Największy interes ma Rosja. Zresztą spekulacje, że kiedyś może dojść do podobnych prowokacji pojawiały się już dawno temu. Zwłaszcza w odniesieniu do ropociągu Baku-Ceyhan, który biegnie przez terytorium Gruzji. Według regionalnej prasy Rosjanie mieli szkolić grupy partyzantów w wysadzeniu tego rurociągu. Być może więc "awaria" w okolicach Władykaukazu to tylko swoisty trening. Gruzja to nie Ukraina i Rosja może tu testować swoje scenariusze działania. A kilkutygodniowy brak ogrzewania może się dać Gruzinom i Ormianom mocno we znaki. Zachód chwilę tym pożyje, a potem sprawę odłoży, a w tym czasie Rosja wyjdzie z propozycją ochrony tamtejszych systemów energetycznych. Znajdą się też i gruzińscy politycy, którzy uznają to za lepsze wyjście niż marzenia o energetycznej niezależności. Ten scenariusz też jest perfidny, ale Kreml już nie raz posunął się do perfidii realizując swoje "żywotne" interesy.
Kilka lat temu w czasie wojny domowej w Gruzji nad walczącą o secesję Abchazją latały "niezidentyfikowane" rosyjskie samoloty. Teraz wojna toczy się na innym poziomie, ale metody są bardzo podobne. Nieznani terroryści wysadzają jedyne źródło energii dla Armenii i Gruzji. Tak się właśnie w Rosji robi politykę zagraniczną.
Grzegorz Sadowski