Wymiar niesprawiedliwości

Wymiar niesprawiedliwości

Afera taśmowa to wycinek znacznie większej anomalii: katastrofalnego stanu polskiego wymiaru sprawiedliwości. Rzecz w równym stopniu dotyczy prokuratury, co sądownictwa. Jego niewydolność nie jest, jak się często słyszy, efektem braku pieniędzy czy pracowników. To problem systemowy, pogłębiony za rządów PO.

W USA Bernard Madoff, twórca piramidy finansowej, która pochłonęła setki milionów dolarów i dotyczyła tysięcy osób, sądzony był cztery dni i skazany został na ponad 100 lat więzienia. Gdyby jego proces miał miejsce w Polsce, nasi sędziowie sądziliby go zapewne przez ponad 100 lat, a skazali na cztery dni. Na sądy wydajemy dużo, w liczbie sędziów i innych pracowników sądowych jesteśmy europejską potęgą, a naszym sędziom płacimy znacznie lepiej, niż się powszechnie uważa. Niemniej postępowania sądowe w Polsce prowadzone są przewlekle. Nawet według danych Ministerstwa Sprawiedliwości (MS) jest coraz więcej spraw czekających na załatwienie i trwają one coraz dłużej. Każdy, kto choć raz zetknął się z sądową rzeczywistością, wie, jak długa jest u nas droga do sprawiedliwości.

POLACY SWOJE, RZĄD SWOJE

Z oceną sądów jest jak z oceną całej naszej rzeczywistości. Polacy mają o wymiarze sprawiedliwości złe opinie, elity próbują ich bronić. Ponad połowa Polaków pytana przez CBOS mówi, że sądy działają źle. Z kolei sędziowie i medialni eksperci mówią, że tak nie jest, i tłumaczą sędziów zbyt niskimi nakładami na wymiar sprawiedliwości, zbyt małą liczbą sędziów i pracowników sądowych oraz rosnącą liczbą spraw. Twierdzą też, że wyrabiamy sobie niewłaściwe opinie o sądach na podstawie jednostkowych przypadków nagłośnionych przez media. Pierwsza prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Gersdorf w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej” stwierdza, że „zły obraz sądownictwa buduje się na jednostkowych przypadkach złego, wadliwego czy też opieszałego działania sędziów czy sądów, a przecież sądy powszechne ferują 13 mln orzeczeń rocznie”. Znowu ci wstrętni obywatele, którzy nie potrafią docenić sensownego prawa sprzyjającego sprawnemu i sprawiedliwemu orzekaniu, dobrej organizacji sądów i ciężkiej pracy sędziów. Zamiast wyważonych opinii powtarzamy zasłyszane z telewizora skandalizujące plotki. Jeżeli to tylko plotka i złośliwości frustratów, to dlaczego od lat w badaniach Gallupa ponad 60 proc. Amerykanów ufa swoim sądom, podczas gdy ponad połowa Polaków ma złe opinie? Nie mają w Ameryce telewizji i gazet? Amerykańskie media nie nagłaśniają afer? Owszem nagłaśniają, nawet afery wśród sędziów. Ale jest różnica. Tam, gdy złapią np. sędziów sądu dla nieletnich na przyjmowaniu łapówek od właścicieli ośrodka odosobnienia dla nieletnich, co skutkować miało nadzwyczajną skłonnością do skazywania nieletnich – odpowiedzialni za ten proceder amerykańscy sędziowie błyskawicznie sami zrezygnowali z pełnionych funkcji i trafili za kratki z wyrokami sięgającymi… 28 lat.

