Życie Tony – recenzja „Mojej miłości”

Życie Tony – recenzja „Mojej miłości”

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu „Moja miłość” / „Mon roi" (2015)
Kadr z filmu „Moja miłość” / „Mon roi" (2015) / Źródło: Best Film
Zaimek „moja” w tytule filmu sugeruje wyjątkowość miłości, którą przeżywa główna bohaterka. Okazuje się, że reżyserka Maïwenn użyła tego słowa nieco przekornie – historia Tony i Georgia to uniwersalna opowieść o wypalającym się uczuciu. Szkoda, że w tym przypadku uniwersalność leży nieopodal schematyczności.

„Moja miłość” budzi oczywiste skojarzenia z „Życiem Adeli” Abdellatifa Kechiche’a. Ponad dwugodzinna akcja obu filmów toczy się we Francji, a oś fabularną stanowi w nich ewolucja pewnego związku. Ponadto oba obrazy zostały ciepło przyjęte na festiwalu w Cannes (Emmanuelle Bercot, czyli ekranowa Tony, otrzymała Złotą Palmę za najlepszą rolę żeńską), a co najważniejsze, próbują one zamknąć w kadrach kwintesencję kobiecości. Co ciekawe, o wiele bardziej przekonująco wypada tu stworzone przez mężczyznę „Życie Adeli”, w którym płeć piękna jawi się jako ta wyposażona w duchowy pierwiastek, co pozwala jej na dominację nad płcią brzydszą. „Moja miłość”, film francuskiej reżyserki i aktorki Maïwenn, mógłby niemal zirytować środowisko feministyczne.

Tony, mieszkanka metropolii i prawniczka dobiegająca czterdziestki, powinna stanowić modelowy przykład niezależnej kobiety sukcesu. Oczywiście nikt nie twierdzi, że wyemancypowanym paniom nie wolno zakochać się głupio i na zabój, lecz postawa głównej bohaterki filmu budzi wiele zastrzeżeń. Kiedy napotkany książę z bajki okazuje się koneserem księżniczek (a i córką karczmarza nie pogardzi), Tony traci grunt pod nogami. Poza dumą, pewnością siebie i wiarą w miłość Georgio zabiera jej zdolność do samodzielnego życia. Wpędzona w depresję, początkowo nie widzi sensu rehabilitacji ani zranionej duszy, ani ciała (postać tę poznajemy na chwilę przed poważnym urazem stawu kolanowego; pobyt w szpitalu przecinają retrospekcje, które prezentują pełne dzieje związku). Tony odzyskuje równowagę dopiero wtedy, gdy dostrzega akceptację w oczach innych mężczyzn. Tym samym okazuje się od nich całkowicie zależna, co przybliża ją do pensjonariuszek z kart XIX-wiecznych powieści. Rozhisteryzowana i niesamodzielna, mentalnie pozostaje anachroniczna w stosunku do całego entourage’u, jakim otacza ją Maïwenn.

Łatwiej uwierzyć w Georgia niż w Tony. Emmanuelle Bercot nie dostała Złotej Palmy „za darmo” – ofiarnie wyeksponowała swe fizyczne niedoskonałości i już niemłode ciało – lecz prym wiedzie Vincent Cassel, który płynnie nakłada coraz to nowe maski. Jego bohater bywa uroczym gentelmanem, rozpieszczonym dzieciakiem, egoistycznym bogaczem lub budzącym śmieszność snobem. Zdystansowany do swej postaci Cassel dokładnie wie, kiedy i jak wbić szpilkę we francuskie elity, dzięki czemu „Moja miłość” nieźle sprawdza się jako satyra na paryską burżuazję. Film można odczytać również jako obraz toksycznej miłości, która powraca niczym czkawka. Wiele wody musi upłynąć, by bohaterowie nauczyli się czegoś na własnych błędach, a reżyserka skrupulatnie przedstawia na ekranie trwającą dziesięć lat lekcję, jaką pobiera Tony.

W trakcie seansu „Mojej miłości” trudno oprzeć się wrażeniu, że twórczyni postawiła przed sobą (zbyt) ambitne cele – zawarcie prawd o kobietach i związkach w pigułce. Jak zwykle w takich przypadkach realizacja górnolotnych planów osiągnęła niezadowalający pułap. Do zakochania jeden krok? Jeśli tak, to będzie to trudna miłość.  

Ocena: 5/10

Czytaj także

Czytaj także