Handlarze biedą - windykacja po polsku

Handlarze biedą - windykacja po polsku

Dodano:   /  Zmieniono: 20
(fot. sxc.hu) / Źródło: FreeImages.com
Połowa Polaków ma długi. Chcą na tym zarobić spółki windykacyjne. I robią to, nie przebierając w środkach.

Pan Karol z Rzeszowa nigdy nie był dłużnikiem. Nie brał kredytów, nie kupował na raty, z każdym rachunkiem biegł na pocztę zaraz po wizycie listonosza. Parę lat temu coś go podkusiło, żeby kupić sobie komórkę. Często chorował, wyjeżdżał do sanatoriów, a chciał mieć kontakt z rodziną. – Znajomi doradzali mi, żebym wziął sobie telefon na kartę, ale sprzedawca wcisnął mi abonament. Kiedy zdałem sobie z tego sprawę, telefon szybko spakowałem do pudełka i razem z rezygnacją odesłałem pocztą do operatora – zwierza się w rozmowie. Było za późno, niezapłacone rachunki operator przekazał firmie windykacyjnej, która zamieniła życie pana Karola w film sensacyjny.

– Jeżeli pan tych pieniędzy nie odda, odetniemy panu rękę, którą pan tę umowę podpisywał – to jedna z kilkudziesięciu rozmów, które pan Karol odbył do tej pory z windykatorami. Wcześniej grozili mu, że do jego domu bez nakazu wtargnie specjalista, który oceni wartość jego majątku. – Piszą, że będę kontrolowany, że zajmą mi konta, że będą obserwować wszystkie moje ruchy – żali się pan Karol. Problem w tym, że niczego nie musi oddawać. Ma pismo od komornika, który zwalnia go z płatności. – Przedstawiłem mu dokumentację, że uległem wypadkowi samochodowemu, jestem po trzech zawałach, przez zły stan zdrowia straciłem pracę, a wszystko, co dostanę od państwa, wydaję na leki i rehabilitację. Komornik mi odpuścił, windykacja nie – mówi pan Karol. Może nawet kosztem własnego zdrowia dałby radę wysupłać te 677 zł, za które już od dwóch lat ściga go prywatna firma, i spłaciłby telefon, z którego nie korzystał. – Ale przez te groźby i zastraszanie mnie i mojej rodziny nigdy nie oddam – zarzeka się.

Metody windykatorów nie dziwią. Z najnowszych danych wynika, że Polacy są już zadłużeni na ponad 40 mld zł, spółki windykacyjne mają więc o co walczyć. Najsmaczniejszym kąskiem są dla nich wierzytelności, których pozbywają się banki, ubezpieczyciele i operatorzy sieci telefonicznych. Nie chcą ich, bo to albo śmieciowe długi, które bezskutecznie próbował już odzyskać komornik i sąd, albo przypadki beznadziejne: dłużnik zapadł się pod ziemię lub okazał się niewypłacalny. Niektóre sprawy mają po kilka lat, ale za taką wierzytelność firmy windykacyjne płacą średnio jedną piątą ceny. Jeśli uda im się odzyskać dług, z którym nie dawał sobie rady bank, zarobią kilkadziesiąt razy więcej, doliczając własne odsetki i koszty egzekucyjne. Wartość rynku takich wierzytelności dynamicznie przyspiesza i w tym roku ma podskoczyć nawet do 19 mld zł. Windykatorzy je kupują, a potem dwoją się i troją, żeby odzyskać stary dług, z którym nikt wcześniej nie dawał sobie rady. Używają przy tym sposobów, od których włos jeży się na głowie.

Pocztówka z niespodzianką

Andrzej Klim z Warmińsko-Mazurskiego od pięciu lat co kilka dni odbiera tajemnicze telefony z nieznanych numerów. Rozmowa zawsze przebiega tak samo. – Ktoś przedstawia się z imienia i nazwiska, podaje nazwę firmy i dopytuje, czy na pewno rozmawia z Andrzejem Klimem. Kiedy odpowiadam, że tak, głos w słuchawce pyta o moją datę urodzenia – opowiada mężczyzna. Na początku ignorował sprawę, mówił, że to pomyłka, i grzecznie się żegnał. Jednak kiedy telefony z tym samym pytaniem zaczynały dzwonić o 7 rano albo 21 wieczorem, puściły mu nerwy. Wyszukał nazwę tajemniczego rozmówcy w internecie. Okazało się, że to jedna z dużych firm windykacyjnych notowanych na warszawskiej giełdzie. Klim nigdy nie miał długów. Jak mówi, ma wręcz obsesję na punkcie płacenia rachunków na czas. Zaczął więc się zastanawiać, dlaczego windykacja dzwoni akurat do niego. Po chwili skojarzył, że w tej samej miejscowości mieszkał człowiek o identycznym imieniu i nazwisku.

