Rewanż starej gospodarki

Rewanż starej gospodarki

Dodano:   /  Zmieniono: 
W ciągu najbliższego roku należy liczyć się z poważną korektą notowań akcji spółek surowcowych i energetycznych
Polska ma małą, względnie otwartą gospodarkę i takież rynki finansowe, co powoduje, że niewiele występujących w naszym kraju procesów gospodarczych ma wyłącznie lokalną genezę. Nie inaczej jest w wypadku obserwowanego w ostatnim okresie zainteresowania inwestorów sektorem energetycznym. Wielki popyt na akcje PGNiG i udany giełdowy debiut tej spółki (+34,2 proc.) oraz wcześniejsza hossa na akcjach PKN Orlen (+71,7 proc. w tym roku) i Lotosu (+35,7 proc. od czerwca) są echami analogicznych zjawisk zachodzących w gospodarce światowej.
Najsilniejsza od lat hossa na surowce spowodowała gwałtowne przewartościowanie pozycji sektorów materiałowego i energetycznego na giełdach całego świata. Jeszcze kilka lat temu, w okresie hossy technologicznej, branże te całkowicie lekceważono, co uzasadnione było 20-letnią bessą na rynkach surowców. W ciągu minionych dwóch lat, kiedy się okazało, że szybko rozwijające się gospodarki Chin i Indii zaczęły odgrywać rolę znaczących konsumentów surowców, mamy do czynienia z rewanżem ze strony starej gospodarki. Wieloletni brak inwestycji w te branże, postrzegane jako mało atrakcyjne, skutkuje wyraźnym brakiem mocy produkcyjnych, przetwórczych i transportowych. To, że najbardziej gorącą spółką na krajowym rynku kapitałowym jest u nas Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo, jest bardzo wymowne.
Opisane zjawisko ma jednak znaczenie wykraczające poza dalsze losy kursów akcji PGNiG czy KGHM. Z globalnego punktu widzenia zachowanie się cen surowców w dużej mierze decyduje o względnej sile koniunktury na rynkach akcji w krajach rozwiniętych i wschodzących. Gospodarki krajów rozwiniętych można traktować jako konsumentów surowców netto, gospodarki wschodzące jako producenta surowców netto. Dlatego nie może dziwić to, że w ciągu minionych 2,5 roku rynki wschodzące były klasą aktywów, która generowała najwyższe stopy zwrotu. Losy dalszej hossy na rynku krajowym akcji są nierozdzielnie związane z tym, co będzie się na nich działo (istnieje ścisła korelacja WIG-u z indeksem MSCI Emerging Markets), a zatem i na rynkach towarowych.
Wśród analityków, którzy są na tyle odważni, by formułować prognozy dalszego rozwoju sytuacji na najważniejszym surowcowym rynku - ropy naftowej - dominują dwie szkoły. Pierwsza z nich opiera się w dużej mierze na koncepcjach amerykańskiego geofizyka o nazwisku M. King Hubbert, który w latach 50. stworzył matematyczny model eksploatacji złóż ropy naftowej (czy innych nieodnawialnych surowców). Jego zdaniem, krzywa wielkości całkowitej ilości ropy wydobytej z danego złoża (czy też całego roponośnego regionu) ma kształt krzywej logistycznej, co oznacza, że tempo wydobycia będzie miało kształt krzywej dzwonowej.
Na tej podstawie Hubbert szacował, że szczyt wydobycia ropy w USA wypadnie między 1965 a 1970 rokiem, a światowe maksimum produkcji ropy naftowej (Hubbert’s Peak) w okolicach 2000 roku. W rzeczywiści produkcja ropy w USA zaczęła maleć, począwszy od 1971 roku. Współczesne prognozy daty globalnego „szczytu Hubberta” sugerują, że jesteśmy w jego pobliżu. Oczywiście kilkukrotny skok cen ropy w ostatnim okresie przyczynił się do popularyzacji tych wizji.
Dokładnie odwrotne są tezy Daniela Yergina. Autor wydanego również w Polsce bestsellera The Prize, opisującego historię ropy naftowej, w swym artykule zamieszczonym w Washington Post z 31 lipca mówi wyraźnie: „Ropa nam się nie kończy. Jeszcze nie. W ciągu kolejnych kilku lat nastąpi wielki bezprecedensowy wzrost podaży ropy. [Do 2010 roku] potencjał produkcyjny (…) może wzrosnąć o 16 milionów baryłek dziennie - z 85 do 101 baryłek dziennie - 20 proc. wzrostu. Taki wzrost w ciągu następnych kilku lat złagodziłby obecną presję”. Równocześnie Yergin, podkreślając rolę technologii, zwraca uwagę, że do 2010 roku udział „niekonwencjalnej ropy” (kanadyjskie piaski roponośne, ultragłębokie wiercenia, gaz ziemny - LNG) wzrośnie do 30 proc. zużycia.
W sytuacji gdy prognozy czołowych ekspertów wydają się sprzeczne, nie jest łatwo o jasną wizję dalszego rozwoju sytua-cji. Jedno wydaje się w miarę pewne. Mocne wsparcie dla cen ropy przesunęło w ostatnich latach cenę z 10 dolarów za baryłkę do poziomu 40 dolarów. Na ostatnim posiedzeniu Fed podniosła kolejny raz stopy procentowe.
Ta zdecydowana postawa oznacza, że Rezerwa Federalna ma obecnie szczery zamiar skutecznego schłodzenia popytu w gospodarce USA. A to oznacza, że jakkolwiek zjawiska pogodowe (kolejne huragany czy też ewentualna zima stulecia) mogą podtrzymać nastroje paniki na rynkach surowców (a więc
wysokie ceny akcji na rynkach wschodzących), jednak w perspektywie 12 miesięcy należy się liczyć z poważną korektą wcześniejszej hossy w całym kompleksie surowcowo-energetycznym.