda czy ComArch, swój rozwój przypieczętowało obecnością na warszawskiej giełdzie. Chętnie sięgają po inwestora, który pomaga im się rozwijać.
- Inwestor sam do mnie się zgłosił - przyznaje Wojciech Kruk, przewodniczący rady nadzorczej w jubilerskiej firmie W. Kruk z Poznania. Pytany o korzyści płynące z wejścia do firmy funduszu Enterprise Investors właściciel przyznaje, że bez inwestora nie mógłby nawet myśleć o ogólnopolskim rozwoju. - Od jakiegoś czasu zadawałem sobie pytanie, czy chcę być największy w Poznaniu, czy największy w Polsce. Odpowiedź dyktowały ambicja i marzenia.
Poznański jubiler podkreśla, że jeśli wierzy się w siebie, trzeba się rozwijać, a jeśli nie da się tego zrobić o własnych siłach, to należy szukać partnerów i przy ich wsparciu przechodzić kolejne etapy rozwoju.
Podobnie myśli rodzina Dudów zajmująca się od 1990 r. produkcją mięs i wędlin, która prawie dwa lata temu wprowadziła swoją spółkę na GPW. - Decyzja o wejściu na giełdę, konieczna, aby pozyskać kapitał na dalszy rozwój, zakładała podzielenie się z inwestorami władzą, zyskami, ale i odpowiedzialnością za to, co się dzieje w spółce - mówi Maciej Duda reprezentujący wraz z dwójką rodzeństwa drugie pokolenie w firmie założonej 14 lat temu przez ich ojca.
Dudowie podkreślają, że nie zamierzają wyzbywać się akcji i chcą, by rodzina pozostawała większościowym inwestorem.
Wykorzystać chwilę
Wielu właścicieli firm rodzinnych podkreśla, że o powstaniu firmy zadecydował przypadek. Nasi rozmówcy potrafili jednak ten przypadek wykorzystać.
- Chyba każdy młody człowiek marzy o skórzanej kurtce. Mój brat wymyślił dla siebie fason, wybrał skórę i zlecił uszycie. Kurtka bardzo się wszystkim podobała. W końcu brat uległ namowom i sprzedał ją. Kupił więcej skóry i zlecił uszycie dwóch kolejnych kurtek - i tak się zaczęło - mówi Marcin Ochnik, który właśnie mebluje kolejny firmowy sklep z logo Ochnik, tym razem w Arkadii, najnowszym centrum handlowym stolicy.
- Mój ojciec nie był zwykłym lekarzem. Zajmował się poszukiwaniem nowości terapeutycznych i dużo podróżował po świecie. Podczas jednej z podróży zwrócił uwagę na znakomity środek leczący infekcje dróg moczowych. Wpadł na pomysł, by zarejestrować ten preparat w Polsce pod nazwą Furagin - mówi Maciej Adamkiewicz. I tak w 1986 r. zaczęła się historia firmy Adamed, której przychody ze sprzedaży w 2003 r. wyniosły ponad 156 mln zł.
W 1869 r. umiera właściciel niewielkiej cukierni na Nowym Świecie. Młody czeladnik Antoni Blikle decyduje się odkupić zakład od rodziny zmarłego. Zmienia szyld na A. Blikle, a w swoim notesie cukiernika-menedżera zapisuje słowa, które do dzisiaj są dewizą warszawskich cukierników z Nowego Światu: Nasze wyroby mają wyglądać inaczej.
- Ryzyko prowadzenia interesów z rodziną jest duże - mówi krótko Filip Pawluśkiewicz, prezes Inter-Fragrances, firmy założonej w drugiej połowie lat 70. przez jego dziadka Zenona Soszyńskiego. Firma miała swoje złote lata w czasach reglamentacji szamponu i perfum. Po śmierci założyciela została podzielona między rodzeństwo i nie zawsze radziła sobie na rynku.
