Szef SLD w kampanii walczył zarówno o miejsce SLD na scenie politycznej, jaki i o swoją wewnętrzną pozycję w partii, świadomy, że zwycięstwo w tej grze nie jest możliwe. Gdyby jednak osiągnął słaby wynik, to walki i animozje frakcyjne uderzyłyby przede wszystkim w niego.
REKLAMA
Sukces Napieralskiego był efektem sprawnej kampania przedwyborczej. Dobra marketingowo i formalnie, świetnie sprofilowana pod młodego wyborcę, który już nie pamięta o PRL i nie działa na niego słowo "postkomuniści", a do tego jest znużony sporem pomiędzy dwoma partiami quasi prawicowymi, tego wyborcę, którego zaniedbał sztab Bronisława Komorowskiego.
Dyskusjom o tym, czy należy bać się powrotu IV RP i czy wojna polsko-polska może się zakończyć z tragedią smoleńską w tle, przeciwstawił kampanię, w której położył nacisk na sprawy ludzi pracy i problemy natury światopoglądowej, okraszone lekką popową muzyką. W ten sposób odebrał głosy Komorowskiemu i nie jest pewne, czy zechce oddać je z powrotem. Stawia bowiem twarde pytania i problemy (stosunek do in vitro i jego finansowania, parytety i wprowadzenie Karty Praw Podstawowych), od których uzależnia formalne poparcie. Logika polityczna podpowiada, że tego poparcia otwarcie nie udzieli. Wystarczy jednak, że zrobi to jego zaplecze, ustami Kalisza czy Olejniczaka...
Ciekawsze od tego, czy i ile głosów lewicowych zostanie scedowanych na Bronisława Komorowskiego lub Jarosława Kaczyńskiego, jest to, jak Napieralski wykorzysta swój sukces. Pomimo tego co mówi Leszek Miller, Napieralski jeszcze nie wygrał walki w partii, a na pewno nie jest liderem całej lewicy.
Lewica, nie tylko ta określana mianem postkomunistycznej (choć Jarosław Kaczyński właśnie unieważnił to określenie...) dalej szuka swojej tożsamości. A Grzegorz Napieralski, choć wiele mówi o drodze, na jaką powinna wkroczyć, to jest to tylko z jego strony retoryczna zabawa. Podjęcie nowych wyzwań i pójście nową drogą wymagałoby determinacji i zdolności intelektualnych – a takowych jednak Napieralskiemu brak. Szef SLD, choć od dawna deklaruje fascynację hiszpańską lewicą, PSOE i jej liderem Zapatero, to opiera się jak do tej pory na elektoracie postpeerelowskim, na związkach zawodowych i nie buduje programu socjalnego. Nuta dyskusji światopoglądowych i liberalizmu społecznego, pojawiła się u niego stosunkowo niedawno.
Od dawna sądzę, że polska lewica powinna skupić się na otwartości światopoglądowej państwa, współbieżnej z humanizmem i liberalizmem ekonomicznym. Na twórcę takiego programu nadaje się Leszek Miller, który wrócił do SLD i zasiadł w fotelu za plecami Napieralskiego. Niech więc Leszek Miller nie mówi, że Napieralski wybił się na samodzielność, bo jest to samodzielność... sterowana.
Prawicowa dziennikarka, Joanna Lichocka, napisała swego czasu w "Rzeczpospolitej", że lewica, w tym przypadku SLD, powinna budować własną tożsamość zamiast bazować jedynie na odniesieniach do Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości. Powołała się wówczas na opracowanie dr Rafała Chwedoruka z Uniwersytetu Warszawskiego, zamówione zresztą przez Napieralskiego, w którym to ten politolog napisał, że powodzenie lewicy zależy od tego, jak mocno będzie się różniła od PO. Czyli – jak mocno będzie antyliberalna. Według niego SLD i cała lewica powinna pójść w stronę czystego socjalizmu, akcentując sprawy socjalne i roszczeniowe społeczeństwa.
Taka droga oznaczałaby jednak zbliżenie programowe z Prawem i Sprawiedliwością, partią populistyczną i socjalną. Jedynym logicznym kierunkiem dla lewicy, jeżeli chce wzmocnić swoją pozycję, jest jej integracja i pójście w stronę stworzenia nowoczesnej centrolewicy.
Tymczasem po wyborach parlamentarnych w roku 2007, Grzegorza Napieralski odszedł od pomysłu LiD-u i skierował się w stronę lewicy socjalnej. Jednocześnie nie zrobił nic, aby rozbitą lewicę scalić na nowo.
Czy teraz będzie go stać na stworzenie formacji socjaldemokratycznej w zachodnim stylu?
Quo vadis, Grzegorzu?
