Brytyjczycy będą wybierać po nowemu? Pierwsze referendum od 36 lat

Brytyjczycy będą wybierać po nowemu? Pierwsze referendum od 36 lat

Dodano:   /  Zmieniono: 
Fot. FORUM 
W Wielkiej Brytanii 4 maja odbędzie się referendum w sprawie nowej ordynacji wyborczej. Konserwatyści przystali na to w ramach umowy koalicyjnej z liberałami, ale są przeciwni zmianom. Liberałowie są "za", co wywołuje napięcia w koalicji. Perspektywa referendum doprowadziła do przegrupowań na scenie politycznej.
Opozycyjna Partia Pracy popiera zmiany, jednak wielu jej członków jest im przeciwnych. 114 laburzystowskich posłów Izby Gmin i ponad 80 członków Izby Lordów, w tym byli członkowie gabinetów Tony'ego Blaira i Gordona Browna, m.in. John Reid, David Blunkett czy Hazel Blears, są przeciwnikami zmian. Lider partii Ed Miliband argumentuje, że system polityczny wymaga zmian, i podoba mu się to, że w nowym systemie głosy wyborców zyskają większy ciężar gatunkowy. Uważa też, że zmiany wyjdą jego partii na dobre. Atakuje zarazem lidera liberałów Nicka Clegga, nazywając go antyreklamą obozu "tak".

Wybieram ciebie, i ciebie, i ciebie...

Reforma ordynacji polegałaby na odejściu od obecnego systemu obsadzania mandatu przez kandydata, który uzyskał w wyborach zwykłą większość, i wprowadzeniu systemu większościowego z 50-procentowym progiem. Okręgi pozostałyby jednomandatowe, ale wyborca zamiast krzyżyka przy nazwisku jednego tylko kandydata stawiałby numerki przy nazwiskach kandydatów w zależności od  swych preferencji. W przypadku, gdyby żaden z kandydatów nie uzyskał 50 proc. głosów w tzw. pierwszej preferencji, odpadałby ten, który miał ich najmniej, a pozostałym doliczano by głosy tzw. drugiej preferencji, a więc te, przy których jego wyborcy postawili nr 2. Procedura powtarzana byłaby do czasu, aż któryś z kandydatów uzyskałby 50 proc. System taki obowiązuje m.in. w Irlandii.

Liberałowie sądzą, że zmiana ordynacji pomoże im zwiększyć stan posiadania, ponieważ wyborcy, nawet jeśli identyfikują się z nimi, nie  głosują na nich w przekonaniu, że są bez szans, a zatem głos oddany na nich jest stracony. Ich najsłabszą stroną jest to, że nie są uważani za alternatywę dla  największych partii: konserwatystów i laburzystów.

Silny rząd, czy za silny rząd?

Niektórzy komentatorzy sądzą, że duże większości bezwzględne, którymi dysponował Tony Blair przez trzy kadencje parlamentarne z rzędu, nie wyszły na  dobre brytyjskiej demokracji, ponieważ najważniejsze decyzje podejmowano w wąskim kręgu wtajemniczenia z pominięciem Izby Gmin. Do tradycji silnych, jednopartyjnych rządów przywiązani są torysi, przekonani, że rząd silny to rząd efektywny, a koalicje to rządy słabe i niestabilne. Konserwatyści przekonują też, że proponowany system wyborczy jest zbyt skomplikowany i kosztowny, oraz że  zmiany mogą przynieść niezamierzone i niepożądane efekty, np. wprowadzić do parlamentu małe partie skrajnie prawicowe.

Z sondażu BPIX dla tygodnika "Mail on Sunday" wynika, że 51 proc. ankietowanych nie chce nowego systemu głosowania, a tylko 33 proc. popiera nowe rozwiązania. Spora liczba wyborców sądzi, że koszt referendum oceniany na 80 mln funtów to pieniądze zmarnowane i że kraj ma inne, o wiele poważniejsze zmartwienia. W Wielkiej Brytanii nie ma tradycji referendum. Ostatnie odbyło się w 1975 r., w dwa lata po wejściu kraju do EWG. Od tego czasu przeprowadzono dziewięć referendów lokalnych.

PAP, arb