Jerzy Mazgaj: Polka kupi sobie drogą torebkę, a do lodówki to, co tańsze, bo tego już nie widać

Jerzy Mazgaj: Polka kupi sobie drogą torebkę, a do lodówki to, co tańsze, bo tego już nie widać

Jerzy Mazgaj
Jerzy Mazgaj / Źródło: Materiały prasowe
– Ośmiorniczki tylko w Polsce stały się jakimś synonimem luksusu. Łowią je rybacy z Bangladeszu i można kupić kilogram za 9 zł. Zje ktoś więcej niż pół kilo? Wyda na taki posiłek 4,5 zł. To są delikatesy? – mówi Jerzy Mazgaj, były prezes delikatesów Alma. Zdecydował się przerwać milczenie i udzielić nam pierwszego wywiadu od czasu wybuchu kryzysu w znanej sieci delikatesów.

Szymon Krawiec: Widział pan siebie na okładce jednego z tabloidów? Pana twarz, cygaro w ustach i podpis:,,Ma miliony, a ludziom nie płaci”.

Jerzy Mazgaj: Przez to, że prowadziłem wcześniej sklepy prestiżowych marek, to dziennikarze chętnie rozmawiali ze mną o polskim luksusie. O biżuterii, winach, cygarach. Te wcześniejsze publikacje zbudowały wizerunek kapitalisty, który obserwuje życie gdzieś tam zza szyby luksusowego sklepu i rozmawia tylko z tymi, których stać na drogi garnitur.

A tak nie jest?

No nie, tylko jak to wytłumaczyć ludziom? Jak wytłumaczyć komuś, że zarabia pensję minimalną a inny wielokrotnie więcej, więc stać go na luksusowy samochód. Nauczyło mnie to tylko tyle, że nasze społeczeństwo jest tak rozwarstwione, że nie można mówić o luksusie. To nie wypada. Jest grupa Polaków, która czuje się oszukana, bo nie odniosła sukcesu w wolnej Polsce. Zazdrości więc tym, którym coś po 1989 roku wyszło. A jak ktoś jest bogaty, to pewnie ukradł. Jak zrobił karierę naukową, to ma pewnie kogoś z rodziny na uczelni. Jak założył firmę i mu idzie, to pewnie nawciskał łapówek. Taka jest mentalność.

Czyta się co roku te raporty o rynku dóbr luksusowych, że rośnie. Że mamy więcej milionerów, że Polacy się bogacą. I okazuje się, że na zakupy w Almie ich nie stać. Wolą iść do dyskontu.

Jak to w Polsce: zastaw się, a postaw się. Polak woli kupić sobie drogi samochód, a Polka drogą markową torebkę, bo to widać na zewnątrz. A do lodówki kupi to, co tańsze, bo tego już nie widać. W handlu jest ciężko. Padło Bomi. Padł MarcPol. Wycofał się Marks&Spencer. Padły warszawskie sklepy Mini Europa. No bo jest myślenie, że wędlina to przecież wędlina. A wino to wino. Czy ja je kupię w dyskoncie, czy w Almie, to nieważne. Ważne, żeby nie było kwaśne i w okazyjnej cenie. 90 proc. wina sprzedawanego w Polsce to przecież wina półwytrawne.

Wszyscy sobie zachwalają wina z dyskontów.

Tak się utarło. W dyskontach są wina po 16 zł za butelkę. Nie da się za taką cenę wyprodukować dobrego wina, ale wszyscy mówią, że to świetne wino, bo nie jest cierpkie, bo ma ładną etykietę. Ale transport, butelka, akcyza, VAT kosztują tyle, że to za wino za 4 euro musi być produkowane po jedno euro. A czy za 4 zł da się wyprodukować dobre wino? No nie. Ale to mnie też zgubiło.

Że nie miał pan w Almie win za 16 zł?

Że zgubiła nas konsekwencja, bo my konsekwentnie utrzymywaliśmy jakość. Nie wycofywaliśmy droższych artykułów. Nie udawaliśmy, że jesteśmy tanim sklepem. Wierzyliśmy w to, że jest w Polsce grupa ludzi, która chce czegoś więcej, że lubi oryginalne produkty, że ich stać na to, żeby nie oszczędzać na jedzeniu. Były produkty regionalne, ekologiczne, czyli z natury droższe.

I nagle to, co kiedyś oferowała Alma zaczęły oferować dyskonty wchodząc w buty delikatesów. Spodziewał się pan, że kiedyś kupi w dyskoncie ośmiorniczki albo dziczyznę?

No nie spodziewałem się. Ale co po tych ośmiorniczkach? One tylko w Polsce stały się jakimś synonimem luksusu. Łowią je rybacy z Bangladeszu i można kupić kilogram za 9 zł. Zje ktoś więcej niż pół kilo? Wyda na taki posiłek 4,5 zł. To są delikatesy?

Cały wywiad dostępny jest w 3/2017 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 57

Czytaj także