Koniec multi-kulti

Koniec multi-kulti

Przez Niemcy idą antymuzułmańskie marsze. Takiego wzrostu ksenofobicznych nastrojów nie było od czasów nazizmu. Epoka tolerancji dobiega końca. Pytanie: co po niej?

Na ostatni grudniowy marsz w Dreźnie mimo mrozu i przedświątecznej bieganiny przyszło 17 tys. osób. W tłumie pod szpalerem trójbarwnych niemieckich flag dominowali barczyści, wygoleni młodzi mężczyźni. Neonazistowska Niemiecka Partia Demokratyczna jest główną siłą organizacyjną ruchu Patriotische Europäer Gegen die Islamisierung des Abendlandes (PEGIDA, Patriotyczni Europejczycy Przeciw Islamizacji Zachodnich Ziem). Nie sposób jednak dojrzeć w tłumie partyjnej symboliki. Powielany w materiałach PE- GIDA emblemat – ludzik wyrzucający do kosza symbole rozmaitych skrajnych ruchów muzułmańskich i lewicowych – w pierwszej kolejności odrzuca swastykę. Ekstrema chce dziś mówić do wszystkich Niemców.

– Widzę poważne zagrożenia, jakie nadchodzą do nas spoza Europy – diagnozuje Felix Menzel, 29-letni wydawca prawicowego magazynu „Blaue Narzisse” (Błękitny Narcyz). – Obawiam się zwłaszcza przeludnienia w Afryce i Azji. To, co teraz rozwija się w Iraku i Syrii, to zwiastun nadchodzącej globalnej wojny domowej – wieszczy. Coraz więcej Niemców myśli podobnie. Uczestników marszów – organizowanych co tydzień w Dreźnie – skokowo przybywa. Ubiegłotygodniowy sondaż pokazał, że jeden na ośmiu Niemców deklaruje chęć wzięcia udziału w wiecu PEGIDA, gdyby tylko organizowano taki w ich miejscowości. Co trzeci Niemiec uważa, że islam wywiera zbyt duży wpływ na życie publiczne nad Renem i idea marszów jest usprawiedliwiona. Uczestnicy marszów przyjęli hasło „To my jesteśmy ludem!”, skandowane przez tłum ćwierć wieku temu w Berlinie, gdy padał mur.

ŚWIATOWE BIURO POMOCY

– Widocznie wzrasta liczba przestępstw na tle ksenofobicznym – mówi szef niemieckiej policji Holger Münch. Zanim jeszcze ruszyły pierwsze marsze PEGIDA, doliczono się przeszło 200 protestów w miejscach, w których miały powstać schroniska dla uchodźców i imigrantów. Tylko 11 grudnia w całym kraju podpalono i okraszono swastykami trzy budynki o takim przeznaczeniu. A to jedynie ukoronowanie listy, liczącej 86 ataków i aktów wandalizmu, do których doszło w obiektach tego typu między styczniem a końcem września ubiegłego roku. Grupy monitorujące aktywność prawicy w sieci alarmują, że mamy do czynienia z prawdziwym wysypem nowych ekstremistycznych stron internetowych, profilów w portalach społecznościowych, blogów. Wśród tych ostatnich za najpopularniejszy uchodzi Politically Incorrect (Politycznie Niepoprawny) – blog odwiedzany codziennie przez 70 tys. czytelników.

Na celowniku sympatyków PEGIDA są nie tylko muzułmanie. – My, Żydzi, wiemy swoje – mówi w rozmowie z niemieckim wydaniem „Huffington Post” szefowa żydowskiej społeczności w Dreźnie Nora Goldenbogen. Wraz ze wzrostem nastrojów antyislamskich przybywa też wystąpień antysemickich. – Nie możemy przylepić 10 tys. ludzi łatki prawicowych ekstremistów – podkreśla jednak minister spraw wewnętrznych landu Saksonia i polityk rządzącej CDU Markus Ulbig. – To stworzyłoby więcej problemów, niż mogłoby rozwiązać. Wśród uczestników tych marszów są zwykli przedstawiciele klasy średniej, nie ma co wrzucać ich do tego samego neonazistowskiego worka – dodaje. Sekunduje mu ekspert berlińskiego Freie Universität, specjalista od prawicowego ekstremizmu prof. Hajo Funke. – Ludzie, którzy przychodzą na te marsze, chcą wyrazić niezadowolenie ze stanu spraw społecznych. To organizatorzy grają na ich emocjach, odwołując się do Państwa Islamskiego czy Al-Kaidy – twierdzi.

