Być jak Warren Buffett

Być jak Warren Buffett

Wskaźnik Buffetta pokazuje, że nadciąga krach. Co na to Buffett? Kupuje akcje na potęgę.

Matematycznie rzecz ujmując, Warren Buffett jest najlepszym inwestorem w dziejach. Na giełdę wszedł jako 11-latek, kupując trzy akcje operatora stacji benzynowych Cities Service w cenie 38,25 dolara za sztukę. Dziś jego majątek jest wart 60 mld dolarów. Gdy w 1962 r. przejmował Berkshire Hathaway, tekstylną manufakturę z Massachusetts, akcje firmy szły po 12 dolarów. Dziś Berkshire jest holdingiem, w którego skład wchodzi ponad 80 firm różnych branż od producentów lodów (Dairy Queen), ketchupu (Heinz) czy bielizny (Fruit of the Loom) przez ubezpieczycieli (GEICO) po linie kolejowe (druga w USA sieć BNSF). Jedna akcja imperium Buffetta kosztuje 214 155 dolarów (słownie: dwieście czternaście tysięcy sto pięćdziesiąt pięć dolarów; notowanie z 5 listopada 2014 r.). Nie ma na Wall Street droższej akcji. Niedawne badania pokazały, że Buffett inspiruje Amerykanów bardziej niż Barack Obama czy Oprah Winfrey. Trendy wyznacza skuteczniej niż jakakolwiek gwiazda pop. Nazywają go Wyrocznią z Omaha (miasto w stanie Nebraska, gdzie się urodził 84 lata temu i gdzie do dziś mieszka), bo jego skuteczność zakrawa na jasnowidztwo. Tak zwany wskaźnik Buffetta uchodzi za jeden z bardziej miarodajnych, według których przewiduje się giełdowe trendy. W skrócie porównuje on łączną wartość wszystkich spółek na giełdzie z wartością PKB kraju. Według Buffetta idealnie, jeśli giełda jest warta 80 proc. PKB. Jeśli miernik przekroczy 100 proc., znaczy, że akcje są przeszacowane i ich ceny muszą prędzej czy później spaść. Dziś wskazówka na Wall Street pokazuje 140 proc. Tak źle (albo dobrze, to zależy od punktu siedzenia) było tylko raz – tuż przed krachem dotcomów w 2000 r. W czasie spadających cen ropy i wojen na Ukrainie, w Iraku czy Syrii współczynnik pokazujący obawy inwestorów co do przyszłości jest najwyższy od lat. Tymczasem Buffett przyznaje w CNN, że kupuje akcje radośnie jak zawsze. Paradoks tylko pozorny, bo jedna z porad Wyroczni brzmi: „Bądź strachliwy, kiedy inni są chciwi; bądź chciwy, kiedy inni się boją”.

AMERYKANIN W CHINACH

Jest najbardziej amerykańskim ze wszystkich bogaczy. Wypija osiem puszek coli dziennie, chętnie jada w McDonaldzie (w czasie podróży do Chin wyłącznie tam), niemal nie rozstaje się z lodem na patyku. Powtarza, że inwestuje tylko w to, co zna: Coca-Colę, ExxonMobil, American Express, General Electric, IBM. To tylko kilka z licznych, słynnych i potężnych amerykańskich korporacji, w których posiada pokaźne pakiety. Zawsze tak samo rozczochrany i uśmiechnięty, pełen iście amerykańskiego optymizmu. „Najlepsze dni Ameryka ma przed sobą”. Albo: „Nie było w dziejach większych szczęściarzy od dzieci, które dziś rodzą się w Ameryce”. Tako rzecze Warren Buffett, w czasach „schyłku amerykańskiej potęgi”, w których ponoć żyjemy.

Skalę porównawczą Buffett ma. Urodził się w latach Wielkiego Kryzysu, jego ojciec stracił pracę jako makler. Gdy dorastał, w czasie obiadów przy rodzinnym stole rozmawiało się tylko o pieniądzach. O tym, jak je zdobyć, żeby przetrwać. Mały Warren miał na to swoje sposoby. Rozwoził gazety, zbierał zagubione piłki golfowe i je sprzedawał, kupował stare flipery i instalował je w zakładach fryzjerskich. Że będzie bardzo bogaty, zrozumiał przed dziesiątym rokiem życia. Olśniło go w kasynie: – Jeśli goście przy jednorękich bandytach wychodzą czasem z kieszeniami pełnymi monet, to co dopiero, jeśli moją ćwierćdolarówkę wrzucę w coś, czego efekt da się przewidzieć. Zaczął odwiedzać najbliższe biuro maklerskie. Liczby go pochłonęły. Szybko okazało się, że analizował i przewidywał jak mało kto. W wieku 32 lat zarobił pierwszy milion.

Swoje peany na cześć Ameryki Buffett promuje jednak w czasach, kiedy liczby, które tak przecież ceni, pokazują, że amerykańska klasa średnia kurczy się w szybkim tempie. Spada życiowa mobilność Amerykanów – mniej zamożnie urodzonym coraz rzadziej udaje się wspiąć choćby o jeden stopień społecznej drabiny. Jeśli trendy się nie odwrócą, pokolenie dzisiejszych dzieci będzie biedniejsze, a co więcej, pożyje krócej od swoich rodziców. Magazyn „Fortune”, analizując inwestycje Buffetta na przestrzeni lat, trafnie dostrzega, że najbardziej amerykański z amerykańskich bogaczy najlepszy interes zrobił na największym chińskim gigancie naftowym PetroChina. To akcje tej spółki zakupione w 2002 r. dały mu największy zysk z wszystkich jego inwestycji: 52 proc. w skali rocznej.

