Kamikadze wiezie pomoc

Kamikadze wiezie pomoc

Gdyby nie robota wolontariuszy, którzy sami kupują i dowożą sprzęt na front, rosyjskie czołgi byłyby już pod Kijowem – mówią ukraińscy żołnierze walczący w Donbasie. Brakuje kamizelek, hełmów i leków. Oddziały zamykane w kotłach nie dostają wsparcia.

Front w okolicach Ługańska. Kilkunastu żołnierzy przeładowuje kałasznikowy. Jadą na patrol, siedząc na odkrytej pace ciężarówki. Brygada Specjalnego Przeznaczenia ma opinię doborowej jednostki, jednak brakuje w niej transporterów opancerzonych. Andriej jest saperem i jednym z najbardziej doświadczonych żołnierzy. Pokazuje literki WP na sprzączce swojego pasa. Wojsko Polskie. Nóż też ma znad Wisły. To prezent od polskiego żołnierza, z którym służył w Iraku. Misję wspomina dobrze. Wszystko było idealnie zorganizowane, jak na dobrym szkoleniu. – Ale Irak to było nic. Prawdziwa wojna jest tutaj.

1.

Na froncie zupełny chaos w dowodzeniu. Brakuje nawet krótkofalówek. Żołnierze korzystają z komórek, choć jest to zakazane, bo ułatwia namierzenie ich pozycji. Za mało jest specjalnych opatrunków, które mogą uratować życie, tamując duży krwotok po postrzale. Andriej przyznaje, że sam takiego nie ma. – Nasza armia zapewnia nam coś innego – mówi, wyciągając z kieszeni podłużną zieloną saszetkę. – To narkotyk. Jak mnie trafią, zażyję i już nic nie będę czuł – uśmiecha się.

Na zdjęciu zamieszczonym w sierpniu na Facebooku Taras pozuje przy białym samochodzie z darami dla walczących na Wschodzie. Jest uśmiechnięty, trzyma dwa słoiki ogórków. Tydzień później ginie, gdy jego ochotniczy batalion wpada w okrążenie pod Iłowajskiem. Jest wielu za bitych i rannych. Wołodymir przeżył. Na kijowskim Majdanie był z Tarasem w jednej sotni. Teraz mówi, że na froncie brakuje już nawet wody. Jego siostra, do której dzwoni co kilka dni, apeluje na Facebooku o pomoc. Prosi o wywarcie nacisku na ukraińskie władze, by nie pozostawiały bez wsparcia wojsk znajdujących się w kotle.

2.

Warszawa. Oksana zatrzymuje się pod piekarnią i kupuje jagodzianki dla swoich dzieci, które spędzają wakacje pod Lwowem. Samochód jest wypakowany po dach. Oprócz jagodzianek i jogurtów Oksana zawiezie na Ukrainę noktowizory i leki dla walczących. – Najtrudniej było dostać amerykańskie opatrunki tamujące krwotok. Organizacje wspierające ukraińską armię wykupiły niemal wszystkie zapasy dostępne w Polsce. Teraz trzeba sprowadzać je ze Stanów. Ich ceny poszły w górę.

Oksana prowadzi w Warszawie gabinet dermatologiczny. Od wydarzeń na Majdanie pracy poświęca mniej czasu. Zmieniła też panującą wcześniej w jej domu zasadę, by przy posiłkach nie oglądać telewizji. Wszyscy domownicy na okrągło śledzą ukraińskie kanały informacyjne. Jej ośmioletni synek Maksym zażyczył sobie niedawno na prezent plastikowy karabin. Mówi, że chce z nim szukać ukrywającego się w Rosji Wiktora Janukowycza. Pod koniec sierpnia przez Warszawę prze chodzi pochód z okazji Dnia Niepodległości Ukrainy. Na czele jedzie mały Oleś w samochodzie ozdobionym flagami. Nie może chodzić, bo z powodu zapalenia stawu wylądował w szpitalu, ale marszu nie chciał odpuścić. Iryna, jego mama, idzie w tłumie, ale myślami jest na wschodzie Ukrainy. Kupiła już kilka kamizelek kuloodpornych. Te raz się zastanawia, czy lepiej wysyłać na front ciepłą bieliznę dla żołnierzy, czy hełmy, których cały czas brakuje. Mówi, że ukraińska diaspora na Zachodzie zbyt słabo wspiera finansowo organizacje zdobywające zaopatrzenie dla armii. I dodaje: – Nasze środowisko w Polsce nie jest duże. Mamy ograniczone możliwości. Niedługo się wyczerpią.

