Życie po oknie

Życie po oknie

Choć okna życia pozbawiają człowieka tożsamości, to dają mu najcenniejszą wartość – życie.

Dorota Polańska, dyrektorka Interwencyjnego Ośrodka Preadopcyjnego w Otwocku, przyjmuje dzieci zostawione w warszawskich oknach życia. Pamięta szczególnie jedno z nich, które zostało tam przyniesione z powodu sprzeczki. – Rodzice tego dziecka pokłócili się z jakiegoś błahego powodu i jedno z nich uznało, że zrobi na złość drugiemu, jeśli wyniesie z domu dziecko – opowiada. Podkreśla, że powód był naprawdę błahy, ale nie może podać więcej szczegółów, bo podstawą działania miejsc, w których można bez żadnych konsekwencji zostawić noworodka, jest anonimowość. To właśnie gwarancja anonimowości ma zachęcać rodziców do tego, by korzystali z tych bezpiecznych miejsc, zamiast porzucać dzieci na śmietniku, chodniku czy w piwnicy. Jednak anonimowość to broń obosieczna. – Nie wiemy, kto przyniósł dziecko, dlaczego, czy odbyło się to za zgodą matki albo ojca, czyj to był wybór – mówi Polańska. A może to agresywny konkubent wyrwał dziecko matce i zaniósł do okna? A może ktoś je uprowadził, skorzystał ze słabości, bezwolności matki? Może ktoś ją zmusił, korzystając z tego, że podrzucenie noworodka do okna życia nie wiąże się z żadnymi konsekwencjami i nikt nie będzie szukał sprawcy. Ponieważ zdarza się, że później ktoś się zgłasza po podrzucone dzieci, wiadomo, że do takich sytuacji jednak dochodzi. W takim przypadku te szczytne instytucje zamiast ratować życie, narażają je, zapewniając bezkarność złym ludziom.


Pytanie jednak brzmi: co by się stało z dzieckiem wychowywanym w domu, w którym jego życie i poczucie bezpieczeństwa tak niewiele znaczy. I czy gdyby w tym domu zostało, to czy podzieliłoby los noworodków porzucanych w lesie lub na śmietniku. Dlatego dyskusja o oknach życia jest tak gorąca. W dodatku obu stronom chodzi o dobro dzieci.

NOWE ŻYCIE

Ten spór trwa od dawna, jednak ostatnio ożywił go Komitet Praw Dziecka przy ONZ. W październiku wezwał Polskę, by dążyła do likwidacji okien życia i promowała inne formy bezpiecznego zrzeczenia się noworodka. Według Komitetu pełna anonimowość rodziców sprawia, że dziecko zostaje pozbawione tożsamości. Jest to, zdaniem ekspertów ONZ, dotkliwy problem, którego nie można lekceważyć. Zgadzają się z tym eksperci polscy zaangażowani w poszukiwania rodzin adopcyjnych dla dzieci, jak Dorota Polańska, czy niosący pomoc ofiarom przemocy, jak specjaliści z Fundacji Dzieci Niczyje. Nie zgadza się Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak, który głośno powtarza, że okno życia może uratować życie, a to jest ważniejsze niż tożsamość. Nie zgadza się również nasza rozmówczyni, siostra Barbara ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi, która zajmuje się oknem życia działającym w murach jej klasztoru przy ul. Hożej w Warszawie. Przez siedem lat zostawiono tam 15 dzieci. – Zastanówmy się, co by z nimi było, gdyby nie to okno – mówi.


Siostra Barbara pokazuje, jak to wygląda z drugiej strony muru. Siadamy w niewielkim, ciepłym pomieszczeniu ze stonowanym światłem i namalowanymi na ścianie aniołkami, patrząc w okno, za którym na wysokości naszych oczu toczy się miejskie życie. Śmieciarka, listonosz, pijacy, białe kołnierzyki. Prawie każdy, przechodząc, zagląda w okno, w którym stoi leżaczek z kolorowym kocykiem. To pierwszy etap nowego życia dziecka. Leży ono tam tylko chwilę, zanim zaalarmowane dzwonkiem siostry przyjdą zabrać je z okna. W środku jest drugie miejsce dla malucha, które siostra Barbara nazywa ciepłym gniazdkiem. To plastikowy wózek, taki jak w szpitalach położniczych, tyle że na tym leży materacyk wodny ze stale utrzymywaną temperaturą 37 st. C. – Co jakiś czas trzeba wymieniać w nim płyn przeciwglonowy, ale jest lepszy od inkubatora, bo do inkubatora większe dziecko się nie zmieści – mówi siostra Barbara. Ma powody, żeby brać to pod uwagę, bo nie zawsze znajduje tu noworodki. Jedno dziecko miało ok. 10 miesięcy, już siedziało i patrzyło z rozpaczą na ulicę. To była dziewczynka, obsypana brokatem, aż strach pomyśleć, gdzie się wychowywała.

