Wprost piszecie, że wszystko jest fikcją, ale jednocześnie prowadzicie czytelnika przez bardzo konkretne wydarzenia historyczne. Gdzie kończy się research, a zaczyna literacka gra?
Wszystko jest grą. Wydarzenia polityczne ostatnich lat są w naszej książce tylko osią, która ma prowadzić czytelnika, pokazać mu, że bohaterowie uwikłani są w sprawy znacznie ważniejsze niż tylko ich indywidualne losy. Katastrofa w Smoleńsku, narastający międzynarodowy konflikt wokół Iranu, Ukrainy, Rosji, związany z tym konfliktem terroryzm państwowy, wykorzystywanie floty cieni… czerpaliśmy z tych wydarzeń pełnymi garściami, ale tylko w takim zakresie, w jakim narzucał to przebieg wymyślonych przez nas zdarzeń. Były wyłącznie tłem, w którym rozgrywają się wykreowane przez nas wydarzenia. W tym kontekście faktycznie, fikcja miesza się tu z prawdziwymi zdarzeniami i musimy o tym pamiętać. „Reguły zdrady”, tak samo zresztą jak „Wariant zerowy”, to czysta literacka gra, tyle że wpleciona we współczesną historię. Staramy się dbać o najdrobniejsze detale, nawet, tak drobne, jak opisy miejsc, numery domów, pory roku czy ukształtowanie terenu. Korzystamy też z pomocy fachowców, których wymieniamy w podziękowaniach. Dzięki nim udało się zachować zgodność z realiami.
Po tylu latach Smoleńsk wciąż dzieli – a Wy robicie z niego punkt startowy wielkiej gry wywiadów. To próba wyrwania tej historii z politycznego klinczu i pokazania jej w kategoriach państwa, a nie emocji?
„Reguły zdrady” z pewnością nie mają takich ambicji. Nasza książka ma dostarczyć czytelnikowi przede wszystkim emocje. Smoleńsk i tragedia narodowa, do której tam doszło, jest dla nas wyłącznie punktem wyjścia do opisania dalszych, fikcyjnych przygód naszych bohaterów. Osadzenie prowadzonej w książce akcji w tych konkretnych okolicznościach historycznych nie miało za zadanie wyrwania Smoleńska z politycznego klinczu. To nie nasz cel. Książka, a już szczególnie książka sensacyjna sobie z tym nie poradzi. Chcieliśmy raczej uświadomić czytelnikom, że akcja osadzona jest mocno w prawdziwych okolicznościach, co niesie też konsekwencje dla postrzegania losów bohaterów. Proszę pamiętać, że „Reguły zdrady” to wyłącznie fikcja, w którą zaledwie wpleciono faktyczne wydarzenia.
W „Regułach zdrady” pokazujecie katastrofę smoleńską jako moment natychmiastowej gry wywiadów i walki o narrację informacyjną. Czy to spojrzenie wieloletniego dziennikarza, który zna mechanizmy produkowania newsów od środka – i właśnie dlatego tę książkę musiał opublikować pod pseudonimem?
Wybór pseudonimu to raczej próba rozdzielenia ról. Świat dziennikarstwa to codzienne żmudne poszukiwanie newsa i przekazywanie informacji. Doskonale wiesz, że w naszej pracy najważniejsza jest prawda. Zaś w książce realia są wyłącznie po to, by uwiarygadniały fikcję. Kiedy opisujemy wydarzenia na moście w estońskiej Narwie, to prawdą są napięcia polityczne, jakie występują w tym granicznym mieście, prawdą jest fakt istnienia mostu, jego wygląd. Jednak już to co się na nim w naszej książce wydarza, ma służyć wyłącznie rozrywce czytelnika. Jeśli pytasz o próby narzucenia narracji czy manipulację informacjami to doskonale wiesz, że każdy dziennikarz styka się z nimi codziennie. Każdy z naszych rozmówców próbuje narzucić swoją wizję prawdy. Ale to przecież ty, jako dziennikarz, musisz ostatecznie dotrzeć do niej samodzielnie. Rolą dziennikarza jest więc zdrapać z tej powierzchni otaczającej prawdę całą brudną pianę. Czego innego czytelnicy oczekują od powieści. Rolą twórcy książek sensacyjnych jest wykorzystać fikcję ku uciesze czytelnika.
