Małopolska. Czołowe zderzenie ciężarówki z autokarem. „Był wielki huk, wybuch, jak bomba”

Małopolska. Czołowe zderzenie ciężarówki z autokarem. „Był wielki huk, wybuch, jak bomba”

Czołowe zderzenie ciężarówki z autokarem
Czołowe zderzenie ciężarówki z autokarem / Źródło: X-news/Uwaga
Prawie pięćdziesięciu poszkodowanych, w tym wiele dzieci to bilans piątkowego wypadku na zakopiance. To największa katastrofa drogowa na małopolskich drogach od lat. Policja i prokuratura bada, jak do niej doszło.

Do wypadku doszło w piątek przed południem w miejscowości Tenczyn, na trasie z Krakowa do Zakopanego. W wypadku uczestniczyły trzy pojazdy – autokar, którym podróżowali uczniowie ze szkoły podstawowej, samochód ciężarowy oraz osobowy. – Był wielki huk, wybuch, jak bomba. A potem ogromny krzyk, pisk niesamowity. Dobiegliśmy i nie wiadomo, za co się zabrać, kogo pierwszego ratować, co robić – mówi Zbigniew, świadek wypadku.

– Z Zakopanego w kierunku Krakowa jechał samochód osobowy, zanim jechał autokar z dziećmi. Z naprzeciwka nadjechał samochód ciężarowy. Doszło do zderzenia bocznego samochodu z naczepą ciężarówki. W wyniku tego zderzenia, samochód ciężarowy zjechał na przeciwny pas ruchu zderzając się czołowo z autobusem. W najcięższym stanie było cztery osoby, w tym dziecko i opiekun wycieczki – podkreśla mł. insp. Sebastian Gleń z Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie.

„Pas bezpieczeństwa ścisnął mu się pod szyją”

W wyniku wypadku rannych zostało prawie pięćdziesiąt osób. Większość to wracający z zielonej szkoły uczniowie siódmej klasy jednej ze stołecznych szkół. – Odebrałam telefon od mojej córki. Bardzo płakała, nie mogłam jej zrozumieć. Słyszałam w słuchawce ten płacz dzieci i ich przeraźliwy krzyk. Córka powiedziała mi, że mieli wypadek, czołowo zderzyli się z tirem. To była najgorsza chwila – mówi Agnieszka, matka jednej z poszkodowanych uczennic. Na miejscu przez długie godziny pracowało osiemnaście zastępów straży pożarnej, jednostki policyjne z całego województwa, osiem zespołów ratownictwa medycznego, cztery śmigłowce lotniczego pogotowia ratunkowego oraz helikopter wojskowy. – Cudem nikt nie zginął w tym wypadku. Dzieci pomagały sobie nawzajem, budzili się, mówili do siebie, tak jak instruowali ich lekarze – mówi Magdalena Janowska, wychowawczyni, która wraz z grupą młodszych dzieci jechała busem za autokarem.

Najwięcej obrażeń odniósł kierowca ciężarówki, który w stanie ciężkim przebywa na oddziale ortopedii w szpitalu w Nowym Targu. Ma wstrząśnienie mózgu. Żyje dzięki szybkiej pomocy mieszkańców Tenczyna, którzy jeszcze przed przybyciem pierwszych służb odcięli duszący go pas. – Usłyszałam z domu, jak wielu ludzi krzyczy, wzywa pomocy. Najbardziej dramatyczny był widok kierowcy autokaru, który był przygnieciony do kierownic. Jego najtrudniej było wyciągnąć – mówi Jadwiga, świadek wypadku. – Pas bezpieczeństwa ścisnął mu się pod szyją. Już praktycznie nie oddychał. Mówił, że brak mu tlenu – dodaje inny ze świadków.

„Czasem te rany psychiczne są poważniejsze od tych fizycznych”

Uczniowie, którzy nie odnieśli większych obrażeń zostali przewiezieni do pobliskiej szkoły. Tu od razu otoczono ich opieką psychologiczną. Po kilkoro z nich przyjechali z Warszawy rodzice. Część poszkodowanych dzieci była w takim szoku, że nie czuła obrażeń. Dopiero po chwili zaczęły się uskarżać na ból. Do szpitali w Krakowie, Nowym Targu, Limanowej, Suchej Beskidzkiej trafiło ponad trzydzieści osób. – Spytałam córki, czy coś jej się stało. Powiedziała, że uderzyła się w głowę i bardzo ją ta głowa boli, ale że obok są dzieci, które mają połamane ręce i nogi. To był straszny moment, dlatego że ona była daleko ode mnie, a ja nie mogłam się tam szybko zjawić i jej pomóc – mówi Agnieszka, matka jednej z uczennic.

Dzieci cały czas są pod opieką psychologów. Mimo, że z Warszawy przyjechał autokar, by zabrać ich do domu, dzieci tak bardzo bały się nim jechać, że wybrano podróż pociągiem. Po powrocie wszystkie rodziny mają stały dostęp do terapeutów. – Część z tych dzieci ma takie symptomatyczne zachowania, które świadczą o dużej traumie. Część z nich bardzo się zamknęła, nie chce w ogóle rozmawiać o wypadku. My staramy się mówić tym dzieciom i ich rodzicom, co mogą zrobić, by przeżyć to. Czasem te rany psychiczne są poważniejsze od tych fizycznych – mówi Ewa Maksymowska, terapeutka. – Jak jechaliśmy do Warszawy, córka była bardzo niespokojna. W nocy krzyczała: "trzymajcie się, bo spadamy." Widać, że ma koszmary – mówi matka jednej z poszkodowanych dziewczynek

Czytaj także

 0

Czytaj także