3.

Kijów. Kamizelka kuloodporna sięga dziesięcioletniemu Dmytro prawie do kolan, a wojskowy hełm zsuwa się na oczy. Mały poprawia hełm, a mama robi mu zdjęcie. Przyjechali do siedziby fundacji Narodny Tył. To jedna z wielu organizacji pozarządowych na Ukrainie, która zbiera pieniądze i kupuje wyposażenie dla armii. Regały w kilku pomieszczeniach są zapełnione darami. Poszczególni wolontariusze opiekują się konkretnymi jednostkami. Zaopatrują armię we wszystko – od wody, przez środki czystości, leki, kamizelki, hełmy, po nowoczesne noktowizory i celowniki optyczne. Na podwórku kończy się załadunek dwóch dostawczych mercedesów. Jeszcze tej nocy transport ma wyruszyć w drogę. Między samochodami stoi Jurij, zwany „Kamikadze”. Wcześniej prowadził firmę transportową. Jego samochody jeździły z Ukrainy na Zachód. Sam zasiadał za kółkiem raz w roku, by sprawdzić, co się zmieniło na trasie, którą pokonywali jego kierowcy. Teraz jeździ co trzy dni. Już nie na Zachód, ale na front. Jurij nie pozwala jeździć większości swoich kierowców. – To młodzi chłopcy. Mają żony, dzieci. Wolę jeździć sam – tłumaczy. Tym razem wyjątkowo zabiera ze sobą przyjaciela. Sasza właśnie świętował z żoną jej 35. uro dziny. Dwa dni później ją okłamał, że jedzie do Charkowa. I pojechał z Jurijem na front. Z Kijowa wyjeżdżają w nocy, by w strefę przyfrontową dojechać już za dnia. W nocy niebezpieczeństwo ataku jest większe. – Jak zacznie strzelać snajper, to nawet nie będę widział skąd – mówi Jurij. W samochodzie ma kamizelkę kuloodporną, jednak jej nie zakłada. Kamizelki ani hełmu nie ma też Sasza. Jest fanem motocykli. O swoim harleyu może opowiadać godzinami. Jeździ zawsze bez kasku. – Mnie milicja nie da mandatu – uśmiecha się szelmowsko. Milicjanci są łaskawi, bo na Ukrainie Sasza Pikalow ma status gwiazdy. Jest aktorem i komikiem, który zasłynął z parodiowania Wiktora Janukowycza. Jurij prowadzi całą noc. Sasza śpi na tylnym siedzeniu. Nad ranem przejeżdżają przez Charków i kierują się w stronę Ługańska. Pojawiają się pierwsze posterunki ukraińskiej armii. Na pierwszym z nich żołnierz kontrolujący samochód rzuca ostro: – Kto tam śpi z tyłu? Dokumenty! – Sasza, pokaż się – budzi kompana Jurij. – O, „Janukowycz”! Jechać!

4.

Obóz Brygady Specjalnego Przeznaczenia znajduje się przy linii frontu na północ od Ługańska, 30 km od rosyjskiej granicy. Wjazd zagradza prowizoryczny szlaban zrobiony z gałęzi. Na workach wypełnionych piaskiem widać logo Castoramy. Za osłoną siedzi trzech młodych żołnierzy uzbrojonych w kałasznikowy. Za schron służy im lepianka z ziemi przykryta pociętymi gałęziami. Słuchają muzyki z komórki. Brygada cieszy się dobrą sławą, odkąd po ciężkich walkach zdobyła lotnisko w Ługańsku. Ale większość żołnierzy nie wygląda na zaprawionych w bojach. Mają po dwadzieścia kilka lat. Władymir jest z Winnicy. Kamizelkę kuloodporną kupił mu ojciec, gdy tylko się dowiedział, że syn jedzie na front. – Odkąd tu jestem, mama dzwoni do mnie codziennie i płacze do słuchawki – opowiada. Sam nie może przestać myśleć o koledze, który poległ w walce z separatystami. – Gdyby pomoc nadeszła szybciej, miałby szansę. A tak, wykrwawił się – mówi. – Dostajemy słabe wparcie. Gdyby nie pomoc wolontariuszy, rosyjskie czołgi byłyby już pod Kijowem.

