Strumienie pieniędzy

Strumienie pieniędzy

Wydarzeniem ostatnich tygodni stała się premiera nowej płyty Rihanny w serwisie streamingowym Tidal. Firmy, które zajmują się cyfrową sprzedażą muzyki, przejmują na naszych oczach kontrolę nad rynkiem.

Prawdopodobnie nigdy nie poznamy prawdziwych kulis premiery nowej płyty Rihanny. Długo wyczekiwany album piosenkarki z Barbadosu ukazał się wcześniej, niż wynikało z zapowiedzi. Oczywiście, nie w sklepach. Najważniejsze premiery mają dziś miejsce w sieci. „Anti” został udostępniony w Tidalu – serwisie streamingowym (co w przekładzie oznacza „strumieniowy”) z wielkimi ambicjami.

LOS WYTWÓRNI


Umowa była ponoć taka: „Anti” miał zadebiutować w serwisie założonym w 2014 r., który umożliwia użytkownikom odsłuchiwanie muzyki online. Jednocześnie album miał trafić do sklepów. W ramach promocji marki firma Samsung wyłożyła pieniądze na to, żeby milion cyfrowych kopii płyty udostępniono do ściągnięcia za darmo (innymi słowy sprezentowała milionowi słuchaczy nowy album Rihanny). Dla Jaya-Z, wielkiej sławy rapu i sprawnego biznesmena, który w lutym 2015 r. kupił Tidala za 56 mln dolarów, taka współpraca ze sponsorem to nie pierwszyzna. W przeszłości w podobny sposób promował np. własną płytę. W jaki sposób skorzystał na tym Tidal? Przy okazji premiery „Anti” zaproponował każdemu ze ściągających dwumiesięczny darmowy okres próbny. Niezły pomysł na wypromowanie serwisu, prawda?

Wyszło trochę inaczej niż w umowie. Dwa dni przed planowaną premierą w internecie „Anti” wyciekł do sieci. Jak zwykle w takich sytuacjach – w tajemniczych okolicznościach. Album natychmiast został udostępniony również w Tidalu. Wystarczyło 14 godzin, by zanotował prawie półtora miliona pobrań i dużo wyższą liczbę odsłuchów bezpośrednio w serwisie. Fanów do korzystania z Tidala zachęcała sama Rihanna. Notabene: przedstawiana wraz z kilkunastoma innymi wykonawcami jako „właścicielka” serwisu. Tidal reklamuje się bowiem jako „należący do artystów”. Opowieść o tym „przypadku” brzmi podejrzanie? Przedstawicielka Tidala w oficjalnym oświadczeniu stwierdziła lakonicznie, że wcześniejszy wyciek „Anti” to „błąd systemu”. Co więcej, wina ma leżeć po stronie Universalu. Koncern fonograficzny jest, oczywiście, odmiennego zdania, a zarząd nie kryje irytacji. To zrozumiałe. Można w sumie powiedzieć, że firmę ominęła premiera jednego z jej flagowych produktów. Wcześniejsze udostępnienie albumu wpłynęło wprawdzie na zainteresowanie fanów, tyle że na zamieszaniu skorzystał Tidal, a nie wydawca. Sprzedaż „Anti” poza serwisem osiągnęła śmiesznie niski poziom, bo płyty trafiły do sklepów za późno. W dzisiejszych czasach nikomu nie chce się czekać kilkudziesięciu godzin, skoro może w kilka minut za darmo ściągnąć album na komputer czy smartfona. Universal stracił zatem wiele milionów dolarów. Cóż, taki jest w dzisiejszym show-biznesie los klasycznych wytwórni płytowych. Tidal natomiast stracić nie może. Stąd podejrzenia, że cała akcja z wyciekiem została ukartowana. Darmowe udostępnienie długo wyczekiwanego albumu piosenkarki o takiej sławie jak Rihanna z miejsca wywindowało serwis do czołówki najpopularniejszych darmowych aplikacji w gigantycznym sklepie Apple’a. Na liście znalazł się tuż za plecami największych graczy branży streamingowej – Spotify i Pandorą. Jasne, duża część użytkowników zrezygnuje z Tidala po skończeniu się darmowego okresu próbnego. Ale na pewno nie wszyscy. Niektórzy zdecydują się jednak na płatną subskrypcję. Zwłaszcza że właściciele serwisu mają asy w rękawie. Po pierwsze, oferują dużo wyższą jakość dźwięku niż konkurencja (tzw. jakość bezstratna, porównywalna z płytami CD). Po drugie, jako jedyni pozyskują materiały ekskluzywne, których próżno szukać w innych serwisach streamingowych.

CYFROWY BEATLES

Legenda głosi, że gdy w końcówce lat 90. pokazano George’owi Harrisonowi laptopa z poświęconą mu oficjalną stroną internetową, ten powiedział: „Wszystko ładnie, pięknie, ale gdzie wrzuca się pieniądze?”. Tymi słowami emerytowany Beatles wyraził powszechne wątpliwości w kwestii ewentualnych zarobków na cyfrowej dystrybucji muzyki. Dziś wiadomo, że rewolucja już się dokonała. A ogromną rolę odegrał w tym procesie działający od 2008 r. pionierski serwis streamingowy Spotify. To jego szwedzcy właściciele wytyczyli ścieżkę, którą kroczy cały show-biznes.

