Schetyna ma rozbuchane ego

Schetyna ma rozbuchane ego

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Skoro PO ma być liderem opozycji, to nasz szef nie może zachowywać się jak przywódca podwórkowej paczki – mówi Stanisław Huskowski, były poseł PO.

Eliza Olczyk, Joanna Miziołek, "Wprost": Został Pan wyrzucony z PO po 15 latach działania w tej partii. Coś pękło, coś się skończyło?

Platforma była moją ukochaną partią. Byłem w niej od początku. Czuję, że podczas zarządu, który nas wykluczył, coś się skończyło w PO. Od dłuższego czasu obserwuję w partii proces zanikania dyskusji, urządzania Platformy jako organizacji jednomyślnej, z jedynie słusznym przekazem. Takim wizerunkiem elektoratu nie zdobędzie.

Spodziewał się Pan, że zostanie wyrzucony z partii?

Liczyłem się z tym.

Wtedy, kiedy pisał Pan list do parlamentarzystów, w którym krytykował Pan szefa PO za układania się z PiS na Dolnym Śląsku?

W każdej partii byłaby to misja samobójcza. Ale myślałem, że w Platformie są inne standardy. Trzy miesiące temu też napisałem list do naszych posłów. Skrytykowałem w nim rozwiązanie przez Grzegorza Schetynę struktur dolnośląskiej PO. Wówczas władze partii zareagowały inaczej. Odbyło się posiedzenie klubu, a na nim przez dwie godziny dyskutowaliśmy o tej sprawie. Tym razem list przyniósł inny skutek.

Co Pana napadło z tymi listami? Nie mógł Pan po prostu porozmawiać z szefem partii?

„Napadło” nie jest trafnym określeniem. Poza tym co miałem mu powiedzieć? Że zachował się haniebnie, potajemnie układając się z PiS w sejmiku? Przecież on to wie! Na ten temat mogłem jedynie porozmawiać z klubem, bo postępowanie przewodniczącego jest niezrozumiałe nie tylko dla mnie, lecz także dla innych działaczy na Dolnym Śląsku oraz naszych wyborców. Tymczasem Grzegorz Schetyna uważa, że wszystko jest grą i każdy ruch można wytłumaczyć. Jestem odmiennego zdania.

Dlaczego po prostu nie powiedział Pan tego wszystkiego na najbliższym klubie?

Próbowałem to zrobić. Porozmawiać z przewodniczącym oraz naszymi posłami na posiedzeniu klubu we Wrocławiu, jeszcze przed napisaniem listu. Niestety Schetyna zaczął posiedzenie od słów, że odnieśliśmy właśnie sukces, ponieważ Platforma powróciła do koalicji rządzącej województwem, że mamy stanowisko wicemarszałka i przed nami otworzyły się nowe możliwości. Mówił, że są tacy, którzy w tym szukają drugiego dna, ale to jest kompletnie absurdalne i nie będziemy o tym w ogóle dyskutować. A na koniec oznajmił: „Nie otwieram dyskusji na ten temat, a wręcz ją zamykam. Koniec! Sprawa jest zamknięta. Przechodzimy zatem do drugiego punktu, sprawa Brexitu”. I przez dwie godziny rozmawialiśmy o Brexicie. Mogłem się upierać, żeby zabrać głos w ramach wolnych wniosków, ale sam czułemśmieszność takiego zachowania. Uznałem, że w takim razie jednak list.

No dobrze, ale to był chyba pretekst, a nie rzeczywisty powód Pana wyrzucenia? Odkąd szefem PO został Grzegorz Schetyna mówiła się na korytarzach sejmowych, że dni Pana i Jacka Protasiewicza są policzone.