Okno na Hożej zostało otwarte jako drugie w Polsce. Zgodnie z założeniem, że lepiej, jeśli matka zaniesie niechcianego noworodka w bezpieczne miejsce, niż porzuci, narażając na śmierć. Za pozostawienie dziecka w tym miejscu matce nic nie grozi, a za porzucenie mna śmietniku – więzienie. Ówczesna przełożona franciszkanek zachwyciła się tą ideą i pojechała do Krakowa, do sióstr nazaretanek, zobaczyć, jak urządziły swoje, pierwsze w Polsce okno życia. To przy ul. Hożej zostało otwarte i poświęcone 6 grudnia 2008 r., a już dwa tygodnie później w klasztorze rozległ się dzwonek alarmujący, że w leżaczku jest dziecko. – Pamiętam je doskonale – wspomina siostra Barbara. – Była godzina 20, przybiegła siostra i mówi, że chyba jakaś lalka leży w torbie. Odkryłam i zobaczyłam, że to nie lalka, tylko chłopczyk.

Miał pięć dni. Siostry sprawdziły, czy nie ma mokro, położyły w ciepłym gniazdku i wezwały pogotowie oraz policję. Takie są procedury. Pogotowie zabiera dziecko do szpitala, gdzie zostaje zbadane, a policja spisuje zeznania sióstr. Tylko jedno na 15 dzieci miało nie najlepsze ubranie. Przeważnie niemowlaki mają ładne śpioszki, są zawinięte w kocyk, niektóre są wstawiane do okna w foteliku samochodowym. Tylko jednemu z tych dzieci nie zabezpieczono pępowiny, większość jest urodzona w szpitalu, niektóre mają opaski na rączkach, a nawet kartę szczepień czy informację o badaniu na przeciwciała. Do ostatniej z piętnastki, Matyldy, którą ktoś zostawił w oknie w październiku, dołączono karteczkę z imieniem i informacją, że ma dwa dni. – Tu zaczyna się dla nich nowe życie, na nowo zaczyna się ich historia – mówi siostra Barbara. – Jest mnóstwo chętnych, gotowych, żeby się zająć tymi dziećmi, dzwonią do nas i pytają, jak można dostać dziecko. Odsyłamy ich do ośrodków adopcyjnych, jednak dzięki temu wiemy, że rodziny na nie czekają. Chyba lepiej trafić do takiego domu niż na śmietnik.

BEZ IMIENIA...

Z okna życia dzieci są wiezione do szpitala, a stamtąd do rodzin zastępczych albo do Interwencyjnego Ośrodka Preadopcyjnego w Otwocku. Dorota Polańska, szefowa tego ośrodka, zajmuje się więc zarówno tymi dziećmi, jak i takimi, których matki zrzekły się w szpitalu. Uważa, że dzieci z okien życia są w znacznie gorszej sytuacji niż te drugie. – Gdy matka zrzeknie się dziecka w szpitalu, to znamy miejsce i datę jego urodzenia, mamy jego dokumentację medyczną, często znamy przebieg ciąży matki, jej stan zdrowia, przebyte choroby – wylicza. – A dziecku z okna życia piszemy NN. Występuję do sądu o sporządzenie aktu urodzenia. Imię i nazwisko nadaje mu sędzia. To przykre.

Nie chodzi jednak tylko o przykrość. Noworodek, którego matka zrzekła się oficjalnie w szpitalu, czeka na rozpoczęcie procedur adopcyjnych krócej niż ten podrzucony, bo tu sprawa jest jasna – matka zrzeka się swych praw i można szukać nowych rodziców. Gdy jednak dziecko jest podrzucone anonimowo, nie wiadomo, czy nie zostało porwane, czy nie wyniósł go jeden z rodziców wbrew woli drugiego. I trzeba to spróbować wyjaśnić. Dlatego sąd wszczyna poszukiwanie rodziców, a gdy uzna, że się nie da, dopiero wtedy pozwala na adopcję. Cały proces trwa przez to o kilka miesięcy dłużej.

Gdy odda się dziecko w sposób oficjalny, można nawet zmienić zdanie. Zanim ruszy procedura adopcyjna, musi minąć sześć tygodni. To czas, w którym matka może przeanalizować swoją decyzję i się rozmyślić, a następnie bez żadnych konsekwencji odzyskać dziecko. Być może ktoś zaofiaruje jej pomoc, zrozumie, że ma depresję. Ale gdy wróci do okna życia, nikt jej od ręki dziecka nie odda. – Zdarzyło się tak dwa razy – opowiada siostra Barbara. – Raz matka wróciła z partnerem po godzinie, ale dziecka już u nas nie było. Pojechali do szpitala, co dalej, nie wiem.

