Panamskie trzęsienie ziemi

Panamskie trzęsienie ziemi

Skala przekrętów i nielegalnych transferów dokonywanych poprzez raje podatkowe przerasta szacunki ekspertów. Wciąż nie wiadomo, czy poznamy prawdziwe rozmiary tego procederu.

Kiedy w zeszłym tygodniu premier Wielkiej Brytanii David Cameron przyjął zaproszenie na spotkanie ze studentami Uniwersytetu w Exeter, był przekonany, że młodzi ludzie chcą rozmawiać z nim o relacjach z Unią Europejską i o przyszłym referendum na temat Brexitu. Przeżył bardzo niemiłe chwile, gdy zamiast tego studenci zaczęli niespodzianie dopytywać go o „doświadczenia z unikaniem podatków”, nawiązując do informacji o kombinacjach finansowych jego nieżyjącego już ojca ujawnionych w wyniku afery Panama Papers (dziś wiadomo już, że sam też skorzystał z okazji).


Takie niespodzianki to i tak stosunkowo niewielki despekt w stosunku do tego, co jeszcze czeka świat polityki po panamskim wstrząsie. Kolega Camerona z Islandii Sigmundur David Gunnlaugsson za ujawnienie machinacji finansowych przeprowadzanych poprzez raje podatkowe zapłacił utratą stanowiska, a przede wszystkim szacunku współobywateli, co zapewne oznacza koniec kariery publicznej na zawsze.

cena hipokryzji

Przykład Gunnlaugsona jest szczególny o tyle, że premier państwa ciężko dotkniętego przez kryzys bankowy przedstawiał się jako pionier nowych czasów. Islandia postawiła na radykalne zerwanie z dyktatem „banksterów”. Ba, czterech najbardziej odpowiedzialnych za wywołanie kryzysu trafiło do więzienia. I po tym wszystkim dowiedzieć się, że twardy premier negocjujący z bankami tak naprawdę negocjuje sam ze sobą jako posiadacz (wspólnie z żoną) udziałów w bankach? W spokojnych zwykle Islandczykach zagotowała się krew. Nic dziwnego, że Rejkiawik przeżył największą w historii kraju demonstrację ludzi chcących ujrzeć premiera na taczce. Nie mniej wstydliwa jest sprawa Petra Poroszenki.

Ukraiński prezydent, który, jak się okazało, nie wyzbył się bynajmniej mentalności postsowieckiego oligarchy, poszukiwał dla swoich pieniędzy bezpiecznej przystani w rajach podatkowych. I to w czasie, gdy państwo, na czele którego stoi, borykało się zarówno z agresją Rosji, jak i z dramatyczną zapaścią gospodarczą zmuszającą rząd do cięcia nawet głodowych świadczeń dla rencistów i inwalidów. Z tej perspektywy tłumaczenia Poroszenki twierdzącego, że działał w granicach prawa, nie brzmią poważnie. Nie jest w tym zresztą oryginalny – tak samo mówią też inni przyłapani na panamskim przekręcie. Większość ze 142 przywódców i czołowych polityków, na których ciemne sprawki rzuciły światło ujawnione w aferze panamskiej dokumenty, poza wstydem nie musi obawiać się poważniejszych konsekwencji.

Przynajmniej chwilowo, gdyż nawet w dyktaturach krople społecznego niezadowolenia drążą skałę władzy. To dlatego machiny propagandowe w Moskwie, Pekinie czy Damaszku ruszyły pełną parą, „ujawniając” knowania zachodnich imperialistów i ich służb specjalnych. – Chcą uczynić nas bardziej posłusznymi, więc stworzyli sobie jakiś produkt medialny – grzmiał Władimir Putin na spotkaniu z rosyjskimi mediami. Dla znających kulisy funkcjonowania władzy w państwach niedemokratycznych (lub udających demokrację) wyciek informacji o kombinacjach czołowych polityków nie jest niespodzianką samą w sobie. Co najwyżej potwierdziły się podejrzenia i wypłynęły nazwiska pośredników albo podstawionych przyjaciół ułatwiających przywódcom ciemne interesy (w Rosji taką postacią okazał się np. muzyk Siergiej Rołdugin, przyjaciel prezydenta Putina oficjalnie niemający żadnych związków z przemysłem czy bankowością).

Największy wyciek w historii

Wbrew pozorom „afera panamska” nie powinna być uznawana za coś niewiarygodnego. Skala unikania podatków i ukrywania majątków jest już tak duża (w USA szacuje się ją nawet na 10 proc. dochodów firm), że nie sposób wszystkiego ukryć bez śladu. Prędzej czy później znajdzie się ktoś, kto podrzuci jakiejś redakcji albo organizacji kilka płyt kompaktowych z kompromitującymi danymi. Tak było, gdy ujawniono tzw. teczki luksemburskie, dane z banków HSBC albo UBS, WikiLeaks albo „sekrety offshore”. Tym razem zadziwić może jedynie ilość danych wykradzionych z serwerów „brokera oszustów”, czyli kancelarii Mossack Fonseca: 2,6 terabajtów to objętość ok. 700-800 tys. książek.

Dokładne przeanalizowanie tej ilości informacji to iście herkulesowa praca, nie do wykonania przez jedną czy kilka osób. Dzięki żmudnej pracy reporterów 76 redakcji współpracujących w ramach Międzynarodowego Konsorcjum Dziennikarzy Śledczych (ICIJ) udało się prześledzić niezwykłą pajęczynę powiązań firm, pośredników i banków, w której miały się zagubić najbardziej bulwersujące informacje. Ta analiza pokazuje, jak zaawansowana jest dziś taktyka „szarej bankowości” i przed jakim zadaniem stają organy ścigania nawet w tych państwach, które (jak np. Szwecja) walkę z unikaniem podatków i oszustwami traktują jak najbardziej poważnie. Najatrakcyjniejsze medialnie informacje to te mówiące o znanych postaciach: politykach, sportowcach, biznesmenach. Jednak najbardziej niepokojący wniosek wypływający z dotychczas ujawnionych danych to skala zjawiska. Tylko w Czechach, niedużym państwie o średnim potencjale, naliczono 13 tys. firm kryjących się w rajach podatkowych.

