Wiceszefowa MEN – Katarzyna Lubnauer wskazywała swego czasu, że w związku z rozwojem technologii ocenianie pracy własnej ucznia, wykonanej bez nadzoru, jest pozbawione sensu, bo młode pokolenie z łatwością może wyręczać się nowoczesnymi technikami.
Stąd też na początku kwietnia 2024 roku weszło rozporządzenie, zgodnie z którym w klasach I–III szkoły podstawowej nauczyciele nie zadają prac domowych do wykonania przez ucznia w czasie wolnym od zajęć dydaktycznych. Wyjątek stanowią prace dotyczące usprawniania motoryki małej, czyli ćwiczeń polegających na rozwijaniu umiejętności ruchowych dłoni. Zaś w klasach IV-VIII szkoły podstawowej uczniowie nie mają obowiązku wykonywania prac domowych w czasie wolnym od zajęć dydaktycznych. Wykonanie lub niewykonanie pracy domowej nie jest oceniane.
Jak przypomniał „Dziennik Gazeta Prawna”, dotyczy to wyłącznie szkół publicznych – w prywatnych nauczyciele mogą zadawać prace domowe do woli. Tego zresztą oczekują od nich rodzice, którzy przed zapisaniem do danej placówki dziecka dopytują, czy zleca się w nich uczniom zadania do wykonania w czasie wolnym, by utrwalić zdobytą wiedzę. Jeśli tak, są skorzy za to zapłacić.
Ekspert nie pozostawił złudzeń. „Skala byłaby znacznie większa”
Redakcja „DGP”, która powołała się na eksperta – mec. Roberta Kamionowskiego – podała, że dzięki temu, iż zakaz obowiązkowych prac domowych nie tyczy się prywatnych szkół, stały się one dla rodziców atrakcyjniejszą opcją. „Przenoszą pociechy z placówek samorządowych do prywatnych” – czytamy.
– Skala byłaby znacznie większa, gdyby sieć prywatnych podstawówek była większa niż obecnie i funkcjonowała w małych miejscowościach – ocenił specjalista ds. prawa oświatowego i radca prawny.
Czytaj też:
Europoseł PiS grzmi ws. decyzji MEN. „To jest skandal, albo trzeba użyć dużo mocniejszych słów” Czytaj też:
Związki zawodowe naciskały, MEN zrobiło ukłon. Nowa Karta da nauczycielom więcej praw?
