Dlaczego Putin nie lubi Andżeliki Borys?

Dlaczego Putin nie lubi Andżeliki Borys?

Dodano:   /  Zmieniono: 
Polska dyplomacja znajduje się ostatnio w głębokiej defensywie. Najpierw Erika Steinbach wykiwała polski rząd doprowadzając do sytuacji, w której kierowany przez nią Związek Wypędzonych uzyska de facto monopol na pisanie historii II wojny światowej w ramach tworzonego w Niemczech Muzeum Wypędzonych, a teraz dodatkowo upokorzył nas Aleksander Łukaszenka. Białoruś, europejski parias, aresztując Andżelikę Borys i 40 członków Związku Polaków na Białorusi dobitnie pokazała nam, że groźby kierowane pod adresem Mińska przez, było nie było, jeden z największy krajów Unii Europejskiej to dla reżimu w Mińsku słowa, słowa, słowa…
Jeszcze w piątek minister Radosław Sikorski miał postawić „do pionu" swojego kolegę z białoruskiego MSZ grożąc sankcjami dyplomatycznymi i wstrzymaniem pomocy z UE w przypadku, gdyby represje wobec ZPB nasiliły się. Białoruski minister ładną angielszczyzną odpowiedział, że ZPB nie będzie niepokojone jeśli będzie działać legalnie. A w poniedziałek kierownictwo ZPB w komplecie zameldowało się przed sądem. Wprawdzie wyroki – po 5 dni aresztu i 400 dolarów grzywny dla Andżeliki Borys nie wydają się zbyt poważne ale, nie oszukujmy się, w całej sprawie nie chodzi wcale o wymiar represji, tylko o to, że mimo nieśmiałych pohukiwań polskiego rządu, takie represje w ogóle mają miejsce.

Najważniejsze pytanie brzmi: dlaczego Aleksander Łukaszenka z takim upodobaniem gnębi Związek Polaków na Białorusi. Oficjalnie Mińsk utrzymuje, że Andżelika Borys i jej środowisko to groźni rozłamowcy, którzy czyhają na integralność terytorialną Białorusi wykonując polecenia rządu w Warszawie. Jednak w to, że Borys zamierza oderwać grodzieńszczyznę od macierzy i złożyć hołd lenny premierowi Donaldowi Tuskowi, bądź prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu wierzą chyba tylko pozbawieni kontaktu ze światem zewnętrznym mieszkańcy białoruskich wsi. Z całą pewnością takiej groźby nie traktuje poważnie Aleksander Łukaszenka. Białoruskiego autokraty można nie lubić, ale nie można odmówić mu politycznej inteligencji. Wszak od lat Mińsk udanie lawiruje między Moskwą a UE rozgrywając Brukselę przeciwko Moskwie i vice versa. Gdyby Łukaszenka był tępym despotą, jak chcą go przedstawiać niektórzy, Białoruś już dawno powróciłaby do rosyjskiej macierzy.

O co więc chodzi Łukaszence? Aby odpowiedzieć na to pytanie należy przyjrzeć się na kogo „gra" obecnie białoruski dyktator. Po pewnej odwilży w kontaktach z Brukselą, Łukaszenka po swojemu sfałszował wybory parlamentarne, co dało mu gwarancję dalszej, bezpiecznej władzy, ale jednocześnie oddaliło od Zachodu. A skoro tak – to Łukaszenka znów przychylniejszym okiem spojrzał na Kreml. Nieprzypadkowo jesienią ubiegłego roku dzielni białoruscy żołnierze wraz z armią rosyjską ćwiczyli pod granicami Polski wojnę z krajami NATO. Obecnie Łukaszenka stawia po prostu na tandem Putin Miedwiediew.

Pytanie nie brzmi więc o co chodzi Łukaszence, ale jaki interes w gnębieniu garstki Polaków na Białorusi ma Kreml. A interes ten wydaje się oczywisty. Moskwa po raz kolejny testuje spoistość Unii Europejskiej. Putin już wcześniej przekonał się, że jeśli chodzi o interesy ekonomiczne (Gazociąg Północny!) UE jest monolitem jedynie na papierze. Teraz Kreml sprawdza więc, jak wyglądają sprawy w sferze symbolicznej. Jeśli bowiem aresztowaniom działaczy ZPB na Białorusi będzie towarzyszyć jedynie pomruk niezadowolenia z Brukseli, za którym nie pójdą żadne realne działania, będzie to oznaczało, że Moskwa może w stosunkach z Polską stosować ulubioną przez siebie politykę siły bez obawy, że zostanie ukarana przez Unię odebraniem jakiś cennych zabawek. To zaś stawia nas w mocno niekomfortowej sytuacji, zwłaszcza że od kiedy w Białym Domu rządzi Barack Obama, nie możemy w razie czego odwołać się do Wielkiego Brata zza oceanu, bo Wielki Brat woli ubijać interesy z Rosją, niż dbać o dobre samopoczucie Polaków.

Piłka znajduje się obecnie po stronie Polski. W najbliższych dniach minister Radosław Sikorski, razem z premierem Donaldem Tuskiem i prezydentem Lechem Kaczyńskim powinni zdobyć się na opuszczenie swoich partyjnych szańców i zorganizować ogólnonarodowy lobbing w Brukseli. Czas skorzystać z atutu, jakim jest przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek i ulokowany blisko unijnej minister spraw zagranicznych Jacek Saryusz-Wolski i zażądać od Brukseli jednolitego wystąpienia przeciw Białorusi. Może kraje UE powinny w komplecie wezwać swoich ambasadorów z Mińska na konsultacje, co w dyplomacji jest sygnałem możliwego zerwania stosunków dyplomatycznych? Może odciąć Białoruś od interesów, jakie może robić na Zachodzie? A może znów zacząć traktować całość białoruskiej administracji państwowej jak nielegalny reżim i zamknąć granice dla tamtejszych ministrów i dyplomatów. Możliwości jest wiele – najważniejsze jest, aby taki jednolity protest był działaniem całej UE. Jeśli bowiem rzecz ograniczy się do tego, że polski MSZ będzie zaniepokojony, a Europa zniesmaczona – to możemy być pewni, że kolejnym ruchem Kremla będzie dalsze demonstrowanie światu, że UE dzieli się na lepszych i gorszych (a w takim układzie Polska znajduje się, niestety, w tej drugiej grupie). Jeśli UE przyjmie taki stan rzeczy do wiadomości to znów pozostanie nam, jak pisał niegdyś Herbert, „krzepiąca wiedza, że jesteśmy – sami".