Polska – Woody Allen narodów

Polska – Woody Allen narodów

Francuscy czytelnicy chwalą mnie, że tak to śmiesznie wymyśliłem, że niby Polacy to tacy wiecznie narzekający fataliści. Cóż, mówię wtedy szczerze, że to nie stylizacja. Nawet bon mot ukułem, że pesymizm i wisielczy humor to nasz wkład w Unię – mówi Zygmunt Miłoszewski, najpopularniejszy polski autor kryminałów.

Od kilkunastu miesięcy jesteś najpopularniejszym polskim autorem. Ale też jako jeden z niewielu naszych pisarzy zacząłeś przebijać się za granicą, głównie we Francji, gdzie spędzasz ostatnio prawie tyle samo czasu co w kraju.


Rzeczywiście, byłem nawet w Paryżu w dniu ataków terrorystycznych. Żona przysyłała mi pełne przerażenia SMS-y, a ja jadąc wieczorem taksówką z lotniska, o niczym nie miałem pojęcia i dopiero od kierowcy dowiedziałem się, że były ofiary i użyto broni maszynowej. Zresztą żeby było jasne, większa histeria była w TVN24 niż w mediach francuskich, tam było stonowanie. Ale zrezygnowałem z kolacji na mieście, rano jak szedłem na dworzec, Paryż był wymarły. W kawiarniach i sklepach pusto, nieliczni przechodnie przemykali się pod ścianami, a ludzie, jak słyszeli kroki, oglądali się przez ramię. Tak sobie wyobrażam Warszawę czasu okupacji, niby jakieś życie się toczy, ale wszyscy się boją. Jechałem do Bretanii na festiwal literacki. Oczywiście został odwołany. Ludzie rozumieli, ale było im przykro, Lamballe to niewielkie miasteczko, międzynarodowy festiwal kryminalny to ważna impreza.

A ludzie przychodzą na takie festiwale?

Tłumnie. Co ciekawe, działa to zupełnie inaczej niż w Polsce. U nas wpadam gdzieś na godzinę, pogadam, podpiszę książki i koniec. We Francji festiwal trwa cały weekend i każdy autor ma swój stoliczek z książkami, siedzi dwa dni i podpisuje. Do wielkich gwiazd jak Éric-Emmanuel Schmitt ustawiają się kolejki, a tacy autorzy jak ja siedzą, czekają, podpisują, gawędzą z czytelnikami. Ale na jednym z festiwali sprzedałem wszystkie książki jako jedyny. Francuzi są nieodporni na wschodnioeuropejski obyczaj bazarowy. Z moim tłumaczem Kamilem Barbarskim robiliśmy za przekupki: „Pani kochana, kryminał z Polski, nie zna pani, nie może być”. To było w mieście pod Pirenejami i tam jest taka tradycja, że każdy autor ma się przejechać kolejką górską z publicznością. Zwykle autorzy siedzą i czytają, tymczasem ja i Kamil rozwiesiliśmy plakaty, że będzie degustacja polskiej wódki. Ludzi pojawiło się tylu, że nie mogli wejść do wagonu. W środku się rozebraliśmy do T-shirtów z orłem w koronie, polewaliśmy wódkę na miodzie i opowiadaliśmy, że polska literatura jest lepsza niż ten trunek.

Dużo jest we Francji tych festiwali?

Każda mieścina ma swój. Gdybym nie miał obowiązków w kraju, mógłbym z Francji nie wyjeżdżać. Oczywiście filtruje je mój wydawca.

Wybiera najbardziej prestiżowe?

