Byliśmy w Białym Miasteczku. „To on wniósł tu ożywienie. Na odchodne dostał worek ziemniaków”

Byliśmy w Białym Miasteczku. „To on wniósł tu ożywienie. Na odchodne dostał worek ziemniaków”

Białe Miasteczko
Białe Miasteczko / Źródło: Archiwum prywatne
Białe Miasteczko, które w sobotę 11 września wyrosło przed Kancelarią Premiera w niczym nie przypomina swojego pierwowzoru z 2007 roku. Nowy protest medyków pokazuje, jak wiele zmieniło się w Polsce przez ostatnie półtorej dekady. Profesjonalizacja protestu zastąpiła twórczy chaos, ale system ochrony zdrowia jest nadal niedoinwestowany i wciąż zmaga się z bolączkami, których nie potrafiono rozwiązać 14 lat temu.

Białe Miasteczko z 2007 r. nie było zaplanowane. Wiosną 14 lat temu przez Warszawę przeszedł protest pielęgniarek, a po jego zakończeniu kilkadziesiąt kobiet postanowiło zostać w stolicy i przed budynkiem Kancelarii Premiera zaczekać, aż wyjdzie do nich ówczesny premier Jarosław Kaczyński. Premier się nie zjawił, za to w nocy pojawili się policjanci, którzy zepchnęli pielęgniarki z alej Ujazdowskich w kierunku chodnika i trawników przylegających do płotu Łazienek Królewskich.

W spychanej grupie był nieżyjący już dziś były rzecznik SLD, Tomasz Kalita i pierwsze namioty stanęły przed KPRM dzięki jego staraniom.

Polityk naprędce organizował środki higieny osobistej, karimaty, śpiwory i wszystko, co niezbędne do zorganizowania spontanicznego obozowiska w centrum miasta. W pomoc zaangażowały się też partyjne młodzieżówki, warszawiacy i bez wcześniejszych przygotowań udało się stworzyć miasteczko, które na fali entuzjazmu i twórczego chaosu przetrwało ponad 4 tygodnie.

Artykuł został opublikowany w 37/2021 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 11

Czytaj także