Fotograficzny skok na kasę

Fotograficzny skok na kasę

Dodano:   /  Zmieniono: 17
Rozbudowany system fotoradarów ma zwalczać "morderców drogowych" (fot. sxc.hu) / Źródło: FreeImages.com
Rozbudowany system fotoradarów ma zwalczać "morderców drogowych" – przekonuje minister Nowak. Tymczasem w jego resorcie po cichu przygotowano wzór, na podstawie którego urządzenia te mają przynieść w tym roku budżetowi aż 1,5 mld złotych
W szczerym polu na warszawskim Wilanowie przy ulicy Rosochatej stoją dwa radary. Droga jest prosta, dobrze widoczna i od 30 lat nie było na niej żadnego wypadku. Od kilku miesięcy jest za to kilkanaście mandatów dziennie, bo tuż przed radarami, bez żadnego wyraźnego powodu, wprowadzono ograniczenie do 30 kilometrów na godzinę.

Tak właśnie działa nowy system fotoradarów, wprowadzony w Polsce w 2011 roku. Choć to absurd rodem z filmów Stanisława Barei, nikomu to nie przeszkadza. Bo wbrew temu co twierdzi minister Nowak, fotoradary nie są tylko po to, by „walczyć z mordercami drogowymi”. Głównym celem ich stawiania jest bowiem łatanie dziury budżetowej. 

W minionym właśnie 2012 roku do budżetu miała trafić kwota 1,2 mld złotych z tytułu mandatów karnych, zapłaconych przez osoby złapane przez fotoradary. Choć kwotę tę udało się zebrać zaledwie w minimalnym procencie, na bieżący rok plany są jeszcze bardziej ambitne. Fotoradary mają przynieść około 1,5 mld złotych. Ma się to stać dzięki nowym planom Generalnego Inspektoratu Transportu Drogowego. W całej Polsce ma stanąć 300 nowych fotoradarów, dzięki czemu inspektorat będzie dysponował liczbą ponad 400 takich urządzeń (oprócz tego są jeszcze fotoradary gminne). Dodatkowo mają być 24 systemy odcinkowego pomiaru prędkości - gdy kierowca przekroczy prędkość na badanym odcinku drogi, groził mu będzie mandat tak, jak w przypadku zdjęcia z fotoradaru.

Politycy zapewniają, że chodzi przede wszystkim o bezpieczeństwo. - Skala wypadków w Polsce i przyzwolenie na prowadzenie samochodu po alkoholu są większe niż w innych krajach – przekonywał ostatnio w TVN24 minister administracji i cyfryzacji Michał Boni.  

Jednak nawet oficjalne dokumenty potwierdzają, że głównym celem tworzenia aż tak rozbudowanego systemu są potrzeby fiskalne. W odpowiedzi na interpelację posła PiS i byłego ministra transportu Jerzego Polaczka z połowy 2012 roku wiceminister transportu Tadeusz Jarmuziewicz wprost dowodzi, na jakiej podstawie wyliczono dochody 1,2 mld złotych do końca 2012 roku. „Zakładając sukcesywne wdrażanie do pracy, w drugiej połowie 2012 roku, 300 nowych stacjonarnych urządzeń rejestrujących (wykonujących 64 zdjęcia dziennie), realne jest osiągniecie kwoty zbliżonej do prognozowanej, opierającej się na następującym rachunku 400 urządzeń x 180 dni x 64 x 260 zł (średnia wysokość kary) = 1 198 080 zł” – pisze Jarmuziewicz do Polaczka. W końcu wszystkich planowanych fotoradarów nie udało się w 2012 roku ustawić. Można jednak zrozumieć, dlaczego na ten rok zaplanowano dochód 1,5 mld zł – radarów ma być znacznie więcej, a czas pomiaru dłuższy (cały rok).

- Stawianie takiej ilości fotoradarów to jest szaleństwo, które zastępuje inne systemowe działania w sferze bezpieczeństwa ruchu drogowego – uważa Polaczek. Systemu broni natomiast Generalny Inspektor Transportu Drogowego Tomasz Połeć. - Zgadzam się, że byłoby lepiej, aby te pieniądze zostały zainwestowane w poprawę bezpieczeństwa na drogach. Kierowcy widzieliby sens tych działań. Dziś zapłacą mandat, bo przejechali za szybko przez skrzyżowanie, ale może wkrótce dzięki tym grzywnom powstanie tam wiadukt, a wtedy ograniczenie prędkości jak i fotoradar nie będą już potrzebne.

Cały artykuł można przeczytać w najnowszym numerze tygodnika "Wprost", który w niedzielę wieczorem będzie dostępny w formie e-wydania.

Najnowsze wydanie tygodnika dostępne będzie również na Facebooku.
 17

Czytaj także