Przygniotły cię długi? Jest ratunek. „Największe wygrane moich klientów”

Przygniotły cię długi? Jest ratunek. „Największe wygrane moich klientów”

Dłużnik – zdjęcie ilustracyjne
Dłużnik – zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Shutterstock / BINK0NTAN
W niniejszej publikacji opowiem trzy historie. Są to przypadki, które zaliczyłem do największych wiktorii moich klientów. Mowa tu o tych osobach, które trafiły do mojej Kancelarii, szukając ratunku przed przygniatającymi ich długami, a ich kołem ratunkowym była właśnie upadłość konsumencka. W historii numer trzy - najciekawszej - wykorzystałem tę formę oddłużenia w dość przewrotny sposób.

Należę do grona osób, które z dużym sceptycyzmem odnoszą się wymarzonego stanu pozbycia się długów poprzez upadłość konsumencką. Taki wniosek nietrudno wysnuć z treści moich publikacji. Niemniej jednak w wielu przypadkach uzyskanie statusu upadłego, to jakby szczęśliwy, milionowy los na loterii. Tyle że w drugą stronę: „wygraną” w ten sposób kasą spłacamy posiadane długi, których łączna wysokość często znacząco przekracza ów symboliczny milion złotych.

Czytaj też:
Poradnik Krzysztofa Oppenheima: Pomoc dla frankowiczów. Trzy sprawdzone metody, jak wygrać z bankiem

Historia numer 1. Z piekła do nieba

Upadłością konsumencką zająłem się na dobre od początku stycznia 2015 roku, czyli z momentem wejścia w życia stosownej ustawy, wprowadzającej bardzo sensowne procedury „upadania”. Wbrew pozorom nie była to intuicja. Po prostu przeczytałem – ze zrozumieniem – stosowny akt prawny z 29 sierpnia 2014 roku, stwierdzając, że ustawa ta szybko stanie się popularna wśród dłużników. Już w styczniu 2015 roku zgłaszali się do nas pierwsi klienci, m.in. dojrzałe małżeństwo z okolic Warszawy – Pani Jolanta K. i Pan Zbigniew K. (*)

Pani Jolanta była wówczas urzędnikiem państwowym, Pan Zbigniew – emerytowanym byłym pracownikiem ZUS-u, osobą mocno schorowaną. Przeszli w życiu kilka zawirowań i jedną tragedię rodzinną. W sytuacjach kryzysowych ratowali się pożyczkami. Najpierw bankowymi, potem chwilówkami. Gdy do mnie trafili mieli w sumie ponad 70 produktów kredytowych. Mieszkanie – niby własne, maleńka klitka pod Warszawa, ale zadłużone znacząco powyżej jego wartości. Zresztą na hipotekę „wszedł” już komornik, więc licytacja tegoż lokalu wydawała się nieunikniona. Gdzieś moje usługi namierzyła Pani Jolanta, licząc, że coś wymyślę. Kiedy trafiła do mnie po raz pierwszy, była w stanie niemal tragicznym, co było „dziełem” hien windykacyjnych, które skutecznie niszczyły psychicznie oboje małżonków K. „Panie Krzysztofie” – wyznała mi na pierwszy spotkaniu Pani Jolanta – „ja po prostu boję się wracać do domu”.

Można by powiedzieć, że zastosowanie w tym przypadku upadłości konsumenckiej dla obojga małżonków wydaje się rozwiązaniem idealnym. Niby tak, ale jest jedno „ale”.

Przy takiej strukturze zadłużenia, niezwykle łatwo było każdy z wniosków oddalić, ze względu na tzw. rażące niedbalstwo. Wszak w obu przypadkach mamy sytuację, kiedy dłużnik bierze kolejne pożyczki, nie mając nawet cienia zdolności kredytowej. No cóż, zaryzykowaliśmy. Nad wnioskami pracowało kilka osób z mojego ówczesnego zespołu, obie historie zostały opisane mocno wiarygodnie. Na dodatek napisałem tuż przed złożeniem wniosku publikację dla portalu Interia pt. „Upadłość konsumencka, a rażące niedbalstwo”, w treści której zamieściłem opis podobnego przypadku. Tekst ten zawierał jasny przekaz: całą winę za takie sytuacje zrzuciłem na pożyczkodawców.

Oto link do tej publikacji, oraz jeden z końcowych akapitów: „Dlatego też mam ogromną nadzieję, że nawet w sytuacji, kiedy osoba zgłasza się z wnioskiem o upadłość konsumencką z 40 pożyczkami na karku, nie będzie z założenia w przegranej sytuacji. Z szybkimi pożyczkami jest bowiem podobnie, jak z narkotykami - powinno ścigać się dealerów, a nie ich ofiary”.

Czytaj też:
Oppenheim o upadłości konsumenckiej: Jak łatwo wpaść w pętlę kredytową

Treść wymienionej publikacji, która ukazała się 25 lutego 2015, została dołączona do wniosków, jako jeden z załączników.