Czy pseudonim był dla Pana tarczą ochronną, czy raczej przepustką do napisania o mechanizmach państwa i służb w sposób, na który w klasycznej publicystyce – podpisanej nazwiskiem – nie mógłby Pan sobie pozwolić?
Absolutnie nie. Pisanie, to część mojej poza zawodowej aktywności, pasja, hobby, forma spędzania wolnego czasu w nieco innej formie. Jedni biegają, haftują, tworzą muzykę. Ja piszę. Oddzielam od tego moje życie zawodowe, aby te dwa światy nie kolidowały ze sobą. To chęć rozdzielenia świata fikcji od świata faktów. „Reguły zdrady” nie są reportażem, nie są literaturą faktu. Jest to – mam nadzieję – mocna lektura rozrywkowa osadzona w realiach współczesnej Polski i świata. Kilkaset stron akcji, zagadek, morderstw i opisów nowoczesnych technologii. Kiedy pisaliśmy „Reguły Zdrady”, to w jednym z rozdziałów opisaliśmy sytuację, w której pracujący dla Rosjan haker przechwytuje między innymi dane z odkurzacza automatycznego. Służą mu one później do odtworzenia rozkładu pomieszczeń, do których nie ma dostępu. Proszę sobie wyobrazić, że dzisiaj w serwisie poświęconym hakowaniu opisano historię informatyka, który kontrolował, podglądał obraz z kamer i słuchał audio z ponad sześciu tysięcy odkurzaczy w 24 krajach. Rzeczywistość dogoniła fikcję!
Czytelnik ma momentami wrażenie, że odsłaniacie kulisy wydarzeń, które znamy z pierwszych stron gazet. Zależało Wam, żeby po lekturze zaczął patrzeć na współczesną historię jak na efekt niewidzialnej gry służb?
Spiskowe teorie są smaczne, ale w większości wypadków nie są prawdziwe. Jednak bez nich literatura sensacyjna byłaby znacznie nudniejsza. Tom Clancy w książce „Dług honorowy” opisał pilota, który przejmuje kontrolę nad Boeingiem 747 i celowo wbija go w budynek w Waszyngtonie. Znajomy scenariusz? Tylko że Clancy napisał to na długo przed 11 września 2001 roku. Jestem pewien, że w „Regułach Zdrady” czytelnicy też odnajdą parę takich scenariuszy, które lepiej żeby się nie spełniły, a które mogą skłonić do myślenia.
Gdyby odłożyć na bok wszystkie wątki operacyjne i geopolityczne – o czym w gruncie rzeczy są „Reguły zdrady”? O lojalności, o państwie, o ludziach uwikłanych w system?
O twardych zasadach od zarania dziejów rządzących światem, o roli relacji międzyludzkich, o żądzy władzy i oczywiście pieniądza. W założeniu miała to być dobra rozrywka, wciągająca historia, ulokowana pośród wydarzeń, które znamy chociażby z mediów. Jednak nawet taka gra słowem nie może zostać pozbawiona emocji, uczuć, wszelakich doznań i wrażeń. Mam nadzieję, że stanęliśmy na wysokości zadania.
Jednym z najmocniejszych elementów tej książki jest poczucie, że stawka rośnie, choć długo nie wiadomo do końca, na czym polega zagrożenie. Jak konstruuje się takie napięcie, żeby czytelnik ciągle czuł, że coś jest tu większego niż pojedyncza operacja?
Tymi tajnikami pracy nad taką historią wolałbym się nie dzielić (śmiech). Co się dzieje w kuchni, zostaje w kuchni. Powiedzieć mogę za to tylko jedno – wszystko zależy od wyobraźni, która jest motorem tego typu twórczości. Bez niej nie powstałoby nic, nie tylko historie opisane w książkach.