To bardziej skomplikowane. Oczywiście, dobrze być na najważniejszych festiwalach, na przykład w Lyonie, gdzie siedziałem pomiędzy Camillą Läckberg i Jamesem Ellroyem, a chętnych czytelników było tylu, że ochrona przestała w pewnej chwili wpuszczać. Ale też po pierwsze ja lubię jeździć i poznawać prowincję francuską, po drugie czasami małe imprezy mają ogromne znaczenie. We Francji sieci księgarskie nie zdominowały rynku i wszędzie są silne, niezależne księgarnie. Najlepsi księgarze trzymają ze sobą, wymieniają się informacjami, przyjaźnią. Może się okazać, że wizyta u wpływowego księgarza w Besanćon ma handlowo większe znaczenie niż reklama w ogólnokrajowej prasie. No to jeżdżę. Po tym odwołanym festiwalu w Bretanii miałem wracać do Polski i tydzień później znowu lecieć pod Lyon. Ale pomyślałem: po co kusić los na dworcach i lotniskach, zaszyję się na wsi i zaczekam tydzień. Organizatorzy twierdzili, że impreza się odbędzie. Że trzeba pokazać terrorystom, że nie damy się zastraszyć. I to jest coś, z czym się w zupełności zgadzam. Uznałem, że wielu autorów zagranicznych odwoła przyjazd, więc tym bardziej trzeba pokazać swoją solidarność z Francuzami. Pojechałem, festiwal się odbył, czytelnicy byli zadowoleni. W przeciwieństwie do mojego francuskiego wydawcy, który odwołał swój przyjazd, kazał mi wracać do Polski i straszył, że zostaję na własną odpowiedzialność. No to zostałem, wiadomo, polski gen awantury. Poza wszystkim bardzo lubię francuską kulturę i tradycję, przywiązanie do małych ojczyzn. Lubię pogadać z czytelnikami. Na początku przychodzili głównie Polacy albo miejscowi polskiego pochodzenia, teraz po prostu Francuzi, którzy przeczytali pierwszą w życiu książkę autora z naszego kraju i są ciekawi.

Nominowali cię tam do tuzina nagród, a jak to się przekłada na sprzedaż?

Około czterdziestu tysięcy. W Polsce to byłby duży sukces. We Francji też jest zauważalne, choć to oczywiście przedsionek sławy. Tam jest inna kultura czytelnicza, literatura jest elementem codziennego życia jak wino i bagietka. Jak były zamachy na „Charlie Hebdo”, to dosłownie wszyscy powoływali się na „Uległość” Houellebecqa, od prezydenta Hollanda po Front Narodowy. Oczywiście wybierali różne cytaty. U nas to nie do pomyślenia. Publicznie o literaturze? Wizerunkowe samobójstwo.

Gdzie poza Francją wydajesz książki?

W sumie przełożono je na 13 języków. Czyli pewnie w ok. 20 krajach można je kupić, biorąc pod uwagę wszystkie państwa, np. angielsko- czy hiszpańskojęzyczne.

A bardziej egzotyczne?

Hebrajski na przykład. Tureckie wydanie właśnie dostałem do ręki. Słowacja i Ukraina to jedyne kraje poza Polską, gdzie cała trylogia kryminalna o Szackim już się ukazała w całości.

Kiedy podbijesz Manhattan?

Szczerze mówiąc, w wydanie moich książek w USA włożyłem mnóstwo wysiłku. Zależało mi, żeby to nie było niszowe wydawnictwo wyspecjalizowane w literaturze Trzeciego Świata. Znalazłem agenta w Nowym Jorku, który stwierdził, że podejmie się niemożliwego, czyli wciśnie amerykańskiemu wydawcy autora z Polski. Wiesz, ile książek ukazujących się w Ameryce to przekłady? Trzy procent. Mission impossible. Pojechałem do Nowego Jorku, miałem kilka spotkań, m.in. z szefową dużego wydawnictwa. Siedzimy w jej gabinecie w Rockefeller Center, czuję się jak w filmie. Rozmowa bardzo sympatyczna, z ciekawości zapytałem, ile rocznie wydaje tłumaczeń. A ona, że przez 20 lat w tej branży nigdy się nie zajmowała książką w przekładzie. Nic z tych spotkań nie wyszło, w końcu mojemu agentowi udało się zainteresować „Gniewem” amerykański Amazon, który wziął się do wydawania książek. Powieść ukaże się w czerwcu. Nad przekładem pracowałem razem ze wspaniałą tłumaczką Antonią Lloyd-Jones, redagowaliśmy tekst zdanie po zdaniu. Żeby polskość powieści była atrakcyjna przez swoją egzotyczność, ale żeby nie przytłoczyła czytelnika niezrozumiałymi odniesieniami, np. do naszej polityki.

