Wielka Brytania zamyka jeden z ważnych rozdziałów. Brexit jeszcze nigdy nie był tak namacalny

Wielka Brytania zamyka jeden z ważnych rozdziałów. Brexit jeszcze nigdy nie był tak namacalny

Wielka Brytania, zdjęcie ilustracyjne
Wielka Brytania, zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Shutterstock / Ink Drop
Od 1 października Wielka Brytania zmienia zasady wjazdu do kraju. Zamiast dowodu osobistego, przybysze będą musieli okazać paszport. To pierwszy tak namacalny efekt brexitu, który do tej pory majaczył na horyzoncie, ale wydawał się raczej melodią przyszłości. Zmiany są jednak coraz bardziej odczuwalne.

Jak informuje polska ambasada w Londynie, od 1 października Polacy, a także inni obywatele krajów Unii Europejskiej, Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Szwajcarii wjadą do Wielkiej Brytanii wyłącznie po okazaniu aktualnego paszportu. Bez paszportu do Wielkiej Brytanii wjadą osoby, które posiadają dowód osobisty przypisany do jednego z dwóch statusów: statusu osoby osiedlonej (settled status) lub tymczasowo osiedlonej (pre-settled status). Brytyjskie MSZ informowało we wrześniu, że wioski o przyznanie wspomnianych statusów złożyło 1,1 mln obywateli polskich, z czego zdecydowana większość otrzymała pozytywną decyzję.

Zmiana na granicach będzie odczuwalna dla podróżnych, gdyż odprawa paszportowa wygląda nieco inaczej niż ma to miejsce w przypadku dowodu osobistego. Samo pozyskanie paszportu jest także bardziej czasochłonne. Dlatego podróżni odczują na swojej skórze skutki brexitu, którego już od lat jesteśmy świadomi, a jednak wciąż obraz Wielkiej Brytanii poza Unią nie był szczególnie wyraźny. Wszystko przez okres przejściowy, który miał być powolnym wdrażaniem nowej rzeczywistości, by zmiany nie okazały się zbyt przytłaczające.

Referendum, które wywołało trzęsienie

Przypomnijmy, że Wielka Brytania znalazła się w tym punkcie swojej historii za sprawą referendum, które wstrząsnęło krajem. Brytyjscy eurosceptycy dostrzegli, że na polityce izolowania się, walki o suwerenność i krytyce wykreowanego na potrzeby sporu wroga, można zarobić dodatkowe głosy. Politycy pokroju Nigela Farage’a ochoczo krytykowali unijne przepisy i głosili tezy o tym, że Unia nie jest Brytyjczykom potrzebna do szczęścia. Dyskusja o brexicie wyzwoliła także najniższe społeczne instynkty. Brytyjskie media donosiły o atakach na tle narodowościowym, nawoływaniu do opuszczenia kraju skierowanym m.in. do Polaków mieszkających na Wyspach, czy też zarzutach, że migranci odbierają Brytyjczykom miejsca pracy.

By dyskusję na temat przynależności Wielkiej Brytanii do Unii raz na zawsze zamknąć, premier David Cameron zdecydował się w 2013 roku na hazardowe posunięcie. Pewny, że Brytyjczycy chcą pozostania w UE, obiecał że po wygraniu kolejnych wyborów, ogłosi referendum w tej sprawie. Z czego wynikała ta pewność, trudno powiedzieć, gdyż w sondażach na temat postaw Brytyjczyków względem UE panowała dość spora labilność. Jak wówczas analizowano, obietnica Camerona miała silny związek z eurosceptycznym skrzydłem Partii Konserwatywnej, które dzięki referendalnej zagrywce Cameron chciał uciszyć. W swoich wystąpieniach wrzucał w szprychy także krytyczne uwagi pod adresem Brukseli, licząc na wynegocjowanie ze Wspólnotą lepszych warunków przynależności do niej. Nie bez znaczenia jest także fakt, że Cameron nie spodziewał się zapewne, że jego partia wygra, zdobywając samodzielną większość, co ostatecznie oznaczało, że nie będzie miał na kogo zrzucić odpowiedzialności za ewentualne nieogłoszenie referendum.

Cameron wybory wygrał, referendum zarządził i… zdecydowanie się przeliczył. W czerwcu 2016 roku ponad 72 proc. uprawnionych do głosowania Brytyjczyków wzięło udział w referendum i zdecydowało o opuszczeniu Unii Europejskiej. Różnica między zwolennikami a przeciwnikami takiego rozwiązania była niewielka – za brexitem zagłosowało 51,89 proc. obywateli.

Brexitowe perturbacje

Już po tym, jak Brytyjczycy zagłosowali, okazało się, że sprawa nie jest tak prosta, jak niektórzy sądzili. Przerażeni skutkami referendum, zaczęli organizować manifestacje wzywające do ponownego rozpisania głosowania. W marcu 2019 roku w Londynie odbyła się demonstracja, która według wyliczeń miała zgromadzić milion osób, domagających się nowego referendum. Niemal 6 mln obywateli podpisało z kolei petycję o całkowitą rezygnację z brexitu.

W tym samym roku największe poparcie w wyborach do PE zdobyła jednak Brexit Party Nigela Farage’a, co wznieciło dyskusję nad niezachwianą chęcią Brytyjczyków do opuszczenia UE. W tym kontekście brytyjska prasa podkreślała znaczenie dwóch kwestii: demagogicznych zabiegów eurosceptyków, którzy swoimi tezami potrafili porwać tłumy i słabej kampanii zwolenników Unii, którzy zarządzeniem referendum sami zasiali wiatr, z którego zbierali burzę. Proces negocjowania odpowiednich warunków takiego rozwiązania przyczynił się jednak do chaosu, w efekcie którego oglądaliśmy wiele zwrotów akcji, zmian na stanowiskach premierów, czy łamiących się większości parlamentarnych. Nie wspominając o „serialu”, w którym Unia narzucała swoje warunki, a Wielka Brytania swoje, co niejednokrotnie groziło wyjściem Wysp z UE bez jakiejkolwiek umowy i gospodarczego porozumienia. Polityczne zawirowania odczuwalne były również w kursach walut, które szalały pod wpływem zmieniających się okoliczności.

Ostatecznie, choć wyborcze zwycięstwo obecnego premiera Wysp Borisa Johnsona przypieczętowało brexit, a flaga Wielkiej Brytanii zniknęła z unijnych sztandarów, sytuacja nie jest do końca jasna. Brexitowa saga nie dobiegła bowiem końca. Warunki samego rozwodu wypracowane w pocie czoła do stycznia 2020 roku, to tylko część problemu. Wciąż otwarta jest kwestia tego, jak będą wyglądały szczegóły dalszych stosunków między Zjednoczonym Królestwem a Unią Europejską. Czy brexit opłaci się Wielkiej Brytanii okaże się zapewne za wiele lat. Prognozy gospodarcze sporządzane przed pandemią odnosiły się do skutków rozłamu z rezerwą, częściej wskazując jednak na straty niż zyski.

Czytaj też:
Kryzys paliwowy w Wielkiej Brytanii. Pomoże wojsko, prawdopodobny powrót nauki zdalnej

Źródło: WPROST.pl
 1

Czytaj także