Krwawy zamach w Iraku (aktl.)

Krwawy zamach w Iraku (aktl.)

Dodano:   /  Zmieniono: 
Co najmniej 46 osób zginęło, a 150 odniosło obrażenia, kiedy w środę terrorysta-kamikadze zdetonował bombę w Irbilu, jednym z głównych miast Kurdyjskiego Okręgu Autonomicznego na północy Iraku.
Stało się tydzień po utworzeniu nowego rządu, który obiecał Irakijczykom stabilizację i bezpieczeństwo. Na razie jednak premier Ibrahim Dżafari kolejny dzień próbował zażegnać spory o  obsadę siedmiu wakujących resortów, jak pisze agencja France Presse "w atmosferze kryzysu politycznego".

Zamach w Irbilu, do którego przyznała się ekstremistyczna Armia Obrońców Sunny, był najkrwawszym atakiem partyzantów od 28 lutego, kiedy inny zamachowiec-samobójca zabił 125 osób w szyickim mieście Hilla.

W ciągu minionego tygodnia fala przemocy pochłonęła około 200 Irakijczyków, 13 żołnierzy amerykańskich i jednego brytyjskiego. Przeszło 350 Irakijczyków zostało rannych.

Irbil leży 350 km na północ od Bagdadu i jest jednym z głównych miast irackiego Kurdystanu. W regionie tym zwykle panuje spokój i  nie obowiązują przepisy o stanie wyjątkowym, wprowadzonym w  pozostałych częściach kraju w listopadzie zeszłego roku.

Iraccy politycy, którzy przed utworzeniem rządu spierali się blisko trzy miesiące o podział stanowisk, mówią, że partyzanci chcą wywołać wojnę domową między arabskimi sunnitami a szyitami i  Kurdami, i w tym celu dokonują krwawych zamachów przeciwko szyitom i Kurdom.

Kurdowie, za Saddama Husajna dyskryminowani, stanowią 15-20 procent ludności Iraku, ale masowo głosowali w styczniowych wyborach i zdobyli w parlamencie przeszło jedną czwartą - 77 -  mandatów, a prezydentem Iraku został kurdyjski polityk Dżalal Talabani.

Według policji w Irbilu, terrorysta-kamikadze ukrył pod odzieżą ładunki wybuchowe i wszedł w tłum kandydatów do pracy w policji zgromadzony przed budynkiem, w którym oprócz ośrodka rekrutacji mieści się siedziba Demokratycznej Partii Kurdystanu. Po eksplozji krew zabitych i rannych mieszała się z wodą, która trysnęła z rur w uszkodzonym gmachu.

Rannych jest tylu, że przed szpitalem w Irbilu zgromadziły się setki ich krewnych i bliskich. Dyrekcja szpitala odczytuje przez głośniki imiona i nazwiska rannych i podaje, w której sali leżą. Niektóre źródła podają, że zginęło aż 60 osób.

Przywódcy iraccy obawiają się, że tego rodzaju krwawe zamachy sprowokują Kurdów i szyitów do aktów przemocy wobec arabskich sunnitów, spośród których rekrutują się partyzanci.

Arabscy sunnici stanowią 15-20 proc. ludności Iraku, ale za  Saddama zajmowali najwyższe stanowiska w armii, służbach bezpieczeństwa i rządzie. Teraz wielu z nich nie może się pogodzić z utratą dominującej pozycji politycznej, przejętej przez szyitów (60 procent ludności).

Zamachy na szyitów i Kurdów nasiliły się w czasie, gdy w  dominująca w rządzie Dżafariego koalicja szyicka naraziła się politykom sunnickim, bo odrzuciła jedna po drugiej kilka ich kandydatur na stanowisko ministra obrony.

Dżafari obiecał ten ważny resort arabskim sunnitom, aby  przyciągnąć ich do udziału w życiu politycznym i osłabić partyzantkę. Jednak jak dotychczas nie zaakceptował żadnego ich kandydata, twierdząc, że wszyscy oni byli związani z reżimem Saddama.

Jak powiedział były dyplomata amerykański Richard Murphy, "kłopot Dżafariego polega na tym, że wszystkie osoby dość doświadczone, by  móc objąć stanowisko ministra obrony, w swoim czasie dłużej lub  krócej deklarowały lojalność wobec partii Baas i Saddama".

W rządzie Dżafariego wakują też przeznaczone dla arabskich sunnitów stanowiska wicepremiera (jednego z czterech) oraz praw człowieka. Na znak niezadowolenia z nieufności premiera wobec kandydatów sunnickich wiceprezydent Iraku Ghazi Jawer, arabski sunnita, zbojkotował we wtorek uroczystość zaprzysiężenia rządu.

W Waszyngtonie negocjatorzy amerykańskiego Senatu i Izby Reprezentantów uzgodnili dodatkowy preliminarz budżetowy na  operacje w Iraku i Afganistanie w wysokości 82 miliardów dolarów. Na związaną z tymi operacjami pomoc dla zagranicy, w tym dla  Polski, przeznaczyli 230 mln dolarów, o 170 mln dol. mniej niż  chciał prezydent George W. Bush (który obiecywał Polsce 100 milionów dolarów).

Odsetek Amerykanów, którzy uważają, że nie warto było rozpoczynać wojny w Iraku, wzrósł w najnowszej ankiecie Gallupa dla CNN i  dziennika "USA Today" do 57 procent z około 50 procent w lutym (przy marginesie błędu 5 pkt. procentowych).

ss, ks, pap

 0

Czytaj także