I rzeczywiście, argumenty uczestników marszów nie są wyszukane. – Niemcy stają się światowym biurem pomocy socjalnej – narzekał w rozmowie z reporterami stacji Al-Dżazira 36-letni Detlev, który na co dzień żyje w Szwajcarii, ale na wieść o marszu pofatygował się aż do Drezna. – Nikt nie kontroluje, skąd przyjeżdżają ci ludzie – dorzucał inny, który nie przedstawił się rozmówcom. I może być tylko gorzej: w ubiegłym roku Republika przyjęła rekordową liczbę uchodźców – zwłaszcza z terytoriów opanowanych przez bojowników Państwa Islamskiego, czyli Syrii i Iraku – około 200 tys. ludzi. Salafici, wyznawcy radykalnego islamu, to najszybciej rozwijająca się ekstrema w kraju. Gdy ich grupy – skądinąd nierzadko zakładane przez niemieckich konwertytów na islam – rozdają na ulicach egzemplarze Koranu, naprzeciw wychodzą im „patrole koraniczne”. Jak przekonuje PEGIDA, konsekwencją „kulturowej agresji” musi być „kulturowa obrona”. Przed Niemcami czas kulturowych wojen.

ŚLEPA ULICZKA

– To niedający się zmierzyć wkład w gospodarkę kraju – przekonywał szef Federalnego Biura Pracy Josef Stingl. – Jest jeszcze 280 tys. wakatów, które będziemy chcieli zapełnić. Niemcy potrzebują zagranicznych robotników, by jakoś radzić sobie z rosnącą górą zobowiązań emerytalnych oraz osiągnąć postawione sobie cele dotyczące wzrostu gospodarczego – dowodził. Dobiegały końca lata 60., a epoka niemieckiego cudu gospodarczego sięgała apogeum. W chłodny listopadowy poranek 1969 r. Ismail Bahadir wysiadał z pociągu, którym przyjechał do Monachium prosto ze Stambułu. Na peronie stał już tłumek dziennikarzy, dyplomatów i przedstawicieli stowarzyszeń pracodawców. Czekali, by przywitać „milionowego gastarbeitera z południowej Europy”, jak nazywano nad Renem rzeszę Turków, którzy na zaproszenie rządu w Bonn zjeżdżali do Niemiec w poszukiwaniu pracy i lepszego życia.

– Sackgasse i Einbahnstrasse („ślepa uliczka” i „ulica jednokierunkowa”). Tyle pamiętam z języka niemieckiego – wspominał po latach Bahadir. Przez 12 lat spędzonych w niemieckich fabrykach „milionowy gość” znad Bosforu nie nauczył się wiele więcej, ale za to dorobił się trzypokojowego mieszkania w rodzinnej Konyi i zapewnił rodzinie względny dobrobyt. Ale też miał to być związek bez złudzeń – ani Niemcy nie przewidywali, że goście osiedlą się nad Renem na stałe, ani też goście nie zamierzali zabawić tam zbyt długo. Bahadirowi udało się wrócić, ale milionom jego rodaków – nie. We wspomnieniach niemieckich Turków lejtmotywem jest zapakowana walizka, która latami leży na szafie, przygotowana do powrotu w ojczyste strony.

Stało się inaczej. Do licznej społeczności gastarbeiterów zaczęli dołączać uciekinierzy i opozycjoniści z Bliskiego Wschodu, Afryki, Azji. „Dzisiaj mieszka w Niemczech 6,7 mln obcokrajowców, czyli osób bez niemieckiego paszportu. 1,7 mln z nich to Turcy” – pisze w swojej książce „Muzułmanie i inni Niemcy” Piotr Buras, znawca spraw niemieckich. – „Oprócz nich ponad 8 mln obywateli ma tzw. pochodzenie migracyjne. Oznacza to, że 15 mln osób żyjących w Niemczech, czyli lekko licząc co piąty mieszkaniec kraju, ma w swojej własnej lub rodzinnej biografii doświadczenie migracji. Ponad jedna czwarta spośród nich to muzułmanie”. Przez długie dekady liczono, że „zarobieni” gastarbeiterzy wrócą do domu, a wraz z upadkiem afrykańskich i azjatyckich reżimów ich śladem podążą azylanci. Z biegiem czasu okazało się jednak, że nie ma na to wielkich szans. Z pompą wdrażano więc kolejne inicjatywy mające zmierzać do integracji imigrantów, ale czym innym były spektakularne projekty, koedukacyjne szkoły czy centra wsparcia dla obcokrajowców, a czym innym codzienna praktyka. Tę drugą odsłaniał w swoich reportażach nestor niemieckiego dziennikarstwa Günter Wallraff, który miał okazję wcielić się zarówno w „czarnoskórego” obywatela Niemiec, jak i „gościa z południowej Europy”.

