Kryzys brygady

Kryzys brygady

Bez krwistego głównego bohatera nie ma dobrego filmu. W "Reprise" takie postaci mamy aż dwie – i dlatego ten film ogląda się wyjątkowo dobrze.

"Reprise" to debiut kinowy Norwega Joachima Triera (krewnego słynnego Larsa von Triera). Reżyser w swym filmie odwołał się do tradycji kina francuskiego i skandynawskiego. Z pierwszego wziął niespieszne tempo narracji oraz skupienie się na najważniejszych postaciach. Z drugiego przede wszystkim typ głównego bohatera. W filmach powstających w Skandynawii właściwie nie zdarza się, aby jedna osoba była najważniejsza. Zawsze główną rolę gra jakaś zbiorowość – wystarczy przypomnieć "Idiotów", czy "Kumpli". Podobnie jest w "Reprise". Tutaj w rolach głównych Trier obsadził dwóch dwudziestokilkuletnich chłopaków, którzy rozpoczynają karierę pisarską. Ich koleje losu, zmaganie się ze słowem pisanym, a także z uczuciami i prozą życia codziennego stają się materią, składającą się na prawie dwugodzinny film.

Całe dzieło Triera klimatem przypomina troszkę słynne "9 Songs" sprzed kilku lat. W "Reprise" nie ma wprawdzie seksu, ale cały film również utrzymany jest w skrajnie nihilistycznym nastroju. Buduje go punkowo-zimnofalowa muzyka a la Joy Division (w tle jednego z kadrów przez chwilę miga nawet winyl Brygady Kryzys), czarno-białe zdjęcia, wisielczy humor. Główni bohaterzy ciągle znajdują się na skraju przepaści, wychodzą z kryzysu tylko po to, by za chwilę wpaść w następny. I to jest właśnie siła tego filmu. 33-letni Trier bardzo wiarygodnie pokazał trudny moment dojrzewania, chwilę, gdy chłopiec staje się mężczyzną. Udało mu się to, bo po mistrzowsku poprowadził swój duet pisarski. Obaj na ekranie "wypruli sobie bebechy" – ale wynieśli cały film na poziom, jakiego nikt się nie spodziewał po debiutancie. Z niecierpliwością oczekuję jego następnego filmu.

 

"Reprise. Od początku, raz jeszcze" ("Reprise"), reż. Joachim Trier, Norwegia, 2006

Czytaj także

 0

Czytaj także