Na szczęście sąd warszawski przyjął mój punkt widzenia, oba wnioski zostały zaakceptowane. Ze sprzedaży mieszkania Państwo K. dostali w żywej gotówce prawie 50 tys. zł, co stanowiło prawie… 50 proc. ówczesnej wartości tego lokalu. Plan spłaty też nie był zbyt wysoki, a na koniec pomogłem jeszcze Państwu K. w znalezieniu bardzo ładnego mieszkania do najmu: w nowym budynku, blisko Centrum Warszawy i w dobrej cenie. Gdzie mieszkają do dziś.

Historia numer 2. Zdarzył się cud…

Kolejna, po części podobna historia – tylko bardziej nieprawdopodobna – miała początek w 2017 roku. Wtedy to trafili do mojej Kancelarii Państwo Anna i Stanisław P. (*). Oboje niewidomi, w wieku lat ok. 60.

Nazbierali łącznie ponad 100 produktów kredytowych, działając na zasadzie „wzorowej uczennicy” – ten wariant wpadnięcia w pętlę kredytową opisywałem w poprzednim odcinku Poradnika.

Jednym z długów była „hipoteka” we frankach w Banku BPH S.A. Ten kredyt z ratą 2500 zł, od pewnego czasu niespłacany. Niezbyt chętnie podjąłem się tak trudnego zadania, jakim było doprowadzenie do uzyskania upadłości konsumenckiej przez Państwo P.

Na szczęście mieliśmy już wprawę w podobnych przypadkach. Na dodatek wnioski miały trafić do sądu w Warszawie, co także znacząco zwiększało szanse na sukces.

Pierwszy etap przeszliśmy dość gładko. Zarówno Pani Anna, jak i Pan Stanisław dostali wymarzoną upadłość. Więc właściwie nasza rola się w tej sprawie skończyła. Jednakowoż pozostaliśmy w kontakcie z klientami, także po ogłoszeniu ich upadłości. W międzyczasie poznałem także panią syndyk Alicję Hnatkowską, której przydzielono oba postępowania.

Pamiętam, jak pewnego dnia, zadzwoniła do mnie właśnie Pani Hnatkowska, mówiąc: „Panie Krzysztofie, to będzie nieludzkie, jeśli tym osobom sprzedamy mieszkanie!”

Czytaj też:
Musiałeś zamknąć biznes przez lockdown? Są metody, żeby z tym walczyć

Przyznaję, że wcześniej o tym nawet nie pomyślałem, koncentrując się maksymalnie na temacie, jak najlepiej napisać wnioski. Ale rzeczywiście: Państwo P. wspaniale funkcjonowali nie tylko w swoim mieszkaniu, ale także i w jego otoczeniu. Uczyli się tego latami. I teraz mamy im to zabrać? Dodam, że mieszkali w tymże mieszkaniu z innymi członkami rodziny, w tym także z kilkumiesięczną wnuczką.

„Co zatem Pani proponuje, Pani Alicjo?” – zapytałem panią syndyk. „Może spróbujmy zawrzeć układ z wierzycielami, tak by mieszkanie nie zostało sprzedane?” – odpowiedziała.

Czyż mogłem w takiej sytuacji powiedzieć NIE? No cóż, pomimo, że nigdy taki przypadek wcześniej nie zaistniał, pomimo, że dawałem na sukces ledwie 1 proc. szans – wszak łącznie mieliśmy ponad 100 (!) wierzycieli - podjąłem się tego zadania. Na dodatek – skutecznie! Całą tę krzepiąca historia opisywałem w innej mojej publikacji.

Historia numer 3. Być jak John Rambo…

I jeszcze jedna historia z happy endem. Trochę innego typu. Znowu mowa o zadłużonych małżonkach. Państwo Grzegorz i Olga Z. (*) mieszkają we własnym domu, gdzieś na południu Polski, w niewielkiej miejscowości. Na hipotece – frankowy kredyt, wypowiedziany dość dawno temu. Na dodatek do III działu księgi wieczystej wpisał się jeszcze jeden wierzyciel. A właściwie komornik, który na wniosek tego wierzyciela wszczął egzekucję. Kiedy zgłosił się do mnie Pan Grzegorz, był już wyznaczony termin licytacji, która miała się odbyć za 3 miesiące od naszego pierwszego kontaktu.

Pan Grzegorz za wszelką cenę chciał zachować – jak najdłużej – dom. Szczególnie, że jego żona była wówczas poważnie chora, więc ewentualna licytacja byłaby dla tej rodziny katastrofą. Pan Grzegorz bardzo na mnie liczył. Zanim do mnie trafił, był moim fanem, jako, że czytał namiętnie moje publikacje. Więc uznał, że na pewno, dzięki mojej pomocy, dogada się z wierzycielami. I że w ten sposób uratuje dom: zamiast licytacji będzie regularna spłata rat, co pozwoli wstrzymać egzekucję komorniczą.