Dlatego właśnie będę się odwoływał od tej decyzji, do sądu koleżeńskiego. Jeśli list był jedynie pretekstem, tym bardziej chcę poznać powody, dla których zostałem wyrzucony. W partii nikt ze mną o tym nie rozmawiał – ani przewodniczący, ani nikt z władz klubu czy partii. Wiem z relacji uczestników zarządu, że mowa była o moim liście, ale padały też zarzuty o moich rzekomych negocjacjach z Nowoczesną. Dlatego chcę się odwołać do sądu koleżeńskiego, bo to jest absolutna nieprawda. Ryszard Petru jest moim dobrym kolegą, znam go od dziecka, ale ani on nie proponował przejścia do Nowoczesnej, ani mnie nie przyszłoby to do głowy, choć to wartościowa partia. Zostałem wybrany z list Platformy Obywatelskiej i nie zamierzam oszukiwać przeszło 15 tys. wyborców, przenosząc się do innej partii. Prędzej odejdę z parlamentu, niż przejdę do Nowoczesnej.

Mówi Pan, że nie wie, za co został wyrzucony, ale niech Pani się postawi na miejscu Schetyny. Pisze Pan krytyczne listy, które wyciekają do mediów. Ewa Kopacz nie przychodzi na konwencję, a w zamian nagrywania przesłanie do działaczy PO. Oboje kontestujecie jego przywództwo, żeby Schetyna czuł się zaniepokojony?

Gdybym był na miejscu Grzegorza Schetyny, nie paktowałbym z PiS i nie ucinałbym dyskusji na klubie. Bez wątpienia Grzegorz Schetyna jest zaniepokojony tymi zdarzeniami, bo uważa, że nikt nie ma prawa krytykować jego działań, a nawet wyrażać innych opinii. Ja z takim myśleniem głęboko się nie zgadzam. Uważam, że tylko wtedy, kiedy partia będzie grała na wielu instrumentach, ma szanse pokonać PiS. Ewy Kopacz nie było na konwencji, bo pojechała na pogrzeb Janiny Paradowskiej, a dzień wcześniej Grzegorz Schetyna odmówił jej prawa głosu na konwencji.

Miał do tego prawo czy nie miał?

Formalnie miał. Miał też prawo mnie wyrzucić. Jak człowiek ma nóż, to ma możliwość ranienia nim wszystkich dookoła. Ale to nie znaczy, że musi to robić. Skoro PO ma być liderem opozycji, to nasz szef nie może zachowywać się jak przywódca podwórkowej paczki. Pamiętam z młodych lat, że jak ktoś takiemu podskoczył, to herszt nie spoczął, dopóki go nie ukarał.

Grzegorz Schetyna zachowuje się jak herszt bandy?

(Śmiech) Nie chcę go obrażać, ale to jest ta sama mentalność. Próbuje budować swój autorytet dzięki silnej pięści i z braku alternatywy. To dlatego wyprodukował billboard ze swoim zdjęciem i hasłem „Razem obronimy Polskę”. Jakie razem, skoro on jest na tym plakacie sam? Tak samo było z konwencją – powinny na niej przemawiać trzy, cztery osoby, a nie tylko Schetyna, który głosi jedyną prawdę.

A wyobraża pan sobie, że Donald Tusk przechodzi do porządku dziennego nad sytuacją, że wiceprzewodnicząca partii nie pojawia się konwencji, tylko nagrywa własne przesłanie do działaczy?

Takiej sytuacji nie było za jego rządów, bo on nie wpadłby na pomysł, żeby zabronić Ewie Kopacz, pierwszej wiceprzewodniczącej Platformy, wystąpienia na konwencji. Ale ja przeżyłem swoje pod rządami Tuska i zapewniam, że był on zdecydowanie bardziej otwarty niż Grzegorz Schetyna.

Co takiego Pan przeżył?

Miałem przynajmniej dwa wystąpienia na posiedzeniu klubu, w których mocno i w ostrych słowach zakwestionowałem to, co Tusk robił. Po jednym z tych wystąpień Donald na korytarzu powiedział: „Jak ci się nie podoba, to wynoś się z partii”. Następnego dnia zadzwonił do mnie, poprosił, żebym do niego przyszedł, i powiedział: „Bardzo cię przepraszam, nerwy mi puściły”. Taki był Donald Tusk!

A za co Jacek Protasiewicz został wyrzucony z partii?