Z kolei u nas ponad 12 lat ciągnęła się sprawa wypadku samochodowego spowodowanego przez sędziego Marka Sadowskiego.6 sierpnia 1995 r. uderzył on w inny samochód. Kierująca nim kobieta została kaleką. Proces nie mógł ruszyć przez 10 lat, bo Sadowski krył się za immunitetem (na jego odebranie nie zgodził się sędziowski sąd dyscyplinarny)! Kiedy w 2004 r. Sadowski został ministrem sprawiedliwości w rządzie Marka Belki, jego problemy z wymiarem sprawiedliwości przypomniały media. Podał się wtedy do dymisji, ale tydzień później został prokuratorem Prokuratury Krajowej i znów zaczął go chronić immunitet. Tym razem uchylił go jednak prokuratorski sąd dyscyplinarny. Sprawa ostatecznie zakończyła się w styczniu 2008 r. Sadowski został skazany na karę półtora roku więzienia z zawieszeniem na dwa lata. Gdyby dziennikarze nie wyciągnęli tej sprawy, to sędzia minister do dziś byłby bezkarny.

LATA SPĘDZONE W SĄDZIE

Wyciągnąłem pojedynczy przypadek w celu obniżenia autorytetu sędziów? To szukamy dalej, tym razem w kategorii duże afery finansowe. O Bernardzie Madoffie już państwo czytali na początku tego tekstu. To ten, co został osądzony w cztery dni. Zróbmy porównanie. U nas sprawa FOZZ ciągnęła się ponad dekadę, a skończyła skazaniem samych płotek na krótkie wyroki. Sprawy Wieczerzaka i Jamrożego z PZU? Ciągnęły się latami, a skończyły blamażem wymiaru sprawiedliwości. Najnowsza megaafera finansowa Amber Gold toczy się już trzeci rok, a jej jedynym wymiernym efektem jest uzmysłowienie nam, co w praktyce znaczy sędziowska niezawisłość oraz jak łagodnie sędziowie, którzy ją łamią, są traktowani przez kolegów.

Gwoli przypomnienia: gdy sędzia Milewski, prezes sądu w Gdańsku, otrzymał telefon od osoby podającej się za pracownika kancelarii premiera, gotów był ustalić terminy rozpraw w sprawie Amber Gold dogodne dla szefa rządu i wydelegować podległych mu sędziów do Warszawy, by zreferowali materiały ze sprawy przed wydaniem wyroku. Za karę Milewski dostał trzyletni zakaz podwyżek, pięcioletni zakaz ubiegania się o awans do sądu wyższej instancji oraz został przeniesiony do pracy w Białymstoku. Proszę się więc nie dziwić, że gdy CBOS spytał Polaków, czy mają większe zaufanie do wyroków polskich sądów, czy Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, to blisko trzy czwarte badanych (72 proc.) zadeklarowało większe zaufanie do wyroków ETS w Strasburgu, a jedynie co siódmy badany (14 proc.) bardziej ufa sądom polskim.

WYDATKI ŚWIATOWE, JAKOŚĆ Z TRZECIEGO ŚWIATA

Nie ufamy naszym sądom, ale w stosunku do naszych możliwości dużo na nie wydajemy. Co prawda Ewa Siedlecka z „Gazety Wyborczej” inaczej widzi sprawę, niedawno pisząc, iż: „mitem okazuje się twierdzenie, że nakłady na polskie sądy są jednymi z najwyższych w Europie. Jesteśmy dokładnie w połowie stawki: mamy 37 euro na głowę mieszkańca, podobnie jak np. Czechy”. Pani redaktor zapomniała jedynie dodać, że Czesi mają od nas PKB na głowę wyższe o ponad 40 proc. – jeśli my na sądy na głowę każdego Polaka wydajemy według najnowszych danych 35,8 euro, a Czesi 35,3 euro, to dla nas jest to znacznie większe obciążenie.

