Karkosza: nie byłem agentem (aktl.)

Karkosza: nie byłem agentem (aktl.)

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Sąd Lustracyjny otworzył proces lustracyjny działacza opozycji z czasów PRL Henryka Karkoszy, którego jego dawni koledzy, na podstawie przekazanych im akt IPN, uznali za konfidenta SB.
Instytut Pamięci Narodowej pomówił mnie, że byłem tajnym współpracownikiem SB o kryptonimie "Monika" -  oświadczył działacz PRL-owskiego podziemia w Henryk Karkosza na rozpoczętym w czwartek procesie lustracyjnym, o który sam wystąpił.

Przed Sądem Lustracyjnym Karkosza - szef zasłużonej podziemnej Oficyny Literackiej - chce się oczyścić z zarzutu, który postawili mu latem 2004 r. jego koledzy z krakowskiej opozycji z lat 70. (m.in. Bronisław Wildstein i Bogusław Sonik) na podstawie przekazanych im akt IPN.

W czwartek sąd ujawnił, że w aktach przekazanych przez IPN Sonikowi jako osobie pokrzywdzonej Instytut zidentyfikował "Monikę" jako Karkoszę. "To wynik błędnej interpretacji materiałów przez IPN" - mówił Karkosza.

"Nie komentuję spraw sądowych; oceni to sąd" - powiedział prezes IPN Leon Kieres.

Wildstein zapowiedział, że nawet jeśli sąd oczyściłby Karkoszę, to on pozostanie przy zdaniu IPN. "Nie zmieniam zdania o Karkoszy; to nie moja opinia, tylko opinia IPN, który sprawdził materiały i  ocenił je. Samo oświadczenie Karkoszy przed sądem nie ma dla mnie żadnego znaczenia" - oświadczył Wildstein.

52-letni Karkosza oświadczył przed sądem, że nigdy nie był agentem ani oficerem SB; nigdy SB nie proponowała mu współpracy; nigdy niczego nie podpisał oraz nie przyjmował żadnych korzyści od SB.

Pełnomocnik Karkoszy mec. Jan Widacki chce wykazać, że w latach 70. w Krakowie działało dwóch agentów o kryptonimie "Monika". Uważa on też, że karta rejestracyjna "Moniki" jako agenta była przerabiana i nie wyklucza jej ekspertyzy grafologicznej. Pytany przez sąd o sprawę rejestracji, adwokat odparł: "Odniesiemy się do  tego w części niejawnej procesu".

Jak nieoficjalnie dowiedział się dziennikarz w źródłach związanych z procesem lustracyjnym, w znajdujących się dziś w  krakowskim IPN archiwach tamtejszej SB nie zachowała się ani teczka pracy agenta "Moniki", ani teczka personalna Karkoszy. Jest tam zapis, że akta te zniszczono w 1990 r.

Zachowały się tylko karty rejestracyjne "Moniki", z których ma  wynikać, że był to Karkosza. Dla sądu sam zapis rejestracyjny niczego nie przesądza. Widacki obawia się, że ostateczną instancją będą - jak w większości spraw, gdy nie ma dokumentów - oficerowie SB.

Sąd zdecydował, że wezwie na przesłuchanie czterech oficerów SB ze sprawy "Moniki", w tym oficera prowadzącego Adama Wolnickiego (wcześniej wystąpi do ABW o zwolnienie ich z tajemnicy państwowej). Na wniosek zastępcy rzecznika interesu publicznego Andrzeja Ryńskiego, sąd zwróci się też o akta krakowskiej SB, by  sprawdzić, czy działał tam inny agent o tym samym kryptonimie. Wystąpi także o oryginał karty rejestracyjnej "Moniki" i o  sprawozdania SB z Krakowa, w których ten agent jest wymieniony.

Karkosza opowiadał sądowi o podziemnej działalności wydawniczej, rozpoczętej pod koniec lat 70. Podkreślał, że nigdy nie miał "wpadki", choć wiele razy był zatrzymywany i śledzony przez SB. Ujawnił, że w 1979 r. esbek mówił mu, że prędzej czy później zostanie "ich człowiekiem". Zdradził też, że jako szantaż SB wykorzystywało fakt jego krótkiej pracy w pionie dochodzeniowym milicji w Tarnowie w 1977 r. W czasie pracy w MO sondowano go, czy  nie podjąłby pracy w wywiadzie.

Karkosza podkreślił, że nazwiska czterech oficerów ze sprawy "Moniki" poznał dopiero z akt sprawy lustracyjnej. Dodał, że  poważna część notatek Wolnickiego jest skierowana przeciw niemu. Zapewnił, że wszystkie "duże zyski" z działalności wydawniczej szły na bieżącą działalność, ale "diabli je wzięli w noc 13 grudnia". Podkreślił, że w stanie wojennym był internowany przez pół roku.

Karkosza powiedział, że nie wystąpi do IPN o status pokrzywdzonego. "Nie chcę burzyć obrazu świata, w którym funkcjonowałem, i tym samym mojego obrazu. Ja nie potrzebuję tego" - zaznaczył. Oświadczył ponadto, że nie znał Wolnickiego.

Ryński nie chciał się wypowiadać na temat sprawy. Dodał, że  proces się dopiero zaczął, a on zajmie stanowisko na jego zakończenie. Nie wykluczył, że były dwie "Moniki".

Proces na razie jest jawny. Widacki zapowiedział, że nie będzie wnosić o jego utajnienie. Część materiałów sprawy jest tajna, dlatego część procesu będzie utajniana. Sąd nie dopuścił Sonika (dziś eurodeputowanego PO) jako obserwatora w procesie, bo nie przewidują tego przepisy.

Proces jest precedensowy; po raz pierwszy bowiem przed Sądem Lustracyjnym staje osoba nie pełniąca nigdy funkcji publicznych i  nie podlegająca ustawie o lustracji.

We wrześniu 2004 r. Karkosza wniósł o wszczęcie wobec siebie procesu lustracyjnego. Przewodniczący Sądu Lustracyjnego Zbigniew Puszkarski wyjaśniał wtedy, że wszczynając postępowanie sąd uznał, iż w tym celu można wykorzystać przepis ustawy lustracyjnej stanowiący, że można je rozpocząć "także w innych szczególnie uzasadnionych przypadkach". Puszkarski przyznawał, że ta precedensowa decyzja może spowodować napłynięcie do sądu wielu innych wniosków w podobnych sprawach. "Ale to sąd będzie każdorazowo z osobna decydował, czy można wszcząć proces" -  zaznaczył.

Ówczesny rzecznik interesu publicznego Bogusław Nizieński był przeciwny wszczęciu procesu - ujawnił Widacki.

Proces odroczono do 24 marca.

ss, ks, pap

 1

Czytaj także