Tytus wraca po śmierci Papcia Chmiela. Artur Chmielewski: Chciałem ocalić ojcowskie dowcipy

Tytus wraca po śmierci Papcia Chmiela. Artur Chmielewski: Chciałem ocalić ojcowskie dowcipy

Henryk Chmielewski „Papcio Chmiel”
Henryk Chmielewski „Papcio Chmiel” Źródło: Newspix.pl / Aleksander Majdanski
– Oczywiście, wiem, że nikt nie powtórzy fenomenu Papcia Chmiela, bo to niemożliwe. Ale może można jeszcze raz wejść w ten świat i spróbować dać ludziom trochę tej samej radości? Nie kopiować ojca, ale po prostu kontynuować tę specyficzną atmosferę, która tworzyła się w czytelniku podczas czytania komiksów – takiego ducha Papcia Chmiela – mówi Artur Chmielewski, inżynier NASA, syn Papcia Chmiela, współautor komiksu – pierwszej części nowych przygód Tytusa, Romka i A’Tomka.

Krystyna Romanowska: Pierwsza księga nowych przygód Tytusa, Romka i A’Tomka powstawała na trzech kontynentach. Jak właściwie do tego doszło?

Artur Chmielewski: Ta książka dojrzewała we mnie bardzo długo. Papcio Chmiel zawsze mi powtarzał: „Zostaw ten kosmos, po co ci ten kosmos? Tam nic nie ma. Zrób coś pożytecznego, wyrzeźbij coś, napisz książkę”. To było bardzo w jego stylu. Ja, pracujący w NASA, i ojciec wciąż patrzący na to trochę jak na abstrakcję.

Po jego śmierci cztery lata temu, zacząłem myśleć o książce coraz poważniej. Przede wszystkim dlatego, że chciałem ratować wszystkie ojcowskie dowcipy, które pamiętałem. Papcio Chmiel nie był tylko rysownikiem. On właściwie cały czas żartował. W domu nieustannie leciały dowcipy, gry słów, absurdalne skojarzenia. – Kochanie, może porozmawialibyśmy o stopniach dzieci albo o tym, dokąd jadą na kolonie, a nie dowcipkowali cały czas?” – pamiętam takie rodzinne sceny przy obiedzie. Pamiętam setki tych sytuacji, powiedzonek, żartów. – Szkoda byłoby to stracić – pomyślałem sobie. – Zróbmy tę książkę.

No i tak zaczęła się ta niezwykła współpraca na trzech kontynentach. Ja siedziałem w Ameryce Północnej, ilustrator Zbyszek Larwa pracował w Polsce, Karol Weber, scenarzysta komiksowy, akurat mieszkał wtedy w Afryce. Do tego jeszcze Maciek i Kamil z wydawnictwa, którzy świetnie znali mojego ojca (którzy przez ostatnie lata życia ojca znali go czasem nawet lepiej ode mnie, bo ja mieszkałem w Stanach i przylatywałem głównie na jego urodziny) i bardzo pomagali pilnować „papciowego tonu dowcipu”. Spotykaliśmy się online i właściwie nieustannie rzucaliśmy pomysłami. Na szczęście pilnowaliśmy, żeby nie przedobrzyć. Mieliśmy mnóstwo dowcipów, ale kategorycznie decydowaliśmy: „Za dużo. Usuwamy”. Staraliśmy się zachować pierwotnie wyczucie rytmu komiksu. Papcio Chmiel czasami robił stronę prawie bez dymków, żeby historia oddychała. Staraliśmy się zachować właśnie tę lekkość.

Jak się pilnuje „papciowego tonu dowcipu”?

Źródło: Wprost