Takich spółek w Chinach, Hongkongu, Rosji, Szwajcarii czy Wielkiej Brytanii są setki tysięcy. A mowa o zaledwie jednej kancelarii pośredniczącej – jednej z kilkuset działających w Hongkongu, na Karaibach czy w europejskich rajach podatkowych (Jersey, wyspa Man, Luksemburg, Cypr, a nawet Szwajcaria). Na razie poznaliśmy jedynie niewielki wycinek danych, których pełne opracowanie (11,2 mln plików) potrwa jeszcze długo. W związku z tym nasuwają się dwa istotne pytania. Po pierwsze, jaki jest całkowity zasięg afery i kto ma jeszcze naprawdę poważne powody do obaw. Po drugie, jaki może być polityczny skutek tak potężnego skandalu. Tym bardziej że nie jest on wcale pierwszy, a irytacja społeczeństw poddanych „niezbędnym działaniom oszczędnościowym” w okresie ostatniego kryzysu finansowego sięga zenitu.

Granice dociekliwości

Na pierwsze z pytań trudno odpowiedzieć (dziennikarze „Süddeutsche Zeitung” zapowiadają jedynie enigmatycznie, że lista nieuczciwych polityków i biznesmenów wkrótce się wydłuży). Nawet pobieżny ogląd pierwszych rewelacji wykazuje jednak dziwną dysproporcję – „na liście wstydu” są przede wszystkim osoby z państw niedemokratycznych, głównie spoza szeroko rozumianego Zachodu. Odgrywających naprawdę istotną rolę polityków z Unii Europejskiej jest zaskakująco mało. Postaci i firm z Ameryki nie ma prawie wcale. Aż trudno uwierzyć, by reprezentanci demokracji zachodnich byli aż tak uczciwi, a czwarta władza państw demokratycznych nadzorowała ich aż tak skutecznie.

A może organizatorzy przecieku albo ujawniające skandal media mają powody, by filtrować dane? Czyżby wskazówek do domysłów należało szukać wśród sponsorów ICIJ? Są wśród nich głównie szacowne fundacje finansowane przez wielkie korporacje: Fundacja Gold-man-Sonnenfeldt, Fundacja Forda, Fundacja Rockefellera, Fundacja Carnegie, Fundacja Open Society (George’a Sorosa). Wszystko to instytucje zasłużone dla obrony demokracji i walki z negatywnymi zjawiskami w najróżniejszych regionach świata, tym niemniej w sposób oczywisty powiązane z kręgami biznesowymi, które przecież dbają o własne interesy. W tym kontekście można się jedynie domyślać, co mieli na myśli dziennikarze „Guardiana”, pisząc, że duża część informacji z „afery panamskiej” zapewne nie ujrzy światła dziennego.

Z drugiej strony trzeba pamiętać, że mimo podkreślania roli „dziennikarstwa śledczego” w istocie chodzi nie o dochodzenie reporterów (jak choćby w aferze Watergate), ale o klasyczny przeciek. Odbiorcom ujawnionych danych pozostaje więc tylko wierzyć, że „Johnem Doe”, który dostarczył zapis sekretnych operacji kancelarii Mossack Fonseca do monachijskiej redakcji „Süddeutsche Zeitung”, kierowało jedynie szczere oburzenie i chęć postawienia tamy olbrzymim nadużyciom o globalnym zasięgu. Niezależnie od intencji zarówno rzekomego „Johna Doe”, jak i ICIJ oburzeni są przede wszystkim zwykli obywatele słyszący od lat, że trzeba wreszcie ukrócić możliwości korzystania z rajów podatkowych i rozwiniętej nad miarę optymalizacji podatkowej.

Problem jednak w tym, kto ma o to walczyć, skoro na panamskiej liście pojawiają się nawet komisarze Unii Europejskiej (jak poprzez żonę Miguel Arias Cañete). Brytyjscy komentatorzy ze złośliwą satysfakcją przypomnieli, że nie kto inny jak David Cameron mówił rok temu w Hongkongu o „skorumpowanych urzędnikach i kryminalistach piorących brudne pieniądze, którzy korzystają z anonimowych struktur”. Problem po pierwsze w tym, że większość owych struktur znajduje się na... brytyjskich terytoriach zależnych (wszelkie rekordy biją w tej dziedzinie Wyspy Dziewicze).

Po drugie zaś niespodziewanie okazało się, że syn zaradnego milionera Iana Camerona w roli premiera Zjednoczonego Królestwa potajemnie zabiegał w Komisji Europejskiej nie o zaostrzenie, ale wręcz o poluzowanie regulacji dotyczących funduszy działających w rajach podatkowych! Oczywiście dobrze znów usłyszeć zapewnienia czołowych unijnych polityków (jak choćby komisarza ds. ekonomicznych i finansowych Pierre’a Moscoviciego) o konieczności zdecydowanej walki z międzynarodowymi przekrętami na wielką skalę. Z pochwałami lepiej jednak poczekać na efekty, bo podobne deklaracje słyszymy niezmiennie od lat. ■

©℗ Wszelkie PRAWA ZASTRZEżone

Okładka tygodnika WPROST: 15/2016
Więcej możesz przeczytać w 15/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0