Co zagraniczni czytelnicy uznają za egzotyczne? O co cię pytają?

Życie codzienne, najzwyklejsze sprawy, drobne różnice w obyczajach. To dla nich ważniejsze niż intryga, bo fabuły są powtarzalne, a realia – zwłaszcza jeśli to dla kogoś pierwszy kontakt z polską literaturą w ogóle – wyjątkowe. Francuzi nie rozumieją na przykład, że urzędnik się zastanawia, czy go stać na obiad w knajpie, czy nie. Bo u nich każdy, kto ma pracę, wychodzi do knajpy na lunch. A już na pewno urzędnik państwowy, przecież to elita. Bardzo często czytelnicy chwalą mnie też, że tak to śmiesznie wymyśliłem, że niby Polacy to tacy wiecznie narzekający fataliści i czarnowidze. Cóż, mówię wtedy szczerze, że to nie stylizacja. Nawet bon mot ukułem, że jesteśmy Woodym Allenem narodów, że pesymizm i wisielczy humor to nasz wkład w Unię. Oczywiście wiecznie poruszanym tematem jest też polski antysemityzm. Ta kwestia wraca do znudzenia. Mówiąc oględnie, Francuzi mają swoje na sumieniu, Niemcy nie musieli tam długo prosić, żeby się Francuzi swoich Żydów pozbyli, zwłaszcza w Vichy. Szczerze mówiąc, gdybym wiedział, że „Ziarno prawdy” będzie przekładane, to bym je napisał inaczej. Albo bym mocno zredagował wersję przeznaczoną do tłumaczenia. Pisałem tę książkę z myślą o polskim czytelniku, żeby go szturchnąć, żeby nie był taki bez przerwy zadowolony ze swojej wyglansowanej historii, zauważył jej cienie. Niestety, Francuzi czytając moją powieść, upewniają się, że słusznie uważają nas za systemowych antysemitów. To prowadzi czasem do zdarzeń humorystycznych. Na koktajlu podchodzi do mnie kiedyś para i opowiadają, że ich wizyta w Polsce w latach 90. była bardzo smutna. Bo jak zwiedzali Wawel, to widzieli ludzi w nazistowskich mundurach, którzy hajlowali. Tłumaczę im, że to na pewno był film, kto wie, czy nie „Lista Schindlera”. Oni byli bowiem przekonani, że w tym strasznym antysemickim kraju ludzie tak nienawidzą Żydów, że przebierają się w hitlerowskie mundury.

I co? Prostujesz?

