Dramatyczna relacja żony żeglarza, który zaginął na Atlantyku. „Śnił mi się jego koszmarny krzyk”

Dramatyczna relacja żony żeglarza, który zaginął na Atlantyku. „Śnił mi się jego koszmarny krzyk”

Zaginieni Polacy
Zaginieni Polacy / Źródło: Facebook / Aga Blazowska
Elżbieta Dąbrowna, która razem z mężem popłynęła w rejs dookoła świata w lipcu ubiegłego roku opowiedziała o swojej tragedii w rozmowie z Radiem Gdańsk. Jej mąż wypadł za burtę 21 listopada 2017 r. w okolicach Barbadosu. Do dziś go nie odnaleziono. – Słyszałam tylko „Ela zawracaj, Ela zawracaj”. Ten krzyk cały czas siedzi w mojej głowie – przyznała kobieta.

Po tym, jak wypadł za burtę unosił się przez dłuższy czas na wodzie. Był spokojny, wyglądał tak, jakby siedział na wodzie. Nie szarpał się, nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów. Podejrzewam, że mógł być w szoku – powiedziała w rozmowie z Radiem Gdańsk Elżbieta Dąbrowna.

Przypomnijmy, o zaginięciu polskiego małżeństwa na Atlantyku informowano pod koniec listopada 2017 r. Od tamtego czasu ekipom poszukiwawczym udało się odnaleźć jedynie 67-letnią Elżbietę. 74-letni Stanisław wciąż jest uznany za zaginionego, chociaż służby ratunkowe z Martyniki i Barbadosu nie pozostawiały złudzeń. W takich warunkach, bez jedzenia i picia, mężczyzna nie miał niemal żadnych szans na przetrwanie.

On nie wziął pasa ubezpieczającego, wyprostował się i nagle pod tym naporem mokrego żagla, pod jego ciężarem przekoziołkował do wody – wspominała kobieta. – Widziałam, że się szamoce. A potem wypadł. To było straszne. On odpłynął mi gdzieś w ciągu 10 minut. Siedziałam przez całą noc. Zastanawiałam się, jak mam zawrócić – dodała.

Pani Elżbieta przyznała, że przeżyła płynąc samotnie przez 5 dni dość duże 3 ulewy. – Wcześniej napisałam sobie czerwoną pomadką SOS na prześcieradle i zawiesiłam na rufie. Udało mi się też wypuścić racę ratunkową – zdradziła. – Czy wierzę, że mąż żyje? Tak. Wierzę. Musi gdzieś być. Trzeba wierzyć w Boga. Ja się bardzo modliłam, prosiłam Boga, żeby mi go oddał. Wiem, że zawiniliśmy, bo nie miałam odpowiedniego przeszkolenia. Gdyby umarł, ja bym to czuła. Ani razu mąż mi się nie śnił. Śnił mi się tylko jego koszmarny krzyk: „Ela zawracaj” – przekonywała.

To miała być podróż marzeń

W Polsce i na świecie o sprawie usłyszano dzięki nagłośnieniu jej w mediach społecznościowych przez córki zaginionych. Para wypłynęła na początku listopada z Madery do Barbadosu, gdzie miała dotrzeć 24 listopada. Miała to być podróż marzeń 74-letniego Stanisława. Po pewnym czasie zaniepokojone brakiem kontaktu z rodzicami córki zawiadomiły polskie MSZ i media. „Ostatni sygnał, jaki od nich miałam, otrzymałam ponad 24 godziny temu. Był to dziwny telefon, w trakcie którego mama krzyczała moje imię, ale połączenie zostało zerwane” – relacjonowała we wpisie na Facebooku jedna z córek żeglarzy.

Po godzinie 13 w niedzielę 26 listopada pojawiła się informacja, że udało się nawiązać kontakt z 67-letnią Elżbietą. Hanna Dąbrowa-Kocan, córka zaginionych na Atlantyku żeglarzy, poinformowała w rozmowie z Polsat News, że udało jej się skontaktować z mamą przez telefon satelitarny. – Była tak roztrzęsiona, że nie chciałam jej wypytywać o tatę. Prawdopodobnie wpadł do wody kilka dni temu, gdy mama dzwoniła, że ma kłopoty. Ona jest tylko załogantem, nie potrafi sterować tą jednostką – relacjonowała kobieta.

Dzięki sygnałowi z telefonu stacjonarnego, francuskim służbom udało się namierzyć jacht. W jego kierunku wysłano ekipę ratunkową. – Mam nadzieję, że będą też poszukiwać mojego taty – przekazała kobieta. W poniedziałek 27 listopada zaginioną Polkę odnalazł i zabrał na pokład tankowiec płynący do Brazylii. W nocy z wtorku na środę 29 listopada córka żeglarzy z Gdańska, Agnieszka Blazowska poinformowała na Facebooku, że poszukiwania jej ojca zostały zakończone.

/ Źródło: Radio Gdańsk / Wprost.pl

Czytaj także

 3
  • W rejs DO KOŃCA ŚWIATA-a nie dookoła świata.
    • Ciekawe czy jest jakieś śledztwo w sprawie tego zdarzenia? Różnie bywa w życiu...
      • O jakim tu wytrawnym żeglarzu mowa - to był zwykły śmondak, który nie powinien prowadzić zwykłej żaglówki na małym jeziorku. Pajac nie dość, że sam nie przestrzegał podstawowych zasad zachowania się na jachcie, to na dodatek nie przeszkolił załoganta, przed wyruszeniem w rejs !!! Zwykłe DNO !!!

        Czytaj także