Jaka jest stawka tej historii z perspektywy Klary Klinger – co sprawia, że to nie jest kolejna operacja, tylko sprawa osobista i państwowa jednocześnie?
Dla Klary to zawsze jest kwestia lojalności i przyjaźni. Tu postawiliśmy ją przed wyborem. Co jest ważniejsze? Bezpieczeństwo państwa czy bezpieczeństwo jej przyjaciół. Takie dylematy – oczywiście nie na taką skalę – bardzo często dotyczą każdego z nas. W firmie, w życiu prywatnym... Musimy wybierać. Konieczność takiego wyboru determinuje też naszą bohaterkę i sprawia, że poszukiwanie rozwiązania staje się bardziej atrakcyjne dla czytelnika.
Klara Klinger funkcjonuje tu pod ogromną presją – operacyjną i osobistą. Co jest dla niej w tej historii największą próbą: skala zagrożenia czy decyzje, które musi podejmować sama?
To się bezpośrednio ze sobą wiąże. W „Regułach zdrady” poza oczywistą grą wywiadów i próbą wyjścia zwycięsko z pojedynku z przeciwnikiem, chodzi także o wyzwania mogące mieć wpływ na miliony ludzi. Drobny błąd i historia zmienia bieg. W tym kontekście ta książka stała się niestety bardzo aktualna, choć nie było to naszym zamiarem w trakcie jej przygotowywania. Ponownie jednak historia dopędziła tworzoną fikcję i jeszcze na etapie jej powstawania.
Czy pisząc tę historię, mieliście poczucie, że to bardzo zespołowa odsłona thrillera szpiegowskiego – że żadna postać nie jest tu w stanie wygrać sama?
Tak właśnie chcieliśmy pokazać ten nieznany nam i tajemniczy świat. Nasi bohaterowie są zespołem i każdy z nich ma w tej historii do odegrania własną rolę. Opisaliśmy ich jako ludzi, na których barkach spoczęła duża odpowiedzialność i bez względu na koszty, również osobiste, próbują oni za wszelką cenę stanąć na wysokości zadania. Nie idealizujemy tego świata, staramy się go opisać w miarę wiernie, choć zapewne diametralnie różni się on od tego, jak faktycznie wygląda i funkcjonuje. My tylko staraliśmy się „wymyślić ten świat” na tyle atrakcyjnie, by czytelnik zajęty rozwiązywaniem zagadki uwierzył, że tak właśnie funkcjonuje. Czy się udało? Zachęcam do przeczytania.
To jest bardziej opowieść o zdradzie czy o cenie, jaką płaci się za wierność?
To jest przede wszystkim rozrywka. Przy okazji opowieść o genezie zdrady, o ryzykach i szansach z nią związanych, o kosztach i zyskach, jakie ona niesie, choć te ostatnie są oczywiście krótkoterminowe.
Po zamknięciu tej opowieści zostaje wrażenie, że ta gra tak naprawdę nigdy się nie kończy. To był Wasz sposób na pokazanie świata służb jako procesu, a nie pojedynczej misji?
Historia się nie skończyła wbrew zapowiedziom niektórych politologów, zmiany polityczne, ekonomiczne, społeczne toczą się nieprzerwanie, a ich skutki jesteśmy w stanie dostrzec po dekadach. My przedstawiliśmy opowieść o tym, jak w tym chaosie radzą sobie ludzie tacy jak my. Z ich kłopotami rodzinnymi, wątpliwościami. Tylko że w odróżnieniu od nas Klara Klinger i jej przyjaciele mają szansę aktywnie wpłynąć na to, żeby historia nie potoczyła się w złą stronę. Muszą pokonać przeciwników i dać nam nadzieję, że dobro w końcu zwycięży. Czy im się uda? Tego dowiecie się na ostatnich kartach książki „Reguły zdrady”.

