Zmiany przyszły małymi krokami

Zmiany przyszły małymi krokami

Spokojna, nieco senna Kopenhaga zapoczątkowała wiele rewolucji. Ta kulinarna, która zaczęła się w Nomie, opanowała Skandynawię i wyznacza trendy w Europie. Ta designerska trwa i budzi zazdrość turystów.

Pod koniec sierpnia Kopenhaga pokaże, że zasługuje na miano stolicy nowoczesnej kuchni nordyckiej. Copenhagen Cooking (21-30.08) to największy festiwal kulinarny na północy Europy. Najlepsi szefowie kuchni, ponad 100 rozmaitych wydarzeń, od warsztatów fermentowania borówek, przez degustacje ciast pieczonych wedle historycznych przepisów, po wspólne biesiadowanie. Tysiące ludzi, jak co roku, wezmą udział w tym swoistym święcie sztuki kulinarnej. Na inauguracyjnym obiedzie w parku wśród gości honorowych zasiądzie René Redzepi, który zaczął cały ten zgiełk. Noma, cztery razy wybrana najlepszą restauracją świata i od lat utrzymująca dwie gwiazdki Michelin, jest miejscem, gdzie zaczęła się ta – wcale nie taka cicha – rewolucja. Co proponował René Redzepi? Skupienie się na regionalnych produktach, sezonowość, oleje zamiast oliwy, podkreślenie naturalnym smakiem, przywrócenie na stół jeszcze niedawno zapomnianych smaków i zrobienie gwiazd z grasicy, buraka czy mchu... Długo by wymieniać jego zasługi dla kuchni nordyckiej.

Filozofia głoszona przez Redzepiego rozprzestrzeniła się na całą Kopenhagę. Dziś 15 z tutejszych restauracji ma w sumie 18 gwiazdek Michelin (Noma, Geranium i AOC po dwie), a ciekawych miejsc jest cała masa. Panuje nawet przekonanie, że w Kopenhadze trudno dziś źle zjeść. Smakoszy przyciąga chociażby miejski targ Torvehallerne: od 80 straganów ze świeżymi ziołami czy rybami po stanowiska modnych kopenhaskich sklepów: Tante T z herbatą, Cofoco Supermarché sprzedający zdrowe, gotowe, mrożone dania i Summerbird ze słynnymi czekoladkami. Za to z ulicznego jedzenia słynie wyspa Papirøen. To market, w którym stoiska przypominają lub są foodtruckami. Kulinarni pasjonaci serwują tu najlepsze uliczne dania z całego świata, a co najmniej jedno z nich kosztuje niedrogo, czyli 50 DKK (ok. 30 zł). Wybór ogromny: brazylijska Brassa, koreańska Bulko, kolumbijska wegetariańska Latienda czy w końcu duńskie Handmade serwujące smørrebrød, czyli otwarte kanapki.

Jednak zmiana, jaka zaszła w Kopenhadze, nie ogranicza się tylko do jedzenia. Wielu uważa, że zapoczątkowały je designerskie wizje Arne Jacobsena. Jego krzesła (Jajko!), dzbanki czy sztućce to niewychodzące z mody klasyki designu. Budynki, jak ten hotelu SAS Royal z lat 60. (dziś Radisson Blu), z zachowanym oryginalnie urządzonym pokojem 606 doczekały się kopii na całym świecie. Dla innych początkiem zmian było otwarcie mostu nad Sundem, który w 2000 r. połączył Kopenhagę ze szwedzkim Malmö, albo odbijający się w wodzie gmach opery. A jeszcze nie tak dawno temu Kopenhaga wcale nie była takim fajnym miastem. Przez ostatnie 15-20 lat wiele udoskonalono, lepiąc ją na nowo. Zaczęło się od planów urzędników i urbanistów, którzy wymyślili, że dostęp do kultury, łatwa komunikacja oraz pięknie zaprojektowana przestrzeń miejska mieszkańcom Kopenhagi po prostu się należy.

Zmiany zachodziły powoli. Dziś wszystkim Kopenhaga kojarzy się z rowerowym rajem, gdzie ponad połowa mieszkańców dojeżdża nim do pracy, a rowery można wypożyczać za darmo. Tymczasem gdy w latach 60. zamknięto dla samochodów Strøget, ważną arterię w centrum, wywołało to falę protestów. Ale konsekwentne inwestowanie w ścieżki rowerowe zmieniło przyzwyczajenia Duńczyków i nikt już sobie nie wyobraża miasta bez rowerów. Jeżdżą na nich tłumy, czy to słońce, czy deszcz, czy śnieg. I tak mieszkańcy Kopenhagi swoją otwartością i adaptowaniem się do urzędniczych ulepszeń zasłużyli sobie na fajne miasto. �

Okładka tygodnika WPROST: 34/2015
Więcej możesz przeczytać w 34/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0