Dwudziestoparoletni Filip Pawluśkiewicz, od niedawna prezes Inter-Fragrances, firmy z dwuprocentowym obecnie udziałem w rynku kosmetyków, podkreśla, że chce odbudować dawną pozycję firmy. - Współpraca z rodziną może się okazać korzystna, ale bardzo ważna jest kontrola rodziny w biznesie - mówi Pawluśkiewicz.
O wadach prowadzenia rodzinnych interesów mówi także Maciej Adamkiewicz. - Trudniej jest podjąć radykalne decyzje w czasach kryzysu, gdy mogą dotknąć bliskich nam osób. W takiej firmie nikt nie zarządza na chłodno - mówi prezes Adamedu.
Gdyby jednak mieli zaczynać jeszcze raz, postawiliby na firmy rodzinne.
- Podstawą jest wiara w sukces. Bez niej żadne przedsięwzięcie się nie powiedzie - mówi Maciej Adamkiewicz.
- Należy mieć jasno określony cel, dużą determinację w jego realizacji i cierpliwość w oczekiwaniu na efekty - mówi Zyta Olszewska z Farmacolu.
Trzeba dbać o markę i posługiwać się nazwiskiem, widzieć siebie dzisiaj, jutro i za 10 lat, i ciężko pracować.
- Na rynku jest miejsce zarówno dla gigantów, jak i dla firm średnich i małych. Na prezentacjach ilustrujemy to rysunkiem, na którym są i ogromne drzewa, i mniejsze rośliny. Wszyscy doskonale wspólnie egzystują - kończy Solange Olszewska.
Krótkie Ścieżki decyzyjne i co za tym idzie, szybsze reagowanie na potrzeby i oczekiwania klientów - tak precyzuje zalety firmy rodzinnej Solange Olszewska prowadząca wraz mężem Krzysztofem od 1994 r. firmę Solaris Bus & Coach. Podpoznańskie przedsiębiorstwo produkuje niskopodłogowe autobusy Neoplan.
- Taką firmę traktuje się jak własne dziecko, o które trzeba dbać i stale pielęgnować - dodaje Maciej Adamkiewicz, współwłaściciel farmaceutycznej firmy Adamed założonej w 1986 r. przez jego ojca Mariana.
- Miło jest pracować w swoim gronie. Nie tracimy czasu na kontrolowanie siebie nawzajem, bo mamy do siebie pełne zaufanie - mówi Marcin Ochnik, najmłodszy z trzech braci prowadzących od 1989 r. w Garwolinie firmę Ochnik produkującą skórzaną odzież.
Rodzina, ach rodzina
Firma rodzinna to najlepszy sposób, by się uczyć zasad rzemiosła i biznesu od najmłodszych lat, wyrastając w atmosferze szacunku dla firmy założonej przez prapradziadka.
- Praca w firmie rodzinnej to znacznie więcej niż etat. Rodzi ona zobowiązanie w stosunku do wysiłku, który w założenie i prowadzenie interesu włożyli przodkowie - mówi Łukasz Blikle, członek zarządu firmy i dyrektor ds. marketingu, reprezentujący piąte pokolenie w cukierniczej firmie założonej w 1869 r. - W mojej pracy nieustannie zastanawiam się, czy moi przodkowie byliby zadowoleni z decyzji, które podejmuję. Wartością podstawową firmy jest ciągłość - budowanie jej na fundamentach rodzinnych - dodaje Blikle.
- Historia rodziny to jedno z bogactw firmy, którą założył mój prapradziad
- mówi Wojciech Kruk, współwłaściciel jubilerskiej firmy W. Kruk, której korzenie sięgają 1840 roku. - To ten Kruka rogu, a nie anonimowa, choć wielka Coca-Cola - podkreśla Kruk. Na takich fundamentach buduje się zwykle wizerunek firmy rodzinnej. - Największym skarbem jest zdobywanie zaufania kolejnego pokolenia klientów, wyczuwanie ich potrzeb i robienie wszystkiego, by im sprostać - kończy Kruk.