Najbardziej adekwatną miarą nakładów na wymiar sprawiedliwości jest porównanie wydatków w przeliczeniu na dochód narodowy na głowę jednego obywatela. Taka miara pozwala porównać nakłady na sądy w poszczególnych państwach przy uwzględnieniu zarówno liczby obywateli, jak i ich zamożności. Wedle tej miary Polska jest rekordzistą w nakładach na sądy. Ze wszystkich 34 państw należących do Rady Europy, dla których dostępne są dane, zajmujemy piąte miejsce pod względem nakładów na sądy w przeliczeniu na PKB na głowę jednego obywatela (patrz wykres). Co charakterystyczne, więcej wydają na sądy w przeliczeniu na głowę obywatela tylko w znacznie mniejszych od nas państwach, jak Bośnia i Hercegowina, Słowenia, Macedonia i Chorwacja. Jest to o tyle uzasadnione, że sądownictwo ma pewien minimalny koszt stały, który trzeba ponieść bez względu na rozmiar państwa – muszą być sędziowie od spraw karnych, gospodarczych i np. rodzinnych. Gdy powyższe zestawienie skorygujemy w ten sposób, że przedstawimy jedynie państwa, które mają więcej niż 5 mln obywateli, to okaże się, że jesteśmy absolutnym liderem w nakładach na sądy.

Wydatki na sądy w przeliczeniu na dochód narodowy na jednego obywatela – tylko państwa, które mają więcej niż 5 mln obywateli. Podobnie jest z liczbą sędziów na głowę obywateli. Nie możemy się co prawda ścigać z Monako, które przy 36 tys. obywateli ma 37 sędziów, czy Andorą z jej 76 246 obywatelami i 24 sędziami, ani nawet z Islandią, która przy 321 857 obywatelach ma 55 sędziów. Wszystkie te państewka w przeliczeniu na 100 tys. obywateli zatrudniają więcej sędziów od nas. Ale gdy uwzględnimy jedynie państwa, które mają więcej niż 5 mln obywateli, to znów okaże się, że w liczbie sędziów na 100 tys. obywateli jesteśmy w ścisłej czołówce (patrz wykres). Takie szkockie sądy z ich 3,5 sędziów na 100 tys. obywateli czy angielskie z 3,6 to przy naszych 26,2 sędziów biedni kuzyni… albo ilustracja tego, co można osiągnąć przy sprawnym wymiarze sprawiedliwości.

ZBĘDNE REJESTRY

Zmiana naszych sądów w kierunku anglosaskim oznacza jednak zupełnie inne podejście do wymierzania sprawiedliwości. Pięć lat temu w Wielkiej Brytanii zapanowało spore wzburzenie, gdy okazało się, że elitarne brytyjskie jednostki policji, których celem jest ściganie poważnych przestępców, ścigają naszych rodaków, którzy w Polsce ukradli kilka kur lub pobili się na weselu. Polscy prokuratorzy, gdy tylko ustalili, że jakiś „przestępca” może być w Wielkiej Brytanii, wystawiali europejski nakaz aresztowania bez względu na powagę przestępstwa. Potem bronili się, tłumacząc, że polskie prawo każe ścigać każdego przestępcę każdym dostępnym narzędziem bez względu na bilans kosztów i korzyści. Oczywiście wiemy, że prawda jest inna. Polski wymiar sprawiedliwości wyrabia sobie statystyczną skuteczność. Polacy takiego złodzieja kur nie potrafili złapać u siebie, a Brytyjczycy skutecznie to robią. Chociaż u nich nie ma ani meldunku, ani dowodów osobistych. Bo dobrze wiemy, że jeśli taki prokurator czy policjant albo się będzie musiał napracować, albo ma małą szansę złapać przestępcę, to szybko włączy mu się prywatny kalkulator kosztów i korzyści. Wtedy zrobi wszystko, by taka sprawa w ogóle nie weszła w tryby wymiaru sprawiedliwości.