Nie wiem. Może za to, że trzy lata temu wygrał walkę o przywództwo na Dolnym Śląsku ze Schetyną. Właśnie za to zostały rozwiązane tamtejsze struktury.

Innych argumentów za jego wyrzuceniem nie było?

Była jeszcze rzekoma kolaboracja z Nowoczesną. On też chciałby usłyszeć wszystkie argumenty, dlatego się odwołał od decyzji zarządu. Jacek widział swoją przyszłość w PO, ale innej niż pod rządami Schetyny, otwartej na różne środowiska i różne argumenty.

Czy Schetynie brakuje inteligencji emocjonalnej, jak mówi Protasiewicz?

Tak. Brakuje mu też dystansu do siebie. To człowiek, który sam o sobie mówił w wywiadach, że nie umie przegrywać. Wyrzucenie z partii Jacka Protasiewicza dowodzi tej tezie. Za to garściami czerpie ze złych wzorców. On ma wiele talentów – jest dobrym organizatorem, czasami ma wyczucie polityczne, niestety jego rozdmuchane ego nad tym wszystkich góruje. Nie znosi konkurencji i sprzeciwu.

Nie znajduje Pan usprawiedliwienia dla jego zachowania? Jednak w pewnym momencie Donald Tusk zagiął na niego parol i starał się różnymi metodami upokorzyć go i wypchnąć z partii?

Nie znajduję usprawiedliwienia dla ograniczenia demokracji w klubie! Powszechnie wiadomo, że Tusk uznał w pewnym momencie, iż Grzegorz przestał być lojalny, bo podejmuje różne działania za plecami premiera, w terenie i w ministerstwach. Tusk go wtedy zdymisjonował, ale nie wypchnął na margines. Jednak Schetyna został szefem klubu.

A pamięta Pan taką konferencję, na której Tusk mówiąc, że Schetyna został szefem sejmowej komisji ds. zagranicznych, mówił do stojącego obok Grasia: "Paweł, przypomnij mi, jaka to komisja". To było upokorzenie Schetyny.

I co z tego? Naprawdę mam teraz odnosić się do wszystkich sporów między Tuskiem a Schetyną? Trzeba żyć przyszłością, a nie przeszłością. Polityka nie jest dla mimoz i pięknoduchów. W partii są żywe emocje, pada wiele twardych słów. Poziom adrenaliny w polityce jest dużo wyższy niż w innych zawodach. Być może Tusk popełniał błędy, ale była dyskusja, a po niej decyzja. Za jego czasów było nie do pomyślenia, żeby bez dyskusji w klubie kierownictwo nakazało wszystkim posłom przez aklamację przyjąć uchwałę w sprawie Wołynia. A teraz tak właśnie się stało. PiS skłócił nas z Niemcami, a przy wsparciu mojej kochanej Platformy zamierza nas też skłócić z Ukraińcami, bo przecież wiadomo, że teraz swoją uchwałę, antypolską, podejmie ukraiński parlament. I tak będziemy nakręcać spiralę niechęci, a Władimir Putin będzie klaskał. Nie wiem, czy posiadanie wrogów po obu stronach granicy jest dobrą polityką. Ten pomysł z przyjmowaniem uchwały przez aklamację jest samobójczy, a ja nawet nie mogłem zaprotestować inaczej niż wychodząc z sali. Nie mogę uwierzyć, że Grzegorz Schetyna, były minister spraw zagranicznych, zgodził się na tę uchwałę.

Dlaczego taka decyzja została podjęta w kierownictwie PO?

Nie wiem. Przecież nie toczyła się żadna dyskusja. Planowano instrukcję głosowania,na której przy uchwale w sprawie rzezi wołyńskiej miało być napisane „aklamacja”. I tyle. Przypuszczam, że Schetyna bał się, iż PO zostanie uznana za popleczników banderowców. Ale myśmy przez to przeszli trzy lata temu, kiedy przyjmowaliśmy uchwałę na 70-lecie wydarzeń na Wołyniu. I przeżyliśmy. Prawdą jest, że Ukraińcy wymordowali ponad 100 tys. Polaków z podpuszczenia Bandery, ale czy mamy do końca świata mówić o nich „ludobójcy” i ustawiać wojska na granicy z Ukrainą?