W pierwszej fazie budowania firmy oraz w okresie jej najszybszego rozwoju nie jest łatwo dobrać osoby, na których można polegać. - Współpraca z rodziną zapewnia jednak wewnętrzny komfort i poczucie, że wokół siebie ma się sprawdzone osoby, które darzy się zaufaniem - mówi Zyta Olszewska, która 10 lat temu z mężem założyła Farmacol, dziś potężną firmę zajmującą się dystrybucją leków.
Właściciel za ladą
Właściciele firm rodzinnych niezależnie od tego, jakie mają wykształcenie, stają za ladą swoich sklepów, barów, zamieniają się w kelnerów, rzemieślników, kierowców.
- Jeszcze nie tak dawno, kiedy ruszało nasze przedsięwzięcie, podawałam kawę i kanapki, zabierałam ze stołów brudne naczynia, dzisiaj pracuję głównie w biurze - skupiam się na pracy koncepcyjnej, planuję rozwój firmy - mówi Aleksandra Mroczkowska, która wraz z bratem Jackiem prowadzi dwa lokale: od 2001 r. Priscilla Cafe na Powiślu - popularną wśród młodej warszawskiej bohemy kawiarnię z galerią - i młodszy o rok barek w biurowcu Canal Plus.
Prywatnie Mroczkowska szykuje się do obrony pracy magisterskiej na wydziale dziennikarstwa i marketingu Uniwersytetu Warszawskiego. Jej starszy brat, z wykształcenia architekt, odpowiada za wystrój prowadzonych wspólnie lokali i sprawy księgowe firmy.
Mroczkowska nie ukrywa, że miała już propozycje, by zorganizować kolejny klub-galerię, jednak nie wyobraża sobie lepszego miejsca pracy niż firma rodzinna. Dlatego kolejny lokal, o którym już myśli, uruchomi również razem z bratem. - Wolę realizować własne wizje, a nie cudze, a to gwarantuje mi właśnie firma rodzinna - dodaje właścicielka Priscilla Cafe.
- Ostatni weekend przed Bożym Narodzeniem zawsze spędzamy z żoną i dziećmi w naszych dwóch salonach w Poznaniu i obsługujemy klientów kupujących prezenty pod choinkę. Pielęgnujemy tę tradycję, bo to część naszej rodzinnej historii - mówi Wojciech Kruk.
- W 1976 roku w wieku 35 lat mój ojciec Andrzej został profesorem matematyki i w tym samym roku otrzymał tytuł mistrza cukiernika - mówi Łukasz Blikle. 14 lat później Andrzej Blikle porzucił karierę naukową, by w pełni się poświęcić rodzinnej firmie. Wtedy odrodziła się Cafe Blikle, która zniknęła po wojnie. Sama cukiernia rozrosła się do kilku własnych punktów w Warszawie i kolejnych prowadzonych na zasadzie franchisingu poza stolicą.
Ucz się i pracuj w rodzinie
- Wychowano mnie w atmosferze, by kształcić się i wybierać zawód niezależny - mówi Łukasz Blikle, absolwent prawa. Podobnie było z moim ojcem, który wybrał matematykę i jak się później okazało, to w tej dziedzinie przez długie lata realizował swoje pasje. Cukiernię w tym czasie prowadził mój dziadek Jerzy. Kiedy w połowie lat 80. wybierałem dla siebie kierunek studiów, właśnie prawo było mi najbliższe. Z czasem jednak okazało się, że praca w firmie pochłonęła mnie tak bardzo, że zakończenie studiów przeciągnęło się o trzy lata - wspomina Łukasz Blikle. Student Blikle na pierwszych w firmie pecetach z pomocą arkuszy kalkulacyjnych prowadził skomplikowane wyliczenia dla firmy, od receptur po finansowe.
- Chciałbym, aby moje dzieci pracowały w Kruku. Syn, też Wojciech, studiuje ekonomię. Cieszyłbym się, gdyby okazał się dobry i został w przyszłości prezesem. Córka marzy o ASP i chciałbym, żeby za parę lat projektowała biżuterię w firmie - z dumą mówi Kruk.