A tryby te rzekomo wolno mielą, bo nasi sędziowie są przepracowani zbyt dużą liczbą spraw. Jednak gdy spojrzymy na dostępne informacje o liczbie spraw, to okazuje się, że nieprawdziwa jest opinia, że główna przyczyna niewydolności polskiego wymiaru sprawiedliwości to nadmierna liczba spraw. Polacy rzadziej niż inni obywatele państw europejskich stają przed sądami. Bezpośrednie porównania są trudne, gdyż linia pomiędzy tym, co niemoralne, a tym, co bezprawne, różnie przebiega w różnych państwach. Na przykład Portugalia 14 lat temu zdekryminalizowała posiadanie wszelkich narkotyków, a w Polsce policja, prokuratura i sędziowie zajmują się przysłowiowym palaczem trawki. Ale porównując liczby napływu nowych spraw procesowych cywilnych oraz spraw karnych w sądach pierwszej instancji, okazuje się, że na polskiego sędziego przypada dwukrotnie mniej spraw niż na sędziego we Włoszech, Francji czy w Portugalii. Jednak prawdą jest, że sędziowie w Polsce wykonują wiele zadań, których nie powinni wykonywać: prowadzą różnorakie rejestry i zajmują się sprawami, gdzie nie ma sporu. Sędzia to wyspecjalizowany i drogi zasób do rozstrzygania sporów pomiędzy obywatelami lub osądzania winy w imieniu nas wszystkich. Nie należy go marnować do zadań, które można wykonywać tańszymi pracownikami administracji lub wręcz w sektorze prywatnym.

Po co sędziowie prowadzą Krajowy Rejestr Sądowy, księgi wieczyste, Rejestr Dłużników Niewypłacalnych czy Rejestr Zastawów? Mogą je spokojnie prowadzić tańsi urzędnicy lub wzorem wielu krajów mogą być przekazane do prowadzenia przez sektor prywatny. Dlaczego marnuje się czas sędziów na orzekanie w sprawach rozwodowych? Krótka wizyta w urzędzie stanu cywilnego powinna wystarczyć, by sformalizować rozstanie.

ZAROBKI LEPSZE NIŻ W NIEMCZECH

Jest również prawdą, że nasi sędziowie zarabiają całkiem przyzwoicie. Polski sędzia, zaczynając karierę, zarabia (w stosunku do średniej krajowej) więcej niż większość jego zachodnioeuropejskich kolegów. Na początek dostanie przeciętnie 2,1 średniej krajowej. Jego kolega w Niemczech rozpocznie orzekanie z 0,9 średniej krajowej, a we Francji z 1,1. Jedynie w państwach o anglosaskiej kulturze prawnej początkujący sędzia zarobi znacznie więcej – w Irlandii 3,7 średniej, w Anglii 3,8, w Północnej Irlandii 4,2, a w Szkocji nawet 5,2. Lecz tam nie wystarczy dyplom magistra i kurs sędziowania – tam zawód sędziego jest ukoronowaniem kariery prawnej i nie ma w nim miejsca dla 30-letniego magistra.

Jeszcze więcej zarabiają polscy sędziowie na wyższych szczeblach kariery sędziowskiej. Sędziowie sądów najwyższych instancji zarabiają w Polsce przeciętnie 5,9 średniej krajowej. To znacznie więcej niż ich koledzy w Niemczech (2,3 średniej) i we Francji (3,2) czy Włoszech (3,6). Wielu sędziów porównanie zarobków do średniej krajowej oburza, chcieliby zarabiać tyle, ile najlepsi adwokaci czy radcowie. Ale to jedyne uczciwe porównanie, bo nie można oceniać zarobków danej grupy zawodowej bez odniesienia do kraju, w którym się żyje i pracuje. Polska to państwo na dorobku, w stosunku do naszej zamożności i liczby ludności utrzymujemy wielu sędziów, hojnie ich wynagradzamy i wspomagamy dużą liczbą pracowników w sądach… Czasem można usłyszeć od naszych sędziów, że gdyby mieli oni tylu asystentów co sędzia zagraniczny, to mogliby sprawniej orzekać. No cóż. Przeczą temu liczby. W Polsce na 100 tys. obywateli przypada 106 pracowników sądowych wspierających sędziów. Dla porównania w Anglii jest ich 30,6, we Francji 33,2 a w Niemczech 66.