2010-06-23 12:23
Szef SLD w kampanii walczył zarówno o miejsce SLD na
scenie politycznej, jaki i o swoją wewnętrzną pozycję w partii, świadomy, że
zwycięstwo w tej grze nie jest możliwe. Gdyby jednak osiągnął słaby wynik, to
walki i animozje frakcyjne uderzyłyby przede wszystkim w niego.
Sukces Napieralskiego był efektem sprawnej kampania przedwyborczej. Dobra
marketingowo i formalnie, świetnie sprofilowana pod młodego wyborcę, który już
nie pamięta o PRL i nie działa na niego słowo "postkomuniści", a do
tego jest znużony sporem pomiędzy dwoma partiami quasi prawicowymi, tego
wyborcę, którego zaniedbał sztab Bronisława Komorowskiego.
Dyskusjom
o tym, czy należy bać się powrotu IV RP i czy wojna polsko-polska może się
zakończyć z tragedią smoleńską w tle, przeciwstawił kampanię, w której położył
nacisk na sprawy ludzi pracy i problemy natury światopoglądowej, okraszone lekką
popową muzyką. W ten sposób odebrał głosy Komorowskiemu i nie jest pewne, czy
zechce oddać je z powrotem. Stawia bowiem twarde pytania i problemy (stosunek do
in vitro i jego finansowania, parytety i wprowadzenie Karty Praw Podstawowych),
od których uzależnia formalne poparcie. Logika polityczna podpowiada, że tego
poparcia otwarcie nie udzieli. Wystarczy jednak, że zrobi to jego zaplecze,
ustami Kalisza czy Olejniczaka...
Ciekawsze od tego, czy i ile głosów
lewicowych zostanie scedowanych na Bronisława Komorowskiego lub Jarosława
Kaczyńskiego, jest to, jak Napieralski wykorzysta swój sukces. Pomimo tego co
mówi Leszek Miller, Napieralski jeszcze nie wygrał walki w partii, a na pewno
nie jest liderem całej lewicy.
Lewica, nie tylko ta określana mianem
postkomunistycznej (choć Jarosław Kaczyński właśnie unieważnił to określenie...)
dalej szuka swojej tożsamości. A Grzegorz Napieralski, choć wiele mówi o drodze,
na jaką powinna wkroczyć, to jest to tylko z jego strony retoryczna zabawa.
Podjęcie nowych wyzwań i pójście nową drogą wymagałoby determinacji i zdolności
intelektualnych – a takowych jednak Napieralskiemu brak. Szef SLD, choć od
dawna deklaruje fascynację hiszpańską lewicą, PSOE i jej liderem Zapatero, to
opiera się jak do tej pory na elektoracie postpeerelowskim, na związkach
zawodowych i nie buduje programu socjalnego. Nuta dyskusji światopoglądowych i
liberalizmu społecznego, pojawiła się u niego stosunkowo niedawno.
Od dawna sądzę, że polska lewica powinna skupić się na otwartości
światopoglądowej państwa, współbieżnej z humanizmem i liberalizmem ekonomicznym.
Na twórcę takiego programu nadaje się Leszek Miller, który wrócił do SLD i
zasiadł w fotelu za plecami Napieralskiego. Niech więc Leszek Miller nie mówi,
że Napieralski wybił się na samodzielność, bo jest to samodzielność...
sterowana.
Prawicowa dziennikarka, Joanna Lichocka, napisała swego
czasu w "Rzeczpospolitej", że lewica, w tym przypadku SLD, powinna
budować własną tożsamość zamiast bazować jedynie na odniesieniach do Platformy
Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości. Powołała się wówczas na opracowanie dr
Rafała Chwedoruka z Uniwersytetu Warszawskiego, zamówione zresztą przez
Napieralskiego, w którym to ten politolog napisał, że powodzenie lewicy zależy
od tego, jak mocno będzie się różniła od PO. Czyli – jak mocno będzie
antyliberalna. Według niego SLD i cała lewica powinna pójść w stronę czystego
socjalizmu, akcentując sprawy socjalne i roszczeniowe społeczeństwa.
Taka droga oznaczałaby jednak zbliżenie programowe z Prawem i
Sprawiedliwością, partią populistyczną i socjalną. Jedynym logicznym kierunkiem
dla lewicy, jeżeli chce wzmocnić swoją pozycję, jest jej integracja i pójście w
stronę stworzenia nowoczesnej centrolewicy.
Tymczasem po wyborach
parlamentarnych w roku 2007, Grzegorza Napieralski odszedł od pomysłu LiD-u i
skierował się w stronę lewicy socjalnej. Jednocześnie nie zrobił nic, aby
rozbitą lewicę scalić na nowo.
Czy teraz będzie go stać na
stworzenie formacji socjaldemokratycznej w zachodnim stylu?