Wszystko dlatego, że Downey jr w przeciągu dwóch lat zagrał główne role w dwóch prawie identycznych filmach: "Śpiewający detektyw" oraz "Kiss Kiss Bang Bang". Oba są kryminałami nakręconymi w takiej samej konwencji; głos zza kamery (właśnie Roberta "Powtórki" Downeya) opowiada nam, jak bardzo główny bohater każdego z tych filmów inspiruje się tanimi powieściami kryminalnymi, a my w tym czasie oglądamy film, w którym sceny mrożące krew w żyłach przeplatają się z komedią. Czyli typowy dla przełomu XX i XXI wieku filmowy misz-masz w stylu "Wściekłych psów" Quentina Tarantino.
"Kiss Kiss Bang Bang" jest fajnym filmem. Konwencja tej produkcji pozwala Downeyowi w pełni demonstrować swój tupet, a żaden aktor nie potrafi chyba równie wiarygodnie grać wyszczekanych, niewiarygodnie pewnych siebie kolesi. Val Kilmer, który gra detektywa-homoseksualistę i ma podwójny podbródek, jest zabójczo dobry. Jedynie, czego można żałować, to fakt, że ani jedna scena w tym filmie, ani jeden pomysł go tworzący nie jest nowy. Ale jeśli ktoś lubi odgrzewane kotlety, to wizyty w kinie na tym dziele nie pożałuje.
Agaton Koziński
"Kiss Kiss Bang Bang", reż. Shane Black, USA, 2005