Problemem w naszych sądach nie jest mała liczba pracowników wspierających sędziów – może ich wręcz być za dużo, by dobrze wynagradzać najbardziej potrzebnych. Prawdziwym problemem jest słaba organizacja ich pracy, omotanie złymi procedurami i lekceważące traktowanie przez przełożonych zadań, jakie stoją przed wymiarem sprawiedliwości. Ale to zjawiska, które są prawdopodobnie dobrze znane sędziom z ich własnej pracy. My jako pracodawcy sędziów nie powinniśmy się jednak dłużej godzić na te patologie. To w końcu na nas najbardziej się one odbijają.�

Okładka tygodnika WPROST: 25/2015
Więcej możesz przeczytać w 25/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”

Czytaj także

 2
  • maniek IP
    w sądach nie ma sprawiedliwego podziału czynności. W jednym z wielkopolskich sądów do  wydziału wpływa 50 procent spraw wszystkich spraw, a orzeczników jest 33 procent. Stąd też musi powstawać zaległość w rozpoznawaniu spraw. Prezes sądu nie reaguje. Zresztą od 01 stycznia 2015 r. nie wyznaczył żadnej sprawy i nie podjął żadnej czynności procesowej. Podatnicy utrzymują osobę, która od 5 miesięcy nie podjęła decyzji sędziowskich tylko administruje. Podobna sytuacja dzieje się pewnie w innych sądach. Prezesi i ich koledzy orzekają mniej i przerzucają pracę na innych sędziów. Sądowe organy nadzoru i ministerstwo nie reaguje. Jest to bowiem układ zamknięty. Nadzór ministerstwa jest tylko teorią. Podobnie jak nadzór wewnętrzny wykonywany przez prezesów. A jak ktoś będzie protestowałem to pod byle pozorem zrobią dyscyplinarkę
    • berek IP
      Bo spraw, którymi zajmują się sędziowie jest zwyczajnie za dużo. Do tego dochodzą bardzo czasochłonne uzasadnienia. Nie żebym się nad nimi użalał. Pracuję jako asystent. Zasadniczo całe postępowanie niejawne należy właśnie do asystentów, to my przygotowujemy setki projektów, rzadko kiedy i gdzie sprawdzanych, wpływających na statystyki. Prawda jest taka, że są to sprawy, do których rozstrzygania jesteśmy przygotowani praktycznie i teoretycznie lepiej niż sędziowie. Oni mają z tym niewiele styczności przez brak czasu. To i tak tylko ułamek naszej pracy, uzasadnienia również piszemy. Sędzia ma być przede wszystkim decyzyjny, szybko prowadzić postępowanie. Nie ociągać się, oddalać wnioski zmierzające do przewlekłości .... czego w praktyce nie robi, w obawie przed nierozpoznaniem istoty sprawy. Do tego biegli piszący opinie przez pół roku, i swoją drogą kasujący za to niezłe sumki. Praca w sądownictwie nie jest zła, wiadomo budżetówka, 8 godzin pracy, ale te zarobki - kpina. Za 2 tys. w rejonach to się zabijać nie będziemy. Pracujemy na pół gwizdka, resztę ucząc się na aplikacje korporacyjne, a co niektórzy zwyczajnie leniąc. Bez nas sądy staną w miejscach, statystyki polecą na łeb, na szyję. Niech się lepiej ministerstwo zastanowi komu powinno podwyżkami sypnąć. Bo nagród asystenci nie dostają, za słabe plecy, no i dyrektorzy finansowi dostają nagrody za jak największe oszczędności, a na kim oszczędzają ? Gdyby nie fakt, że bardzo szybko odchodzimy z sądów do lepiej płatnych zawodów, mielibyśmy co najmniej strajk włoski. Zresztą, jak tam sobie chcą, nikomu nie zależy na zatrzymywaniu najlepszych asystentów, teraz każdy student prawa może zostać asystentem. Nikt nie bierze pod uwagę, że potrzeba czasu, aby się nauczył choćby skromnej części tej pracy, no ale skoro nikomu nie zależy.

      Czytaj także