To dziwne, ale tutaj uważam, że Polacy mają silne tendencje do wykluczania i ksenofobii. Zawsze są jacyś „oni”. Żydzi, pedały, genderowcy, lewactwo, ostatnio islamiści. Normalnie najbardziej oblężony naród świata, będę to wytykał i wyśmiewał, dopóki mogę stukać w klawiaturę. We Francji nas bronię. Dyplomatycznie, tłumacząc, że każdy duży naród ma swoje winy i że trzeba się z tym zmierzyć, bo nie można budować narodowej tożsamości na kłamstwie. Ale czasem nie wytrzymuję. Niedawno prowadząca spotkanie mnie pyta: „Uważa pan, że ten straszny antysemityzm może jeszcze wrócić do Polski?”. „A gdybym był autorem z Niemiec, to spytałaby pani, czy zamierzamy wkrótce znowu zorganizować Holocaust?” – odpowiedziałem. Zapanowała konsternacja, bo tak nie wolno mówić. I staram się tłumaczyć: że przed wojną w Polsce 10 proc. społeczeństwa to byli Żydzi, część zasymilowana, w większości jednak zauważalnie odmienni, mówiący innym językiem, wyznający inną religię. Pytam, czy coś im to przypomina. Mówią: jasne, to tak samo jak u nas z muzułmanami. Tyle że zamiast sztetli są blokowiska. To proszę sobie wyobrazić, mówię, że ktoś zajmuje Francję i postanawia wyrżnąć ich wszystkich. I co? Wszyscy państwo pojedziecie na blokowiska demonstrować? Że tak nie wolno? Zaryzykujecie życiem rodziny i sąsiadów, dając schronienie siedmioosobowej arabskiej rodzinie w swoich mieszczańskich domach? Wiedząc, że jest za to kulka w łeb dla całej kamienicy? To zwykle robi wrażenie. Tłumaczę im: zastanówcie się nad historią, zanim zaczniecie wydawać proste sądy. Oczywiście Polacy mają wiele grzechów na sumieniu, ale u nas przynajmniej odbyła się o tym wielka dyskusja, głównie w związku z Jedwabnem. Powstały filmy, książki, artykuły. I ja jestem z tego dumny. Życzę wszystkim, żeby tak się rozliczali ze swoimi winami, serio mówię. We Francji tematy kolaboracji z Niemcami czy mordów w czasie wojny w Algierii nie istnieją. Za to polski antysemityzm godny jest głębokiego namysłu.

A inni polscy autorzy są obecni we Francji? Można kupić ich książki w najważniejszych księgarniach?

Wielu jest przekładanych, ale co z tego, skoro lądują w kilku egzemplarzach w Księgarni Polskiej w Paryżu i koniec. W tym roku byliśmy gośćmi honorowymi na targach w Paryżu. Wiesz, do kogo były największe kolejki? Do Marzeny Sowy. Która pisze scenariusze bardzo popularnych komiksów o Marzi. Świetny obraz dzieciństwa w PRL, stan wojenny, puste sklepy, karpie pływające w wannie. Uważam, że ambasadorką Polski bardziej jest Marzena Sowa niż takie tuzy, jak Lem, Kapuściński czy Rosiński od Thorgala. Ponieważ oni uprawiali i uprawiają gatunki ponadnarodowe: reportaż, science fiction, fantasy. A ona opowiada o Polsce.

Mówiliśmy o Houellebecqu. On jest najlepszym dowodem, że na Zachodzie pisarze mogą być celebrytami, a ich książki są cytowane przez prezydentów. Ty musiałeś zaczepić dostojników, mówiąc na imprezie pokazywanej na żywo przez telewizję, że nie dbają o kulturę, żeby się odnieśli do twoich słów. Ale dostałeś już Różę Gali, więc pierwszy krok ku statusowi celebryty zrobiony.

No tak. Odebrałem nagrodę, wyszedłem na scenę i spadły na mnie płatki róż. Przede mną siedział Zbigniew Wodecki, za mną Maryla Rodowicz, dwa rzędy dalej Doda, normalnie poczułem się sławny. Jak ogłoszono nominacje do tych Róż, Jakub Żulczyk oficjalnie zrezygnował z udziału w celebryckim show. Sam się zastanawiałem, czy ten blichtr i blask to jest miejsce literatury, ale pomyślałem, że niby dlaczego nie? Kto ma błyszczeć jaśniej niż królowa sztuk? Moim zdaniem Żulczyk bardziej zasługuje na blask reflektorów niż aktorka, która dwa razy się pojawiła w serialu. Serio to mówię. Są we Francji pisarze na okładkach plotkarskich magazynów, są też cytowani przez najważniejszych polityków w godzinie próby. To mi się podoba, to właściwe miejsca dla literatury. ■

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Weź udział w ankiecie na WPROST.PL: Czy 2015 rok był dla ciebie udany?

Okładka tygodnika WPROST: 52/2015
Więcej możesz przeczytać w 52/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także