Kolejne akta jawne

Kolejne akta jawne

Prokuratura przesłała w poniedziałek Sądowi Okręgowemu w Warszawie kolejne 25 tomów akt sprawy płk. Jana Lesiaka oskarżonego o kierowanie inwigilowaniem przez UOP partii politycznych, w wersji odtajnionej przez ABW.
Przez półtorej godziny kilkunastu dziennikarzy z różnych redakcji zapoznawało się w poniedziałek z dokumentami z akt sprawy. Każda z grup dziennikarzy czytała inną ich część. Od chwili udostępnienia mediom teczek do zamknięcia w poniedziałek kancelarii sądu, PAP udało się zapoznać jedynie z częścią 28 teczek.

Wiadomo, że w odtajnionych dokumentach jest uzasadnienie aktu oskarżenia Lesiaka, wyjaśnienia oskarżonego, zeznania niektórych świadków, m.in. b. szefa UOP Andrzeja Kapkowskiego, Jarosława Kaczyńskiego, Lecha Kaczyńskiego oraz oficerów UOP z zespołu Lesiaka. PAP nie dysponuje wszystkimi tymi dokumentami. Poruszane są w nich różne wątki: m.in. Anastazji P., czyli Marzeny Domaros, poszukiwania przez UOP Moniki Kern, córki b. wicemarszałka Sejmu Andrzeja Kerna z PC; a także agentury Zespołu Inspekcyjno- Operacyjnego, którym Lesiak kierował.

Kaczyński widział akta "Bolka"

Jarosław Kaczyński zeznał w 1998 r. w śledztwie, że w 1991 r. ówczesny szef UOP Andrzej Milczanowski pokazywał mu akta tajnego współpracownika SB "Bolek". Obecny premier był w 1991 r. szefem kancelarii prezydenta Wałęsy.

"Była to teczka dotycząca agenta o pseudonimie Bolek, chodziło o Lecha Wałęsę, był to właściwie jeden dokument. Był to opis wydarzeń, jakie miały miejsce w Stoczni Gdańskiej już po głównej fali strajków - albo przy końcu grudnia 1970, albo w styczniu 1971 r. Był to opis dość przejrzysty, wielostronicowy, z wymienianiem nazwisk. Chodziło o jakieś zamieszanie w stoczni, kilkusetosobowe wiece" - zapisano w protokole zeznań J.Kaczyńskiego.

"Na moje stwierdzenie, że tego Wałęsa nie mógł napisać, bo by nie potrafił, jako że tekst był dość spójny, w miarę gramatyczny, a w każdym razie zrozumiały, Milczanowski odpowiedział mi: Co ty nie wiesz jak było - on najpierw opowiedział to temu ubekowi, a później tamten mu to podyktował. I dlatego ten tekst jest taki" - zeznał w 1998 obecny premier.

Podczas przesłuchania Kaczyński powiedział, że Milczanowski stwierdził, iż przeprowadzono badania grafologiczne tekstu i stwierdzono, że jest to tekst pisany ręką Lecha Wałęsy. "Przy czym możliwość sfałszowania tak długiego tekstu jest minimalna, ale jednak jest. Milczanowski był przekonany, że jest to tekst autentyczny" - zeznał J. Kaczyński.

W sierpniu 2000 r. Sąd Lustracyjny orzekł, że Wałęsa złożył prawdziwe oświadczenie lustracyjne, iż nie był agentem służb specjalnych PRL. Był on wtedy lustrowany z urzędu jako kandydat w wyborach prezydenckich. Sąd uznał, że SB w 1985 r. fałszowała swe akta na temat Wałęsy, by go skompromitować.

W poniedziałek wieczorem PAP nie udało się uzyskać komentarza Lecha Wałęsy, Andrzeja Milczanowskiego. Premier Jarosław Kaczyński uczestniczył w posiedzeniu Rady Politycznej PiS i też nie był dostępny dla mediów.

Wyjaśnienie sprawy Tymińskiego

Jarosław Kaczyński zeznał też, że w 1991 r. rozmawiał z Milczanowskim o konieczności wyjaśnienia sprawy Stanisława Tymińskiego, kontrkandydata Wałęsy w wyborach prezydenckich z 1990 r. Obecny premier zeznał w marcu 1998 r., że w 1991 r. omawiał - jako szef kancelarii Wałęsy - sprawę Tymińskiego z ówczesnym szefem UOP Andrzejem Milczanowskim.

