"Dwa i pół roku temu otrzymaliśmy mandat do przeprowadzenia zmian w państwie po rządach poprzedniej ekipy. Rządach, których skutkiem był upadek gospodarki, lawinowy wzrost bezrobocia, upadające zakłady pracy, katastrofa w finansach publicznych. Zmierzyliśmy się z tymi problemami. Uratowaliśmy dziesiątki zakładów pracy. Ich załogi nie muszą żyć z zasiłku. Zatrzymaliśmy narastające bezrobocia, które wreszcie zaczęło się zmniejszać" - przekonywał Miller.
"Nie będziemy zaściankiem Europy. Nie jesteśmy ani barbarzyńcami, ani złodziejami. Jesteśmy narodem wyjątkowym, zdolnym do radzenia sobie z przeciwnościami i równania do najlepszych" - uważa premier.
Odnosząc się do "surowych ocen", jakie otrzymuje jego rząd, wyjaśnił, że jego zdaniem dlatego nie wszystko poszło tak jak było zaplanowane, np. reforma służby zdrowia, ponieważ jego gabinet rządził "w wyjątkowo trudnym czasie", a mandat rządu opiewał na 4 lata.
"Przez te dwa i pół roku krytykowano mnie niemal za wszystko: raz za liberalizm - bo starałem się ułatwiać życie przedsiębiorcom - to w końcu oni tworzą nowe miejsca pracy. Innym razem krytykowano mnie jako socjalistę, gdy ratowaliśmy miejsca pracy w zagrożonych zakładach, nie pozwalając na ich likwidację. Krytykowano mnie, gdy starałem się przyspieszyć proces integracji Polski z Europą, by za chwilę zarzucić mi opieszałość. W pracach nad konstytucją europejską raz byłem patriotą, a raz - zdrajcą" -wyliczał.
"Wspólnym marzeniem Polaków był powrót do jednoczącej się Europy. Marzeniem każdego z polityków była obecność w rządzie, który tego dokona. Jestem zaszczycony i dumny, że mogłem przewodniczyć Radzie Ministrów w tej właśnie chwili. Warto było" - podkreślił.
oj, pap