Dziś są numerem 1 w branży, mają 75 mln abonentów, w tym 20 mln płacących za subskrypcję. W serwisie są dostępne niemal wszystkie nowości muzyczne, a katalog liczy setki tysięcy pozycji. Wkrótce pojawiła się konkurencja, przede wszystkim serwisy Pandora i Deezer. Efektem tej przemiany są takie informacje, jak te płynące z Sony Music. Zarząd koncernu ogłosił, że w 2015 r. wpływy ze streamingu to 24 proc. całości wpływów firmy. Zresztą moment, kiedy dochody ze streamingu będą większe (dziś to ponad 30 proc., ale co roku notowany jest wzrost o ponad jedną czwartą) od tych z płyt, zbliża się wielkimi krokami. I zapewne nastąpi jeszcze w tej dekadzie. W grudniu ubiegłego roku doszło ponadto do symbolicznego potwierdzenia przemian. W serwisach streamingowych wreszcie pojawiły się płyty Beatlesów. Najpopularniejszy zespół wszech czasów był jednym z ostatnich wykonawców, których muzyka nie była dostępna w serwisach streamingowych. Niewielu artystów pozwala sobie na walkę z globalnym trendem. Tylko największe gwiazdy z rzeszami wiernych fanów mogą mieć pewność, że ich albumy dobrze się sprzedadzą bez pomocy serwisów internetowych. Słuchacze przyzwyczajają się do swobodnego dostępu do muzyki za pośrednictwem serwisu, który wybrali. Przecież płacą abonament. Jeśli nie znajdą w nim poszukiwanej płyty, raczej ściągną ją z sieci nielegalnie, niż kupią.

Pod koniec zeszłego roku na rzucenie wyzwania branży streamingowej zdecydowała się Adele. Brytyjska supergwiazda nie umieściła swojego trzeciego albumu w żadnym z serwisów. W wywiadzie dla magazynu „Time” przekonywała, że skłoniły ją do tego dość romantyczne pobudki. Piosenkarka sama nie korzysta ze streamingów i „wierzy, że muzyka powinna być wydarzeniem”. Bardziej prawdopodobne wydaje się jednak, że Adele, która sprzedaje wiele milionów egzemplarzy każdej płyty, nie zadowala kwota tantiem naliczana od liczby odsłuchów. Gwiazda przyznała, że wzorowała się na Taylor Swift, bodaj największej dziś gwieździe amerykańskiego popu, która w 2014 r. wycofała swoje utwory ze Spotify, a następnie wdała się w konflikt z Apple’em.

GOOGLE I ARTYŚCI

Wszelkie prognozy wskazują na to, że branża streamingów muzycznych będzie się nadal szybko rozwijać. Serwisy prawdopodobnie zaczną wycofywać się z udostępniania muzyki za darmo. Na przykład Spotify, najpopularniejszy serwis tego typu w Europie, działa na zasadzie freemium. Znaczy to, że jest dostępny w dwóch wersjach – darmowej i premium. Wersja bezpłatna naraża swoich użytkowników na kontakt z drażniącymi reklamami w przerwach między utworami. Przejście na pozbawioną reklam wersję premium wiąże się z opłacaniem miesięcznego abonamentu. Tyle że na darmowym dostępie, czyli reklamach, właściciele serwisu zarabiają za mało, żeby spełnić wymagania finansowe najpopularniejszych artystów. Bez nich zaś całe przedsięwzięcie traci sens. Wniosek jest prosty: abonament prawdopodobnie prędzej czy później stanie się powszechny. Zresztą Tidal nie ma wersji bezpłatnej.

Analitycy branży uważają też, że serwisów streamingowych stopniowo będzie ubywać. Powód jest prosty: do gry włączyli się tacy giganci jak Apple (Apple Music) czy Google (Google Music Store). A dotrzymać kroku tym korporacjom nie jest łatwo. Tidal podejmuje walkę w imponującym stylu, ale może się okazać, że rozpoczął ją za późno. Główne atrakcje serwisu – wyjątkową jakość dźwięku i obecność ekskluzywnych treści – wprowadzą z pewnością prędzej czy później również giganci rynku. Stać ich na to. Google ma w końcu więcej pieniędzy niż Jay-Z, Rihanna, Kanye West i wszyscy inni artyści razem wzięci.

Spotify też chce podnieść rzuconą mu rękawicę. By uchronić się przed pożarciem przez rekiny branży technologicznej, pracuje nad specjalnym algorytmem. Ma on na podstawie matematycznych wyliczeń przewidywać, którzy wykonawcy za chwilę staną się popularni. Dzięki temu to Spotify, a nie Google czy Apple, wyjdzie na firmę, która potrafi śledzić trendy. Dane do wyliczeń będą pochodziły oczywiście od najzagorzalszych fanów muzyki – wieloletnich użytkowników serwisu, których aktywność jest i będzie monitorowana. A co to oznacza dla słuchaczy? Cóż, technologiczny wyścig zbrojeń to coraz tańszy dostęp do muzyki. Zatem na razie zyskują. ■

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 7/2016
Więcej możesz przeczytać w 7/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także