"Milczanowski, podobnie jak ja, był przekonany, że Tymiński został 'zrobiony' przez służby. Twierdził nawet, że wie, którego oficera służb wojskowych trzeba by przycisnąć, by dowiedzieć się, jak dokładnie to było" - zeznał Kaczyński. "Pytał mnie, czy w moim przekonaniu warto to zrobić, co wymagałoby działań pozaprawnych. Ja odpowiedziałem, że tak, bo sprawa jest bardzo ważna" - czytamy w protokole.

W rozmowie J. Kaczyński miał też prosić Milczanowskiego o wyjaśnienie powiązań szefa gabinetu prezydenta Wałęsy Mieczysława Wachowskiego. "Milczanowski powiedział, że powoła małą grupę z zaufanych oficerów.(...) Po jakimś czasie przed gabinetem prezydenta zaczepił mnie Wachowski i powiedział, bym dał sobie spokój z tymi grupami" - zeznał w 1998 r. J.Kaczyński.

Jeden z tomów ujawnionych akt zawiera rozkaz personalny z 29 lutego 1996 r. o zwolnieniu kpt. J.P. z UOP. To ten oficer miał ujawnić Jarosławowi Kaczyńskiemu instrukcję UOP nr 0015 - przy adnotacji na ten temat w rozkazie używa się jednak pełnych danych oficera - Jerzy Portka. Jako powód zwolnienia Portki w rozkazie podano, że "dopuścił się szeregu naruszeń przepisów regulujących działania Urzędu". Przywołano też jego sprawy dyscyplinarne zakończone udzieleniem mu "surowej nagany" i sprawy karne z początku lat 90.

Akt oskarżenia Lesiaka

W uzasadnieniu aktu oskarżenia Lesiaka (dotąd było ono ściśle tajne) czytamy m.in., że działania Lesiaka wykraczały poza zakres ustawowych działań Urzędu Ochrony Państwa. Autor uzasadnienia powołuje się m.in. na zeznania Adama Glapińskiego, który mówił o tym, że w jego samochodzie poluzowano hamulce.

W uzasadnieniu cytowany jest Konstanty Miodowicz (były dyrektor zarządu kontrwywiadu UOP), który zeznawał o inwigilowaniu partii przez UOP: "żadne z ugrupowań nie było traktowane jako ekstremistyczne".

Z kolei według zeznań b. szefa UOP gen. Andrzeja Kapkowskiego, za kadencji którego ujawniono sprawę inwigilacji partii, Lesiak chciał prowadzić działania także wobec powstającej Akcji Wyborczej Solidarność. Kapkowski zeznał, że Lesiak działał "poza jego poleceniami" i "wbrew ustawowym zaleceniom". W uzasadnieniu aktu oskarżenia napisano zaś, że Lesiak mówił w śledztwie, iż ujawnienie sprawy inwigilacji partii to prowokacja. Jak zeznał, "prowokacja miała na celu skłócenie wówczas konsolidujących się polityków z różnych ugrupowań prawicowych w partię 'Akcja Wyborcza Solidarność' a jednocześnie miała przedstawić Z. Siemiątkowskiego jako polityka praworządnego, propaństwowego i uczciwego" - zeznał. (To Siemiątkowski, ówczesny minister ds. służb, ujawnił sprawę inwigilacji polityków w 1997).

W aktach są m.in. zeznania z lutego 1998 r. byłego kapitana kontrwywiadu UOP (danych nie ujawniono), który odszedł ze służby na własną prośbę na początku 1992 r. Zeznał, że przez dwa miesiące był członkiem zespołu Lesiaka.

"Lesiak był uważany za osobę bardzo mocną w Urzędzie. Moim zdaniem mógł prawie wszystko. Był zaufanym człowiekiem Andrzeja Milczanowskiego i Jerzego Koniecznego, i mógł sobie pozwolić na wiele. Często był skonfliktowany z dyrektorem Miodowiczem (dyrektorem zarządu kontrwywiadu UOP), który był zły, że ludzie z kontrwywiadu byli zabierani do zespołu Lesiaka. Delegacje (do zespołu) były raczej krótkotrwałe i raczej ślad po nich nie zostawał" - oceniał były oficer UOP.

Kapitan zeznał, że jest przekonany, iż zespół Lesiaka miał wielu współpracowników w całym kraju. "Wiem, że co tydzień (w UOP) sporządzane były oceny sytuacji politycznej, gdyż co tydzień w środku tygodnia minister Milczanowski lub szef Konieczny udawali się do Urzędu Rady Ministrów i tam premierowi czy wyznaczonemu ministrowi zdawali relację" - czytamy w protokole jego zeznań.

