Gazprom podpisał kontrakt z Chinami. "Zdecydowały trupy w szafie"

Gazprom podpisał kontrakt z Chinami. "Zdecydowały trupy w szafie"

Dodano:   /  Zmieniono: 
fot. sxc.hu Źródło: FreeImages.com
- W kontrakcie, który Gazprom podpisał dziś z Chinami, były jakieś elementy, których my nie znamy. Taki kontrakt zawiera tyle różnych szczegółów, żeby nie powiedzieć „trupów w szafie”, o których publika się nigdy nie dowie. I te „trupy w szafie” zadecydowały o tym, że został on podpisany – tłumaczył w rozmowie z "Wprost", były prezes PGNiG, Andrzej Lipko.
Gazprom podpisał dzisiaj z koncernem CNPC kontrakt na dostawę gazu z Rosji do Chin, według którego przez 30 lat Chiny będą rocznie odbierać 38 mld metrów sześciennych gazu z Rosji. Rosyjskie media piszą o sporym sukcesie odniesionym przez Putina. Rosja dzięki tej negocjowanej od 10 lat umowie, ma zarobić około 400 mld dolarów. 

Kacper Świsłowski, "Wprost": Czy można się spodziewać, że po Chinach Gazprom będzie szukał nabywców w innych krajach azjatyckich? 

Andrzej Lipko: Z tego co mi wiadomo to jest to znacznie szerszy projekt. Jest w nim również uwzględniona budowa terminalu skraplania gazu na rynki azjatyckie. Z tym, że właśnie ten „element chiński”, tzn. kontrakt z Chinami na 38 mld rocznie był kluczowym elementem tego całego projektu na rynku azjatyckim. 

W takim razie to jest dopiero preludium, początek ekspansji na rynki azjatyckie?

To jest bardzo istotny element całej układanki, tego projektu gazowego na Syberii i w Azji. 

Czyli ta umowa to decyzja stricte ekonomiczna, niewiele w niej polityki, a sporo chęci zysku?

Może zostało to politycznie nagłośnione. Popatrzmy na ostatnie dwa dni. Wczoraj media bębniły na okrągło, że niezawarcie tej umowy to prztyczek dla Putina, a dzisiaj mówimy już o sukcesie. Na pewno w jakimś sensie jest to polityka, bo nie ukrywajmy tam musiały być ruchy polityczne, sam słyszałem, że miało miejsce zwolnienie CEO (dyrektora generalnego - red.) odpowiedzialnego za eksport gazu do Chin. Tam były jakieś elementy, których my nie znamy, bo to, że podana jest cena, to rzecz prozaiczna. Ale taki kontrakt zawiera tyle różnych szczegółów, żeby nie powiedzieć „trupów w szafie”, o których publika się nigdy nie dowie. I te „trupy w szafie” zadecydowały o tym, że ten kontrakt został podpisany. Stanowisko Chin dotyczące poziomu cenowego gazu oscylujące na poziomie około 250 dol. (za 1000 metrów sześciennych - red.) było bardzo zdecydowane. Dlatego mówienie dzisiaj o cenie 350 dol. mogłoby wskazywać na to, że jest to olbrzymi sukces Rosjan. A podejrzewam, że to nie do końca tak jest.

Właśnie, oficjalnie nie podano ceny za metr sześcienny gazu, jaką mają zapłacić Chińczycy.

Zwykle to jest tajemnica handlowa, ale mówi się o kwocie nie mniejszej niż 350 dol. za metr sześcienny. 

Pojawiły się również takie informacje, że Rosja będzie musiała dopłacać do całego przedsięwzięcia. Czy jest to możliwe?

Nie wykluczałbym tego chociażby z jednego powodu. Ten gazociąg, jego koszty budowy idące w dziesiątki miliardów dolarów mogą spowodować, że to nie do końca jest to biznes, tylko ruch polityczny. Biorąc pod uwagę determinację Rosji i Chin do podpisania tego kontraktu, to podejrzewam, że 80 procent chęci do zawarcia tej umowy pochodziło od Rosjan, a 20 procent po stronie Chin. To była po prostu bardzo ważna decyzja dla Rosji w aktualnej sytuacji geopolitycznej. 

Europa rocznie pobiera 160 mld metrów sześciennych gazu od Rosjan, teraz pojawiają się Chiny i kontrakt na 38 mld metrów sześciennych rocznie. To może być próba pokazania Europie, że są jeszcze inne rynki, na które może wkroczyć Rosja?

Dostawy gazu do Europy, a dostawy do Azji to są dwa różne projekty, to nie jest tak, że akurat gaz eksportowany do Chin zastąpi ten gaz, którego nie odbierze Europa. To są dwa różne, niezależne od siebie projekty. Ten kontrakt to zupełnie nowe przedsięwzięcie. Oczywiście z punktu widzenia Gazpromu, tak to jest bardzo ważne. Ale z punktu widzenia rynku – to są dwa oddzielone od siebie rynki, jeśli chodzi o produkcję, wytwarzanie i przesył. 

10 lat negocjacji, a ich efektem staje się 30-letnia umowa. W stosunku do tych standardowych, 20-letnich, nie wydaje się panu aż za długa?  

Kontrakty dwudziestokilkuletnie to jest norma. Nawet nasz kontrakt jamajski jest 20-letni. Może te 30 lat trochę przewyższa ten standard. Ale ten czas trwania kontraktu jest podyktowany zapotrzebowaniem Gazpromu – będą chcieli zaciągnąć kredyt na budowę tych gazociągów. Muszą mieć przez to „podkładkę” i zabezpieczenie pod te kredyty. Ten kontrakt z Chinami spowoduje, że Gazprom na pewno uzyska kredyty na „Siłę Syberii” (tak ma nazywać się gazociąg pomiędzy Rosją i Chinami - red.). Brak tego kontraktu, spowodowałby brak możliwości budowania „Siły Syberii”, ponieważ nikt nie udzieliłby Gazpromowi kredytu.