Phenian wyciąga rękę

Phenian wyciąga rękę

Dodano:   /  Zmieniono: 
Korea Północna próbuje wysłać swojego przedstawiciela do Waszyngtonu na uroczystość zaprzysiężenia Baracka Obamy. Według jednych źródeł, oficjalnej odpowiedzi w tej sprawie jeszcze nie ma, według innych: Waszyngton odrzucił tą propozycję. Niezależnie od tego czy komunistyczny dygnitarz dotrze do Stanów Zjednoczonych czy nie, już sama propozycja Korei Północnej ma duże znaczenie.
Oznacza to bowiem, że rządowi w Phoenianie bardzo zależy na ociepleniu stosunków z Białym Domem. Za czasów George’a W. Busha, który Koreę zaliczał do tzw. "osi zła", ocieplenie to było znacznie trudniejsze. Wygląda na to, że totalitarny reżim liczy, iż ekipa Baracka Obamy będzie dla niego łaskawsza, że wróci do pomocy humanitarnej i żywnościowej dla znajdującej się w dramatycznej sytuacji Korei, a  może nawet ma nadzieję, że zdejmie z niej sankcje gospodarcze i przestanie ją uważać za państwo wspierające terroryzm.
 
Z północnokoreańskiej inicjatywy z pewnością nie będą zadowolone Rosja i Chiny. Ludowo-demokratyczna Korea jest  ich naturalnym sprzymierzeńcem ze względu na swą wrogość do USA. Poza tym osamotniona Korea oddala groźbę zjednoczenia półwyspu, czego sobie żaden z jej potężnych sąsiadów nie życzy.

Cieszyć się natomiast mogą Japonia, a zwłaszcza Korea Południowa, dążąca od lat do zjednoczenia półwyspu. Dla nich, sojuszników USA w tym regionie, powiększająca swój arsenał broni Korea Północna od lat stanowi zagrożenie.

Oczywiście żeby można było mówić o jakiejkolwiek poprawie stosunków USA z reżimem Kim Dzong Ila, Korea Północna musiałaby spełnić szereg warunków - głównie rozbrojeniowych, które są jak najbardziej w interesie Japonii i Korei Południowej, ale są szalenie trudne do przyjęcia dla Korei Północnej. Dlatego nie należy zbyt wiele się spodziewać po tym geście. Phenian już wielokrotnie siadał do stołu, a następnie zrywał rozmowy pod byle pretekstem. Z drugiej strony, jeśli Biały Dom zignoruje wyciągniętą rękę, ostatecznie pchnie upokorzony reżim w ramiona Rosji i Chin. Być może jednak  Barackowi Obamie uda się to, co nie udało się jego poprzednikowi.

 0

Czytaj także