ZDRAJCA W GOLDMANIE

Postać Buffetta, jeśli przyjrzeć się jej z bliska, jest pełna sprzeczności. Zacznijmy od życia prywatnego. Uchodzi za domatora, wzór ojca i męża, który robiąc miliony, a potem miliardy, nigdy nie poświęcał rodziny. Wszystko prawda, tyle że rodzina Buffettów jest nietypowa. Jego pierwsza żona i matka trójki dzieci Susan nie chciała pozostawać w jego cieniu i w latach 70. wyruszyła do Kalifornii szukać szczęścia w rozrywce. Do opieki nad mężem wyznaczyła swoją najbliższą przyjaciółkę Astrid Menks. Buffettowie i Menks przez dekady wspólnie spędzali wakacje i święta, kartki podpisywali: „Warren, Susie i Astrid”. Buffett ożenił się z Menks po śmierci Susan, w 2004 r. W interesach też daleko mu do ortodoksji. Z pozoru jest najbardziej zagorzałym wyznawcą Benjamina Grahama, twórcy doktryny inwestycyjnej postulującej, w największym skrócie, kupowanie dobrych spółek po niskich cenach i czekanie na zysk w długim terminie (value investing). Buffett powtarza, że książka Grahama „The Intelligent Investor”, którą kupił za kilkadziesiąt centów jako nastolatek, była najlepszą inwestycją, jaką zrobił w życiu. Żeby uczyć się od Grahama, dostał się na Uniwersytet Columbia, gdzie tamten wykładał ekonomię. „Kupuję akcje tanio i trzymam na zawsze” – brzmi jedna ze słynnych Buffettowskich złotych myśli.

To prawda, ale nie cała. Buffett nie stroni od spekulacji, której Graham, delikatnie mówiąc, nie pochwalał. W 2009 r. wyszło na jaw, że w jego portfolio były warte miliardy pakiety spekulacyjnych instytucji finansowych, takich jak Goldman Sachs, których działania przyczyniły się do krachu na rynku nieruchomości. Buffett jak to Buffett, mimo krachu wcale na tym interesie nie stracił. Wręcz przeciwnie, zarobił miliardy. Wszedł w Goldman Sachs i podobne spółki dopiero w momencie, kiedy było jasne, że rząd wspomoże banki „zbyt duże, by upaść” wielomiliardowym kołem ratunkowym. W tamtym czasie pokazał też, że choć mieszka daleko od Wall Street i od Waszyngtonu, trzyma rękę na pulsie. W sprawie koła ratunkowego konsultowali się z nim prezydent Barack Obama i wielu kongresmenów, z których niektórzy – na marginesie – mieli udziały w jego holdingu. Gdy rola Buffetta w całej sprawie wyszła na jaw, wielu jego wyznawców poczuło rozczarowanie. Komentator Reutersa Rolfe Winkler nazwał go zdrajcą.

LODY W CZEKOLADZIE

Warren Buffett nie daje się wcisnąć w żadną szufladę. Może najwięcej powie o nim to, jak żyje. Mieszka w tym samym domu w Omaha, który za 31 tys. dolarów kupił w 1957 r. Pobiera skromną jak na miliardera pensję 100 tys. dolarów rocznie. Jego praca od dziesięcioleci wygląda tak samo: „Głównie siedzę w biurze i czytam”. Twierdzi, że na czytanie poświęca 80 proc. czasu. To, co przeczyta, analizuje i po analizie podejmuje inwestycyjne decyzje. Stołuje się ciągle w tych samych zwykłych knajpach. W wolnych chwilach gra na ukulele. „Lubię te same rzeczy, które lubiłem 50 lat temu – mówi. – I żyję tak samo”. Prywatnego jeta kupił dopiero przed kilkoma laty, żeby usprawnić robienie interesów na nowych rynkach: w Indiach i w Chinach. W 2011 r. tekstem na łamach „New York Timesa”, w którym postulował znaczne podwyższenie podatków od najbogatszych, uruchomił globalną dyskusję na ten temat. 99 proc. jego fortuny stopniowo przejmuje fundacja Billa Gatesa, jednego z jego najbliższych przyjaciół (połączył ich brydż, nie interesy). – To dużo pieniędzy – mówi Buffett, tłumacząc decyzję o przekazaniu majątku na cele charytatywne – ale o wiele bardziej pomagają ci, którzy oddają potrzebującym swój czas i talent. Ja nie robię tego często.

W ostatnich tygodniach było o nim głośno również dlatego, że spore straty notują trzy firmy, w których ma duże udziały: Tesco, IBM i Coca-Cola. Najgorsza sesja w połowie października kosztowała go dwa miliardy dolarów straty w ciągu dnia (na papierze, bo akcji nie wyprzedał). Część komentatorów zaczęła pomrukiwać, że Wyrocznia z Omaha straciła dar jasnowidztwa. Ale Buffett ma to do siebie, że jeśli gdzieś straci, to gdzie indziej zyska dwa razy więcej. Jego holding jako całość ciągle zwyżkuje. Nikt tak naprawdę – nawet Wyrocznia – nie wie, kiedy przyjdzie załamanie i jak bardzo będzie bolesne. Ale jednego można być niemal pewnym: cokolwiek się wydarzy, Warren Buffett więcej na tym zyska, niż straci. �

Okładka tygodnika WPROST: 46/2014
Więcej możesz przeczytać w 46/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0