Windykatorzy nie patrzyli jednak na adresy zamieszkania, lecz wyszukali w internecie osobę o tym samym nazwisku, do której numer telefonu był dostępny w sieci. Natarczywymi telefonami chcą ustalić, z którym Klimem mają do czynienia. Mężczyzna zgłosił sprawę generalnemu inspektorowi ochrony danych osobowych. Zasugerowano mu, żeby wyznał firmie, kiedy obchodzi urodziny, i będzie mieć święty spokój. – Nie dam za wygraną. Dane osobowe są święte i nie będę rozmawiał przez telefon z pierwszą lepszą osobą o prywatnych rzeczach. Później zaczną mnie pytać, ile mam na koncie, jakim jeżdżę samochodem albo w jakim wieku są moje dzieci – mówi poszkodowany. Zwrócił się do rzecznika praw obywatelskich, ale wciąż codziennie odbiera telefony z tym samym pytaniem. – Teraz mówię, że urodziłem się 15 lipca 1410 r., albo udaję, że nic nie słyszę, i naśladuję ustami trzaski w telefonie. Znajomi żartują, że w tej firmie jestem najcięższym przypadkiem. Mówią, że na mojej sprawie szkolą nowych pracowników – śmieje się mężczyzna. Klim i tak może się cieszyć, że ściga go firma z małą wyobraźnią, bo windykatorzy potrafią stosować bardziej wyrafinowane metody.

Przychodzi widokówka: „Cześć, tutaj Helena! Pamiętam Cię ze wspólnych wakacji nad Bałtykiem, odezwij się, proszę”. „Siemasz, Wojtek! Załatwiłem ci dobrą fuchę w Niemczech! Daj znać, czy jesteś zainteresowany”. Pod spodem numer telefonu, a na odwrocie słoneczna plaża albo widoczek z berlińskich ulic. Człowiek myśli, że rzeczywiście napisała do niego dawna wakacyjna miłość albo kumpel z Reichu, który nagrał mu pracę na saksach. Wystarczy jednak zadzwonić pod podany numer, żeby usłyszeć głos konsultanta z firmy windykacyjnej. W ten sposób firma sprawdza, czy pod tym adresem nadal przebywa osoba, która kilka lat temu miała jakiś dług.

Węszenie dłużnika

Niektórzy windykatorzy do podobnych celów zatrudniają nawet agencje detektywistyczne. W połowie zeszłego roku głośny był przypadek wrocławskiej firmy windykacyjnej Ultimo, na której zlecenie wynajęci detektywi mieli przepytywać kolegów z pracy i członków rodziny dłużnika, czy rzeczywiście jest taki biedny, że nie może spłacać długów. Ultimo informowało o tym dłużnika w liście, pisząc, że wynajęci detektywi sporządzą też „odpowiednią dokumentację zdjęciową”, a „w rozmowach z sąsiadami i współpracownikami poczynią ustalenia co do stopnia wywiązywania się z zobowiązań majątkowych”. Takie zastraszające listy dostało 186 tys. Polaków. Podobne pogróżki od windykatorów dostaje tysiące Polaków. W zeszły poniedziałek do pani Justyny Lipskiej z Brudzewa koło Zielonej Góry przyszedł SMS. – Napisali: „Zapłać 282,50 zł na konto w ciągu trzech dni od otrzymania tej wiadomości”. Ale ani ja, ani moja rodzina nie mieliśmy nigdy długów – żali się kobieta.

Mariusz Andruszkiewicz z Gdańska 12 lat walczył z windykatorami, którzy twierdzili, że jest winien 200 zł dostarczycielowi usług medialnych UPC. Absurd polega na tym, że Andruszkiewicz wiele lat pracował dla tej firmy, więc nie wiedział, jakim cudem mógł się u niej zadłużyć. Chciał się o to spytać windykacji, ale tam nikt nie wiedział, czego dotyczy dług. Dopiero po bojach sądowych i przygodzie z komornikiem postawił na swoim i nie musi spłacać.

Łapanie na ugodę

Firmy skupujące wierzytelności czasem płacą za złotówkę starego śmieciowego długu nawet tylko 3 grosze. Co to oznacza? Jeżeli uda im się namówić na przykład byłego dłużnika operatora komórkowego do spłaty rachunku, który przedawnił się już kilka lat temu, zarobią 33 razy więcej. – Dzień dobry! Do ciebie mówię! Przyszedł list od Kruka? Sprawdź w skrzynce, bo to naprawdę dobra wiadomość. Zrób pierwszy krok i zadzwoń. Odzyskaj spokój ducha – mówi uśmiechnięta pani w różowym sweterku. W ręku trzyma dużą zieloną kopertę z napisem „Dobra wiadomość”. Takie spoty krążyły w zeszłym miesiącu w telewizji i internecie. Adresat mógłby się spodziewać, że listonosz doręczył mu właśnie kupon z wygraną na loterii, a tymczasem w kopercie znajduje się informacja o długu do spłaty.