Miała problemy psychiczne, chyba depresję. Za drugim razem był problem mieszkaniowy, dużo dzieci, skomplikowana sprawa, ale nie mogę podać szczegółów. Dorota Polańska też gościła u siebie rodziców, którzy chcieli odzyskać podrzucone anonimowo dziecko. Bez względu na to, czy uznają, że popełnili błąd godzinę po fakcie, czy kilka tygodni później, nie odzyskają dziecka bez sprawy sądowej. Muszą wytłumaczyć, dlaczego to zrobili, udowodnić, że niemowlę będzie jednak u nich bezpieczne. Czyli przejść o wiele trudniejszą drogę niż ci, którzy zrzekli się dziecka w szpitalu.

...I KORZENI

Najważniejszą kwestią poruszaną przez Komitet Praw Dziecka i przeciwników okien życia w Polsce jest brak tożsamości dzieci podrzuconych anonimowo – coś, co wydaje się błahe w porównaniu z tym, że ma się życie, ale bez czego bardzo ciężko żyć. Dorota Polańska mówi, że adoptowane dzieci zadają pytania, dlaczego zostały oddane przez swoich rodziców. Czy rodzice ich nie chcieli? Czy nie kochali? A może kochali, ale byli biedni albo chorzy? Może ktoś ich zmusił? Odpowiedzi na te pytania stają się dla ludzi kluczowe. Niemożność ich poznania może zatruwać życie. Dlatego każde adoptowane dziecko, gdy dorośnie, może poznać dane swoich biologicznych rodziców i spróbować ich odszukać. Pod warunkiem że ośrodek adopcyjny posiada takie dane.

Bo jeśli historia dziecka zaczęła się w oknie życia, nie dotrze ono do swoich korzeni. Zofia Dłutek, dyrektorka Katolickiego Ośrodka Adopcyjnego w Warszawie, przyjmuje co jakiś czas dorosłych adoptowanych za pośrednictwem jej ośrodka, którzy chcą odnaleźć biologicznych rodziców. Przychodzą z rodzicami, którzy ich adoptowali, albo sami, albo piszą list. Zofia Dłutek zaprasza ich na rozmowę i pyta, dlaczego tego potrzebują. – W życiu człowieka nie może być pustej przestrzeni – opowiada. – To jest potrzebne również po to, żeby przebaczyć i spokojnie żyć. Gdy poszukujący poznają swoich biologicznych rodziców czy też swoje rodzeństwo, często zaczynają czuć, że ich życie potoczyło się lepiej, że to dobrze, iż zostali adoptowani, że kochają rodziców, którzy ich wychowali. Jednak muszą to poczuć sami. Inaczej są nieszczęśliwi.

Siostra Barbara rozumie wszystkie te argumenty, jednak uważa, że są sytuacje, w których zrzeczenie się noworodka w szpitalu jest niemożliwe, i wtedy okno życia stanowi jedyne wyjście, by ocalić dziecko. Rozmawiamy o kobiecie, której mąż wyjechał za granicę do pracy, a ona miała w tym czasie romans. Gdy po dwóch latach miał wracać, ona rodziła. Bała się, że w szpitalu zaczną pytać o ojca, że automatycznie zapytają jej męża, czy zgadza się oddać dziecko, i w ten sposób on dowie się o zdradzie. A w domu czekały inne, wspólne dzieci. Wybrała anonimowość w oknie życia. Siostra Barbara uważa, że okno mogło wtedy uratować życie dziecka i że dla takich sytuacji warto je utrzymywać.

Dylemat nierozwiązywalny. Z pewnością warto, jak apelują przeciwnicy okien życia, propagować formy zrzeczenia się dziecka nie anonimowe, ale i nie jawne. Że można zostawić dziecko i po upływie sześciu tygodni wyrazić w sądzie rodzinnym świadomą zgodę na adopcję. Dyskretnie, w szpitalu, ale z zachowaniem pełnej dokumentacji. – To wstyd powoduje, że oddaje się dziecko po kryjomu. Te osoby nie wiedzą, że ośrodki adopcyjne pomagają też matkom i kobietom w ciąży przygotować się do adopcji – mówi Zofia Dłutek. Okna życia powinny jej zdaniem pozostać jako symbol pomocy, ale przekaz idący do kobiet w złej sytuacji powinien brzmieć: przyjdź do ośrodka adopcyjnego. Dopóki jednak przekaz ten skutecznie nie działa, okna życia bardziej pomagają, niż szkodzą. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 49/2015
Więcej możesz przeczytać w 49/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0