Ten były kapitan UOP już po odejściu z Urzędu miał - jak zeznał - kontakt z Jarosławem Kaczyńskim. Poprzez warszawskiego adwokata, który świadczył ówczesnemu liderowi PC pomoc prawną został przedstawiony Jarosławowi Kaczyńskiemu i prosił o załatwienie mu jakiejś pracy. Kaczyński miał odpowiedzieć, że się zastanowi, ale ostatecznie żadnej pracy mu nie załatwił. "Podczas rozmów z Jarosławem Kaczyńskim mogłem mu powiedzieć kilka plotek krążących po UOP (...), że szykują na niego 'pasztet'" - zeznał kapitan.

Waldemar Mroziewicz, jeden z dwóch oficerów UOP spisujących zawartość szafy Lesiaka po jej otwarciu w 1997 r., zeznał w śledztwie, że było tam wiele niezarejestrowanych dokumentów. "Różne materiały, wiele nieewidencjonowanych luźnych dokumentów, było kilka teczek agentury nierejestrowanych w ewidencji, notatki z ustaleń operacyjnych, rozmów, sprawdzeń, pokwitowania odbioru wynagrodzenia przez źródła - również nieewidencjonowanych" - zeznał oficer.

Według niego, Lesiak, obecny podczas tego spisywania zawartości szafy, słysząc zdziwienie oficerów, że są tu materiały poza wszelką ewidencją, powiedział im, iż "na czynności, które mają odzwierciedlenie w dokumentacji, otrzymał zgodę ówczesnego kierownictwa" - zeznał.

Jak mówił, materiały miały dotyczyć osób powszechnie znanych - "kserokopie dokumentów dotyczących Kwaśniewskiego, Millera, Urbana - informacje dotyczące ustaleń operacyjnych na ich temat". "Były też całe teczki spraw, które nigdzie nie były rejestrowane" - dodał podczas przesłuchania. Oficer nie wykluczył, że były tam materiały dotyczące braci Kaczyńskich - zapisano w protokole.

Sam Lesiak w swym przesłuchaniu z lutego 1998 r. mówił prokuraturze, że docierały do niego informacje, iż jeden z członków kierowanego przezeń zespołu przekazuje informacje z o jego działalności "ugrupowaniom prawicowym". Po sprawdzeniach uznano, że chodzi o osobę (nie ujawniono jej danych, jedynie inicjały A.D.) funkcjonariusza UOP, który sympatyzuje z Antonim Macierewiczem i pracował w MSW, gdy Macierewicz był ministrem spraw wewnętrznych.

Lesiak informował też w śledztwie, że to b. wicemarszałkowi Sejmu Andrzejowi Kernowi zależało, by UOP pomógł w poszukiwaniach jego zaginionej córki Moniki - stało się to na polecenie szefa UOP Jerzego Koniecznego.

"Otrzymaliśmy informację, że ktoś chce ujawnić materiały w sprawie 'lojalki' Jarosława Kaczyńskiego (to, że została ona sfałszowana, potwierdził przed laty sąd). "Wszczęta była procedura, sprawę zamknięto i przekazano do archiwum. W naszych ustaleniach nie potwierdziliśmy faktu podpisania dokumentu, ustalenia w zakresie autentyczności nie były z kolei jednoznaczne" - powiedział Lesiak prokuratorowi w 1998 r. Wyjaśniał, że nie udało się jednoznacznie wskazać, czy dokument był autentyczny, czy sfabrykowany.

Pytany przez prokuratora o Anastazję P. (czyli Marzenę Domaros, która obracała się w kręgach politycznych, a następnie opublikowała książkę pt. "Erotyczne immunitety" traktującą o jej rzekomych intymnych związkach z politykami różnych opcji), Lesiak mówił: "mój zespół zajmował się tą sprawą, choć głównie zajmowały się tym inne jednostki UOP. Nic nie wiem, by była funkcjonariuszem UOP czy współpracownikiem mojego wydziału".

"Po ukazaniu się książki 'Erotyczne immunitety' okazało się, że mamy dobre dotarcie operacyjne do Marzeny Domaros (w oryginale nazwiska utajnione) i zaczęliśmy to wykorzystywać" - powiedział Lesiak nie rozwijając tego wątku. Dodał tylko, że "w sprawie Domaros nie stosowano środków operacyjnych wobec polityków".

pap, ab

Czytaj także

 0

Czytaj także