Węgry bronią ustawy medialnej, KE wciąż ma uwagi

Węgry bronią ustawy medialnej, KE wciąż ma uwagi

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Wicepremier Węgier bronił w poniedziałek w Parlamencie Europejskim kontrowersyjnej ustawy medialnej, którą przyjął w 2010 roku węgierski parlament. Ale komisarz odpowiedzialna za media Neelie Kroes podtrzymała zarzuty dotyczące m.in. niezależności nadzoru nad mediami.
Okazją było nadzwyczajne, poświęcone węgierskiej ustawie połączone posiedzenie komisji ds. wolności obywatelskich i  sprawiedliwości oraz komisji ds. kultury w Strasburgu. Przebiegło w  napiętej atmosferze. - Trzeba pogodzić wolność wypowiedzi mediów, wpływ, jaki mają na opinię publiczną, i konieczność, by nie mówić byle czego - argumentował węgierski wicepremier Tibor Navracsics w wystąpieniu do eurodeputowanych. Wielu nie kryło oburzenia taką argumentacją.

Wicepremier zapewniał, że w ustawie chodzi nie o cenzurę, lecz o  "zagwarantowanie poszanowania godności osoby ludzkiej". Jego zdaniem, ustawa zapewnia prawo do informacji. Dodał też, że kontrowersyjny przepis, by w "zrównoważony sposób" media relacjonowały wydarzenia, nie dotyczy prasy, "gdzie każdy może pisać, co chce", tylko "mediów, które mają największy wpływ", czyli mediów elektronicznych. - Uważamy, że takie środki są konieczne, gdyż media wywierają bardzo duży wpływ na opinię publiczną - oświadczył.

Ku zadowoleniu eurodeputowanych, Neelie Kroes powiedziała, że  "już na pierwszy rzut oka w ustawie są niesatysfakcjonujące punkty". Podkreśliła, że z przesłanego do Brukseli tekstu ustawy wynika, że wymóg "zrównoważonych" relacji dotyczy wszystkich mediów, co budzi zastrzeżenia KE. - Zachodzi ryzyko naruszenia praw podstawowych poprzez wymóg rejestracji wszystkich mediów, w tym internetowych, takich jak fora, blogi itd. Także przez wymóg, by wszystkie media w zrównoważony sposób relacjonowały krajowe i europejskie wydarzenia. A także poprzez poddanie organu nadzorującego media politycznej kontroli poprzez taki a  nie inny sposób mianowania członków - wyliczała Kroes. Dodała, że węgierska ustawa jest też problematyczna z punktu widzenia dyrektywy audiowizualnej, bo może dotyczyć mediów z innych krajów. To sprzeczne z unijnym prawem zakładającym zasadę kraju pochodzenia, w myśl której media w UE poddane są swojemu prawodawstwu krajowemu, jednocześnie korzystając ze swobody do nadawania w całej UE.

- Przedstawiciel węgierskiego rządu wydawał się ślepy i głuchy na  wyrazy zaniepokojenia ze strony wielu eurodeputowanych z różnych grup politycznych, co było echem niepokojów wyrażonych już wcześniej przez niektóre europejskie rządy -  ubolewał w imieniu socjalistów Claude Moraes. - Spotkanie nie rozwiało naszych obaw co do ustawy - dodał.

pap, ps

Jednak nawet socjaliści, choć są politycznymi adwersarzami rządzącej na Węgrzech partii Fidesz premiera Viktora Orbana, nie są za  tym, by cały Parlament Europejski zajął stanowisko ws. ustawy medialnej, przyjmując stosowną rezolucję. Eurodeputowani są zdania, że trzeba poczekać na formalną ocenę KE. Kroes zapowiedziała, że przedstawi ją jak najszybciej; wcześniej KE zapowiadała, że to kwestia "tygodni albo miesięcy".

Chodzi o przyjętą 20 grudnia nową obszerną ustawę medialną, która weszła na Węgrzech w życie 1 stycznia. Ustawa powołuje m.in. wpływową Radę ds. Mediów, wybieraną przez parlament, która ma prawo karać media za "niezrównoważone politycznie" publikacje. Wszyscy członkowie Rady (pięć osób) są członkami partii rządzącej Fidesz. Kary nakładane przez Radę mogą wynosić do 200 mln forintów (700 tys. euro) w przypadku mediów elektronicznych i 25 mln forintów (89 tys. euro) w przypadku dzienników lub publikacji internetowych.

W środę na pytania eurodeputowanych dotyczące poszanowania wolności mediów na Węgrzech będzie odpowiadał premier Orban, który przyjeżdża do Strasburga, by przedstawić priorytety węgierskiej prezydencji w UE.

 1

Czytaj także