W pierwszym z tych wcieleń Wallraff postanowił kupić zegarek ze stoperem, potrzebny mu do biegania. „Młoda sprzedawczyni, zobaczywszy mnie, twierdzi, że takich zegarków w sklepie nie ma. Na wystawie widziałem jednak taki i mówię jej o tym. Kobieta w końcu nawiązuje ze mną rozmowę i ściąga zegarek z wystawy. Jest drogi, złoty. Chętnie wziąłbym go do ręki, choćby tylko po to, żeby ocenić jego wagę. Sprzedawczyni jednak nie wypuszcza go z dłoni i uśmiecha się w wymuszony sposób” – pisał. Chwilę później „biały” kolega Wallraffa mógł bez większego problemu przyjrzeć się drogocennemu gadżetowi. Za to Wallraff – mimo naturalnej znajomości niemieckiego i nienaruszania jakichkolwiek norm społecznych – był odruchowo brany za potencjalnego przestępcę, w najlepszym przypadku kelnera czy sprzątacza. Te szklane sufity sprawiły, że kilka lat temu liczna rzesza najlepiej wykształconych i zintegrowanych osób pochodzenia tureckiego zaczęła wracać nad Bosfor. Paradoksalnie na taki odwrót nie mogą pozwolić sobie ci, którzy żyją w tureckich gettach rozciągających się na przedmieściach.

PO TOLERANCJI

– Nie podążajcie za tymi, którzy zwołują wiece. W ich sercach zbyt wiele jest uprzedzeń, zimna, a nawet nienawiści – mówiła w noworocznym wystąpieniu do rodaków kanclerz Angela Merkel. Przez długie tygodnie po pierwszych protestach PEGIDA szefowa niemieckiego rządu milczała. Zabrała głos dopiero, gdy w sukurs aktywistom tradycyjnej skrajnej prawicy poszła nowa siła na niemieckiej scenie politycznej – partia Alternatywa dla Niemiec (AfD), która ledwie kilka miesięcy po powstaniu zdobyła siedem miejsc w Parlamencie Europejskim. Ugrupowanie to niemal idealnie wpisuje się w schemat francuskiego Frontu Narodowego czy brytyjskiej Partii Niepodległości z ich antyimigrancką retoryką i nawoływaniem do ustanowienia „rządów prawa”. – Jesteśmy naturalnymi sojusznikami PEGIDA – podkreślał w grudniu Alexander Gauland, jeden z przywódców AfD. Szef partii Bernd Lucke komentował z kolei noworoczne orędzie Merkel na łamach „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. „Takie orędzie powinno łączyć ludzi, a nie dzielić” – stwierdził przewrotnie. „To przejaw braku szacunku dla rodaków”.

Dziś w Niemczech toczy się gra. PEGIDA nigdy nie sięgnie po najprostsze z haseł: „Cudzoziemcy, won!”. Jednocześnie nastroje i symbolika wieców jest jednoznaczna. Z drugiej strony dwie największe partie na scenie politycznej – chadecka CDU i socjalistyczna SPD – jak ognia unikają klarownego potępienia uczestników manifestacji. Najmocniej wyraził się o nich jeden z polityków lewicy, Ralf Jäger, szef resortu spraw wewnętrznych w landzie Nadrenia Północna-Westfalia. – To neonaziści w ubrankach do gry w tenisa.

Polityczny establishment nad Renem jedyne wyjście widzi w edukowaniu Niemców co do zalet przyjmowania i integrowania imigrantów. W ten właśnie ton uderzała w swoim orędziu kanclerz Merkel. – To dla Niemiec największy komplement, że mogą nazywać się miejscem, w którym dzieci prześladowanych dorastają bez strachu – podkreślała. Problem Merkel i całych Niemiec polega na tym, że takie przekonanie podziela coraz mniej jej rodaków. Gdy w 2006 r. tysiące ludzi entuzjastycznie wyrażało swój patriotyzm podczas rozgrywanych w kraju mistrzostw świata w piłce nożnej, pisano o końcu poczucia winy, jakie towarzyszyło Niemcom przez powojenne dekady. Reprezentacja Niemiec pełna gwiazd o imigranckich korzeniach sięgnęła wtedy po brąz. Dziś media na Renem donoszą o „końcu tolerancji”, dzięki której Niemcy uporali się z winą i na której w dużej mierze zbudowali swoją nową tożsamość. Pozostaje pytanie, co przyjdzie, gdy skończy się tolerancja. ■

Okładka tygodnika WPROST: 2/2015
Więcej możesz przeczytać w 2/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • polak IP
    Jak widziałem w sieci jak Neo - Arabskie dzieci bija rodowite dzieci Niemieckie 10 na 1 to żal mi było tego biednego dziecka niemieckiego

    Czytaj także