- Od 16. roku życia pracowałem w firmie moich starszych braci i tam widziałem swoje miejsce po studiach. Dlatego też wybrałem bankowość i zarządzanie. Dwa lata temu po ukończeniu studiów wszedłem do zarządu firmy - mówi Marcin Ochnik.
W firmie Koelner spod Wrocławia, produkującej zamocowania budowlane, narzędzia oraz elektronarzędzia i szykującej się do wejścia na giełdę, o wspólnej rodzinnej pracy zadecydowały dramatyczne okoliczności stanu wojennego.
W grudniu 1981 roku Antoni i Krystyna Koelner dowiadują się, że ich starszy syn Przemysław studiujący na Politechnice Wrocławskiej zostaje internowany. Antoni zostaje w trybie natychmiastowym zwolniony z pracy w Banku Spółdzielczym Rzemiosła, gdzie jest dyrektorem. Szuka sposobu na utrzymanie rodziny. Zaprzyjaźniony dyrektor jednego z wrocławskich przedsiębiorstw sprzedaje mu z demobilu komplet maszyn. Bezrobotny Antoni wraz z żoną Krystyną, nauczycielką, zaczynają wytwarzać klucze nasadowe.
Takie są początki firmy, której przychody ze sprzedaży w ubiegłym roku wyniosły ponad 117 mln zł, a zysk netto ponad 11 mln.
Wiosną 1983 roku umiera Antoni Koelner. Pani Krystyna w pojedynkę kontynuuje pracę męża. Na szczęście z internowania wraca Przemysław i zaczyna pomagać matce. Produkcja i asortyment wyrobów rozrastają się. Firma zajmuje się też importem. W 1990 przenosi się z garażu do 80-metrowego zakładu. W tym czasie w firmie pracuje już dwóch synów Krystyny.
W 2000 r. Koelner przejmuje Przedsiębiorstwo Obrotu Wyrobami Metalowymi `Metalzbyt`, a rok później firmę Modeco produkującą elektronarzędzia.
- Obecna pozycja na rynku to wynik wielu lat ciężkiej pracy, która na samym początku oznaczała wykonywanie samodzielnie praktycznie wszystkich czynności - od wytwarzania produktów po rozwożenie ich do klientów - mówi Krystyna Koelner. W sukcesie pomogło rozważne podejście do biznesu połączone z odwagą w podejmowaniu decyzji pozwalających na kolejne etapy: zakup nieruchomości i maszyn czy przejęcia innych przedsiębiorstw.
Familijny rozwój
MĄŻ z Żoną, dzieci z rodzicami, kilkoro rodzeństwa wspólnie - to model firmy spotykany nie tylko wśród małych, krajowych przedsiębiorstw. Wiele z nich, jak W. Kruk, Duda czy ComArch, swój rozwój przypieczętowało obecnością na warszawskiej giełdzie. Chętnie sięgają po inwestora, który pomaga im się rozwijać.
- Inwestor sam do mnie się zgłosił - przyznaje Wojciech Kruk, przewodniczący rady nadzorczej w jubilerskiej firmie W. Kruk z Poznania. Pytany o korzyści płynące z wejścia do firmy funduszu Enterprise Investors właściciel przyznaje, że bez inwestora nie mógłby nawet myśleć o ogólnopolskim rozwoju. - Od jakiegoś czasu zadawałem sobie pytanie, czy chcę być największy w Poznaniu, czy największy w Polsce. Odpowiedź dyktowały ambicja i marzenia.
Poznański jubiler podkreśla, że jeśli wierzy się w siebie, trzeba się rozwijać, a jeśli nie da się tego zrobić o własnych siłach, to należy szukać partnerów i przy ich wsparciu przechodzić kolejne etapy rozwoju.
Podobnie myśli rodzina Dudów zajmująca się od 1990 r. produkcją mięs i wędlin, która prawie dwa lata temu wprowadziła swoją spółkę na GPW. - Decyzja o wejściu na giełdę, konieczna, aby pozyskać kapitał na dalszy rozwój, zakładała podzielenie się z inwestorami władzą, zyskami, ale i odpowiedzialnością za to, co się dzieje w spółce - mówi Maciej Duda reprezentujący wraz z dwójką rodzeństwa drugie pokolenie w firmie założonej 14 lat temu przez ich ojca.
