Komunikacja publiczna na prowincji. „Z roku na rok jest coraz gorzej”

Komunikacja publiczna na prowincji. „Z roku na rok jest coraz gorzej”

Puste siedzenia w autobusie
Puste siedzenia w autobusie / Źródło: Facebook / Sindre Beyer
Prowincja jest odcięta od świata. Jeśli ktoś nie ma samochodu, ma problem. Komunikacja publiczna nie działa, albo działa iluzorycznie.

Małgorzata mieszka w małej wsi na południowym wschodzie Polski. Do miasta powiatowego, w którym jest przychodnia, szpital, szkoły ma 6 km. Daleko. Pieszo nieprzyjemnie, zwłaszcza po ciemku, bo droga prowadzi przez las. Rowerem niebezpiecznie bo po wąskiej drodze szaleją ciężarówki z drewnem. Dlatego jednym z największych kłopotów życia codziennego Małgorzaty jest zepsuty samochód. Autobus do jej wsi dociera dwa razy dziennie i tylko w dni szkolne. Najpewniejszym środkiem komunikacji jest więc stop. – Ten rodzaj komunikacji działa najsprawniej – mówi.

Wieczorem, jest gorzej. Młodzież, która zabawi w mieście dłużej, albo wraca w soboty z imprez radzi sobie dzięki „ziomom”, czyli innym młodym ludziom, którzy ogłaszają się na Facebooku, że mogą podwieźć. Za kurs z miasta do jej wsi biorą ok. 10 zł. Bilet na autobus kosztuje 5 zł. – Drogo, jak za sześć kilometrów, zwłaszcza, jeśli ma się troje dzieci, które dojeżdżają do szkoły – ocenia Małgorzata. – Za bilet miesięczny trzeba zapłacić 90 zł, nie warto, skoro dzieci nie będą jeździć codziennie, a nie będą, bo nie zawsze zdążą na ostatni autobus powrotny, bo jedzie o godz. 16.15.

Prywatne busy w jej strony nie zapuszczają się. Jeżdżą z miasta powiatowego do Lublina, jeśli ktoś mieszka przy ich trasie ma szczęście. Wieś Małgorzaty nie leży jednak przy trasie. A jednak Małgorzata nie należy do tej części polskiego społeczeństwa, która pod względem dostępu do komunikacji publicznej ma najgorzej. W jej wsi autobus bywa przynajmniej czasami, do 20 proc. sołectw, według raportu Wsi i Rolnictwa PAN, nie dociera żaden publiczny środek transportu. Według wyliczeń Klubu Jagiellońskiego bez dostępu do transportu pozostaje prawie 14 mln. mieszkańców polskich gmin. Do wielu dociera, jak u Małgorzaty dwa razy dziennie.

Z roku na rok jest coraz gorzej. Od 1995 r. spadła o 50 proc. liczba sieci PKS, od 2003 r. według GUS jest o 3 tys. mniej regionalnych połączeń kolejowych. Sieć kolejowa została w dużej części zdemontowana, w 1990 r. liczyła 26 tys. km., teraz – 18 tys. km. Liczba pasażerów transportu publicznego poza miastami spadła o 75 proc. Z miast, gmin i powiatów wycofują się przewoźnicy. W Polsce powstały białe plamy komunikacyjne.

Pozamiejski transport publiczny padł w Polsce ofiarą źle napisanej ustawy i źle pojmowanej rentowności. Ustawa o transporcie zbiorowym z 2010 r. odpowiedzialnością za utrzymanie transportu obdziela gminy, powiaty i województwa. Jeśli trasa przekroczy granice dwóch gmin finansuje ją powiat, a jeśli przekroczy granice dwóch powiatów – województwo. Gminy, powiaty i województwa przerzucają się więc odpowiedzialnością.

Źle pojmowana rentowność polega natomiast na tym, że wygasza się połączenia, z których korzysta niewielu pasażerów. Nie pyta się jednak: dlaczego pasażerów jest tak mało. A jest ich mało, bo mają mały wybór połączeń, niejasne rozkłady jazdy, skomplikowane przesiadki i na każdy środek lokomocji inne bilety. Jeśli chcą się gdzieś dostać są skazani na samochód.

Okładka tygodnika WPROST: 8/2019
Więcej możesz przeczytać w 8/2019 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0