5.

Wokół samochodów Jurija robi się tłoczno. Żołnierze popijają wodę i napoje energetyczne, które właśnie wyładowano. Robią sobie zdjęcia z Saszą „Janukowyczem”. Pozują z ukraińską flagą i bronią zdobytą w walce z separatystami. Jeden pokazuje pistolet z długim tłumikiem. Artiom nie chce być na żadnym zdjęciu. – Moja rodzina wciąż nie wie, że jestem na froncie. Wolę, żeby tak pozostało – wyjaśnia. Kilka dni wcześniej w bazie był koncert. Ktoś filmował nie tylko artystów, ale i siedzących na widowni żołnierzy. Nagranie zamieszczono na YouTube. – Miałem pecha, bo siedziałem w trzecim rzędzie – mówi Artiom. Ma nadzieję, że bliscy nie trafią na klip w sieci. W bazie skwar nie do zniesienia. Żołnierze chronią się przed słońcem w namiotach. Temperatura przekracza w nich 40 stopni. Na stole pojawia się butelka z bimbrem i arbuz, który służy jako zakąska. Bimbru i arbuzów nie brakuje. Jeden z żołnierzy wyjmuje komórkę i włącza filmik nagrany, gdy jego oddział odbijał w lipcu z rąk separatystów Kramatorsk, miasto niedaleko Słowiańska – ówczesnej wojskowej stolicy separatystów. Widać pociski wystrzeliwane z moździerza. W tle entuzjastyczne okrzyki. – Jak na sylwestra – komentują żołnierze i wychylają kolejkę samogonu.

6.

„Janukowycz” pozuje do ostatnich zdjęć. Potem ruszają z Jurijem w drogę powrotną. Przy jednym z posterunków w białej furgonetce czeka mieszkające pod Ługańskiem małżeństwo. Jurij nie zna nawet ich imion. Wie jedynie, że ma im przekazać część darów. – To ludzie stąd. Dobrze znają lokalne drogi. Wiedzą, jak dojechać w najbardziej niebezpieczne miejsca, gdzie żołnierze znajdują się w okrążeniu – tłumaczy. Pół godziny po opuszczeniu obozu Jurij odbiera telefon. Baza, w której byliśmy, została właśnie zbombardowana przez Rosjan rakietami Grad. – Trzeba wywozić rannych – rzuca. Zawraca na wyboistej drodze i przyspiesza. Dzwoni do żołnierzy stacjonujących w bazie. Telefony milczą. Na kolejnych mijanych postach ukraińskiej armii nikt o ataku na bazę nie słyszał. Po 20 minutach okazuje się, że informacja o ataku była nieprawdziwa. – Ktoś napisał w internecie, że naszych przykryli gradami. To celowa dezinformacja – wścieka się Jurij. Ruszamy znów na zachód. Droga wygląda jak po bombardowaniu. Furgonetka pędząca 120 km/h z hukiem zalicza kolejne dziury na niełatanym od lat asfalcie. „Kamikadze” przysypia. Głowa opada mu na kierownicę. Prowadzi już kilkanaście godzin, ale nie zwalnia. Musi wykonać zadanie do końca. Do Charkowa, gdzie będzie mógł odpocząć, zostało prawie 300 km. Żeby się rozbudzić, opowiada o swoich podróżach. Zwiedził pół świata. Ostatnio zaliczył biegun północny. Ale od kilku miesięcy o realizowaniu pasji nie ma mowy. – Moje miejsce jest teraz tu. W strefie przyfrontowej. �

Okładka tygodnika WPROST: 37/2014
Więcej możesz przeczytać w 37/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0