Dudowie podkreślają, że nie zamierzają wyzbywać się akcji i chcą, by rodzina pozostawała większościowym inwestorem.
Wykorzystać chwilę
Wielu właścicieli firm rodzinnych podkreśla, że o powstaniu firmy zadecydował przypadek. Nasi rozmówcy potrafili jednak ten przypadek wykorzystać.
- Chyba każdy młody człowiek marzy o skórzanej kurtce. Mój brat wymyślił dla siebie fason, wybrał skórę i zlecił uszycie. Kurtka bardzo się wszystkim podobała. W końcu brat uległ namowom i sprzedał ją. Kupił więcej skóry i zlecił uszycie dwóch kolejnych kurtek - i tak się zaczęło - mówi Marcin Ochnik, który właśnie mebluje kolejny firmowy sklep z logo Ochnik, tym razem w Arkadii, najnowszym centrum handlowym stolicy.
- Mój ojciec nie był zwykłym lekarzem. Zajmował się poszukiwaniem nowości terapeutycznych i dużo podróżował po świecie. Podczas jednej z podróży zwrócił uwagę na znakomity środek leczący infekcje dróg moczowych. Wpadł na pomysł, by zarejestrować ten preparat w Polsce pod nazwą Furagin - mówi Maciej Adamkiewicz. I tak w 1986 r. zaczęła się historia firmy Adamed, której przychody ze sprzedaży w 2003 r. wyniosły ponad 156 mln zł.
W 1869 r. umiera właściciel niewielkiej cukierni na Nowym Świecie. Młody czeladnik Antoni Blikle decyduje się odkupić zakład od rodziny zmarłego. Zmienia szyld na A. Blikle, a w swoim notesie cukiernika-menedżera zapisuje słowa, które do dzisiaj są dewizą warszawskich cukierników z Nowego Światu: Nasze wyroby mają wyglądać inaczej.
- Ryzyko prowadzenia interesów z rodziną jest duże - mówi krótko Filip Pawluśkiewicz, prezes Inter-Fragrances, firmy założonej w drugiej połowie lat 70. przez jego dziadka Zenona Soszyńskiego. Firma miała swoje złote lata w czasach reglamentacji szamponu i perfum. Po śmierci założyciela została podzielona między rodzeństwo i nie zawsze radziła sobie na rynku.
Dwudziestoparoletni Filip Pawluśkiewicz, od niedawna prezes Inter-Fragrances, firmy z dwuprocentowym obecnie udziałem w rynku kosmetyków, podkreśla, że chce odbudować dawną pozycję firmy. - Współpraca z rodziną może się okazać korzystna, ale bardzo ważna jest kontrola rodziny w biznesie - mówi Pawluśkiewicz.
O wadach prowadzenia rodzinnych interesów mówi także Maciej Adamkiewicz. - Trudniej jest podjąć radykalne decyzje w czasach kryzysu, gdy mogą dotknąć bliskich nam osób. W takiej firmie nikt nie zarządza na chłodno - mówi prezes Adamedu.
Gdyby jednak mieli zaczynać jeszcze raz, postawiliby na firmy rodzinne.
- Podstawą jest wiara w sukces. Bez niej żadne przedsięwzięcie się nie powiedzie - mówi Maciej Adamkiewicz.
- Należy mieć jasno określony cel, dużą determinację w jego realizacji i cierpliwość w oczekiwaniu na efekty - mówi Zyta Olszewska z Farmacolu.
Trzeba dbać o markę i posługiwać się nazwiskiem, widzieć siebie dzisiaj, jutro i za 10 lat, i ciężko pracować.
- Na rynku jest miejsce zarówno dla gigantów, jak i dla firm średnich i małych. Na prezentacjach ilustrujemy to rysunkiem, na którym są i ogromne drzewa, i mniejsze rośliny. Wszyscy doskonale wspólnie egzystują - kończy Solange Olszewska.