Nie należę do osób, które lubią obiecywać. Po dokładnej analizie sytuacji, podczas której wyszły jeszcze inne długi Państwa Z. powiedziałem jasno: jedyne sensowne rozwiązanie jakie widzę, to upadłość konsumencka. Nie było żadnych szans na dogadanie się z wierzycielami, bowiem dochody Pana Grzegorza nie były odpowiednio wysokie, a Pani Olga z powodu choroby pracować nie mogła.

„Więc nie uratujemy domu?” – zapytał w mailu Pan Grzegorz. „Nie ma szans!” – odpowiedziałem szczerze.

Na to Pan Grzegorz, z bardzo wyraźnym zawodem w stosunku do mojej osoby: „A ja myślałem, że Pan jest naprawdę Rambo!”

I taką właśnie postawę uwielbiam u moich klientów! Pełna determinacja. Więc odpisałem na powyższe: „Panie Grzegorzu, teoretycznie jest jedna szansa, ale to piekielnie trudna kombinacja. Musi się udać mnóstwo rzeczy. Ale jeśli faktycznie wszystko pójdzie jak po sznurku – uratujemy dom. Na wiele, wiele lat”.

Pan Grzegorz ani przez moment się nie zastanawiał, żądając wręcz, abyśmy tę kombinację zastosowali. Słowo się rzekło – kobyłka u płotu. Czasu było malutko: licytacja domu tuż, tuż. Cena wywoławcza była niska i już kręciło się wokół sprawy kilku handlarzy. Był to iście diabelski plan, ale jednak realny. Przynajmniej w teorii…

Co zatem zrobiliśmy? Przedstawię w punktach opis tej misternej układanki:

  1. Składamy naprędce dwa wnioski o upadłość konsumencką: Pana Grzegorza i Pani Olgi. Wniosek Pana Grzegorza – cienizna, bo to były przedsiębiorca, więc część sądów od razu by takowy oddaliła.
  2. Licytacja: niestety, są chętni na zakup. Ale na licytacji jest Pan Grzegorz, prosi o wstrzymanie przybicia, ze względu na złożone wnioski o upadłość konsumencką. Uff – sędzia się zgadza.
  3. Oba wnioski w sądzie upadłościowym kończą się wiktorią. Uff – prawie jesteśmy w domu! Znaczy: prawie uratowaliśmy dom Państwu Z.
  4. Prawie - bo do księgi wieczystej domu wpisał się syndyk. Jego zadaniem jest ten dom sprzedać na przetargu. Ale wtedy nie będę tym Rambo.
  5. Czekamy aż komornik wykreśli się z działu III-go księgi wieczystej (miejsce komornika zajął bowiem syndyk). Oczywiście pomagam w tych działaniach Panu Grzegorzowi.
  6. Kolejny krok – najważniejszy – to dwa wnioski (Pana Grzegorza i Pani Olgi) o umorzenie postępowania upadłościowego. Trochę to trwało, ale za czasów „starej” procedury sąd nie miał wyjścia – musiał zaakceptować taki wniosek upadłego.
  7. Czekamy kilka miesięcy na uprawomocnienie się umorzenia obu postępowań. Mamy to! Te dokumenty pozwalają wykreślić z księgi wieczystej syndyka. I już następnego dnia zabezpieczamy dom Państwa Z.! Ta koronkowa akcja zakończyła się więc pełnym sukcesem!

To naprawdę się wydarzyło. Od ostatniej czynności minęło już ponad dwa lata, nic nie zagraża obecnie Państwu Z., żeby ktoś miał się do domu w bliskiej przyszłości dobrać. I co jest najśmieszniejsze: wszystko odbyło się w pełni zgodnie z literą prawa!

Bo na tym właśnie polega prawdziwa antywindykacja: należy szukać takich dziur w systemie, żeby nawet w beznadziejnej sytuacji, znaleźć wyjście, którego ustawodawca nie przewidział.

O czym zatem będzie w kolejnym odcinku Poradniku o upadłości konsumenckiej? Następna część ukaże się pod tytułem:

Upadłość konsumencka? Dziękuję, może później.

* - imiona i inicjały bohaterów zostały zmienione

Krzysztof OPPENHEIM: ekspert finansowy, związany z bankowością od 1993 r. Specjalizuje się m.in. w antywindykacji, pomocy frankowiczom oraz zadłużonym przedsiębiorcom, a także w upadłości konsumenckiej. Wiceprzewodniczący Zespołu Roboczego ds. Upadłości i restrukturyzacji, działającego w ramach Rady Przedsiębiorców przy Rzeczniku Małych i Średnich Przedsiębiorców. Założyciel Fundacji Praw Dłużnika „Dłużnik też Człowiek”. Od lipca 2016 roku prowadzi kancelarię antywindykacyjną http://krzysztofoppenheim.pl/
Artykuł został opublikowany w 1/2021 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0

Czytaj także