Dziennik informuje, że do odkrycia doszło 1 lipca 2014 na terenie kampusu Wolnego Uniwersytetu Berlina. Znaleźli je przez przypadek robotnicy budowlani. Kości były zapakowane w papierowe worki i wrzucone do głębokiego dołu. Analiza wykazała, że to szczątki wielu osób – dzieci i dorosłych. Wśród szkieletów znaleziono również etykiety z numerami, przypominające te, które nadawało się więźniom obozów koncentracyjnych.
„Berliner Zeitung” podaje, że już wstępna analiza pozwoliła domyślić się, że szczątki należą do ofiar doktora Josefa Mengele. Jak przypomina serwis, Mengele zaopatrywał bowiem mieszczący się w czasie wojny na uniwersytecie instytut, w którym przeprowadzał swoje medyczne eksperymenty. W opracowaniach na temat działalności Josefa Mengele znajdowało się wiele szczegółów na temat jego praktyk. Wybierał on swoje ofiary w obozach, a następnie badał pod kątem „anomalii fizycznych”.
Uczelnia utrudnia kolejne badania
Dziennik zarzuca uczelni, że w 2014 roku miała wiedzę na temat dawnych powiazań uczelni z Mengele, ale celowo utrudniała dalsze prace badawcze na swoim terenie. Znalezione wówczas kości miały z kolei zostać po cichu zniszczone w krematorium w Ruhleben i złożone „anonimowo” w ziemi obok okienka piwnicznego krematorium.
Pod wpływem nacisków – pisze gazeta – uczelnia zgodziła się na dalsze prace, jednak zbadano jedynie niewielki fragment, a wyniki prac przedstawiono wąskiej grupie. Mimo tego udało się odnaleźć kolejne szkielety, co sugeruje, że pod ziemią mogą się znajdować i następne. Choć archeolodzy chcą prowadzić na tym terenie swoje prace, rektor ma im to usilnie blokować – czytamy.