Cel kampanii tłumaczyła mediom Karolina Barańska, rzecznik spółki windykacyjnej Kruk: „Nadal wiele osób odczuwa obawy przed zrobieniem pierwszego kroku i kontaktem z firmą, która obsługuje ich zadłużenie. Prezentowana w reklamach zielona koperta to symbol nadziei i dobrej wiadomości, którą znajdą w środku. Czyli informacji, że właśnie jest okazja, żeby w sposób ugodowy i łatwy rozwiązać ten problem”. Dawniej do podobnej koperty firma dołączała długopis z napisem „Będzie dobrze” i saszetkę z kawą rozpuszczalną. Po dawce kofeiny adresat pewnie energiczniej złoży podpis na ugodzie. Kawa od windykatora może jednak przyprawić go też o mdłości.

Zdaniem ekspertów z branży takie działanie to typowe łapanie nieświadomego swoich praw klienta. – Firma kupiła przedawnione wierzytelności i liczy na to, że je odzyska, bo może sytuacja dłużnika się przez lata zmieniła. Może dostał spadek albo świetnie płatną pracę i teraz zwróci to, co zalegał przed laty. Chodzi o to, że nie musi zwracać, bo w świetle prawa dług za niezapłacone rachunki po kilku latach się przedawnia. Wystarczy jednak, że o tym nie wie i podpiszę ugodę, a tym samym przyzna się do długu – komentuje nasz rozmówca.

Inne firmy idą jeszcze dalej. Za podpis na przedawnionym długu można dostać nie tylko kawę w proszku, ale nawet całkiem niezły odtwarzacz MP3 albo laptopa za kilka tysięcy złotych. Firmy windykacyjne zaczęły w ten sposób ocieplać swój wizerunek. Nie mówią już o sobie „windykatorzy”, ale „negocjatorzy”. Nie pytają: „Kiedy pan zapłaci?”, ale: „Ile jeszcze brakuje panu pieniążków do uregulowania zadłużenia?”. Z okazji świąt przesyłają nawet życzenia: „Wielkanoc to czas miłości i spokoju. Żebyś mógł spokojnie spędzać ten świąteczny okres, spłać swoje długi”. Poprawa wizerunku pomogła. Agencja badawcza PBS ustaliła, że lepszą opinię o windykatorach mają te osoby, które już kiedyś miały z nimi styczność.

Brudna robota, czysty zysk

Według prognoz NBP zadłużenie kredytowe Polaków ma wzrosnąć w tym roku do 715 mld zł, a to oznacza prawdziwe żniwa dla firm handlujących długami. Wojciech Andrzejewski z grupy Presco niedawno kupił pakiety wierzytelności za 22 proc. ich oryginalnej wartości. Nie uważa, że w ten sposób wykonuje brudną robotę za banki czy ubezpieczycieli, którzy nie chcąc psuć sobie wizerunku, umywają ręce od długów. – To praca, którą ktoś musi wykonywać, choćby po to, by zmniejszyć liczbę zatorów płatniczych i usprawniać obrót gospodarczy – odpowiada. Nie uważa też, że dopraszanie się o spłatę przedawnionych długów jest nieetyczne. – Gdyby pan pożyczył koledze kilka tysięcy złotych, on obiecałby, że dług odda po roku, a w tym czasie wyjechał? Spotyka go pan po pięciu latach i prosi o zwrot pieniędzy, a on na to: „Stary, o czym ty mówisz? Przecież to już się przedawniło!” – tłumaczy Andrzejewski. Przyznaje, że czasem trudno odszukać dłużnika, stąd pomysły niektórych windykatorów z wysyłaniem pocztówek albo pytania o datę urodzin. – Gdyby powstała elektroniczna baza adresowa, do której firmy miałyby dostęp, nie byłoby takich przypadków – tłumaczy Andrzejewski.

Zdaniem dr Katarzyny Kreczmańskiej- -Gigol z Instytutu Finansów SGH niektóre spółki windykacyjne rzeczywiście licząc na niewiedzę klientów, zachęcają ich do podpisywania ugody także w przypadku przedawnionych zobowiązań, co jest jednoznaczne z potwierdzeniem długu. Ale osoba, która swoich zobowiązań uregulować nie chce, zawsze pozostanie niewiarygodna. – Dłużnikiem jest się do czasu spłaty długu, nawet tego przedawnionego. Taka osoba powinna się cieszyć, że zgłosił się do niej windykator, a nie komornik. Przynajmniej nikt nie wejdzie jej z nakazem do domu i nie zlicytuje w parę dni całego majątku – tłumaczy. W opinii analityków giełdowych największe firmy windykacyjne utrzymają w tym roku dwucyfrowe wskaźniki tempa wzrostu. 

Tekst ukazał się w numerze 17/2014 tygodnika "Wprost".

Najnowszy numer "Wprost" jest dostępny w formie e-wydania.
Najnowszy "Wprost" jest  także dostępny na Facebooku.
"Wprost" jest dostępny również w wersji do słuchania.

Tygodnik "Wprost" można zakupić także za pośrednictwem E-kiosku
Oraz na  AppleStore  GooglePlay

 20

Czytaj także