Jakie będą dalsze losy PO?

Partia jest na rozdrożu – jeżeli się otworzy, pójdzie szerszym frontem, to ma szansę na sukces. Może działacze PO przekonają przewodniczącego, że wszedł na złą drogę.

Ale raczej Pan w to nie wierzy?

To jest mało prawdopodobny scenariusz.

A jaki jest drugi? Rozłam?

Rozłam nie jest jeszcze taki zły dla partii i dla wyborców. Najgorzej jest, gdy partia cieknie – jednego dnia odchodzą trzy osoby, innego dwie zostają wyrzucone. To jest najbardziej destrukcyjny scenariusz z możliwych.

A przy tym najbardziej realny.. Podobno Cezary Grabarczyk i Cezary Tomczyk są następni w kolejce do wyrzucenia. Schetyna powiedział im, że albo są w środku, albo wypadają z gry.

Grzegorz ma taki język, co nie oznacza, że wcieli swoje słowa w życie.

Pan też usłyszał coś takiego?

Nie. Nie rozmawiałem z nim od czasu pewnej zaskakującej sytuacji – miesiąc temu podczas nocnych głosowań przysiadł się do mnie i mówi: „Stasiu, mój przyjacielu, tak dawno nie rozmawialiśmy, a przecież mamy tyle wspólnych tematów”. Ja na to: „Grzegorzu, zawsze byłeś moim przyjacielem, ale nie zdradzałeś ostatnio chęci do rozmowy”. „A tak jakoś zatęskniłem”, powiedział Schetyna. Niestety dalej rozmowa się nie kleiła i po głosowaniach się rozeszliśmy. To było po północy. Być może o takiej porze z ludzi wychodzą ich lepsze osobowości, a może wrócił z czyichś imienin (śmiech).

Czy Ewa Kopacz może odejść z PO? Podobno bardzo dotknęło ją wyrzucenie Michała Kamińskiego.

Ona jest twarda. Nie sądzę, żeby była chętna do wyjścia z partii. Natomiast nie jestem pewien, czy Schetyna jej nie wyrzuci. To doprowadziłoby do rozpadu partii, bo sądzę, że za Ewą poszłoby wielu ludzi. Z kolei jeżeli on wyrzuci np. 20 osób, a jej nie, to ona może pójść za tymi wyrzuconymi. Dziś jest w zarządzie osamotniona, bo jest jeden lider i wszyscy na niego pracują.

A czy Pan głosował na wybór Schetyny jako lidera?

Mam święte prawo odmówić odpowiedzi na to pytanie. Mogłem go skreślić, ale mogłem go poprzeć z nadzieją, że przywództwo go zmieni. Że weźmie sobie do serca słowa ustępującej Ewy Kopacz, żeby nie patrzył w tył, tylko do przodu. Niestety mieliśmy jednego kandydata. Co by było z partią, gdyby wybrało go, powiedzmy, 52 proc. działaczy? A dostał ponad 90. Ma mandat, a mimo to wyrzuca ludzi, choć przecież Huskowski ani Protasiewicz mu nie zagrażają.

Ale Ewa Kopacz może mu zagrozić.

Zapracowała sobie na szacunek. Przegrała wybory na szefa klubu, bo odbyły się po przegranych wyborach parlamentarnych i większość uznała, że partii potrzebne jest nowe otwarcie. Ale dziś wielu posłów chętnie zmieniłoby tamten werdykt. Ewa od tego czasu miała kilka świetnych wystąpień, pokazała się jako liderka, błyskawicznie odbudowuje swój autorytet. Grzegorz został wybrany na cztery lata, ale w polityce nic nie jest na pewno.

Co będzie z Panem. Pozostanie Pan posłem niezrzeszonym?

Tak. Co prawda jest nas trzech i moglibyśmy założyć koło, ale przynajmniej teraz nie uważam tego za właściwe. Zobaczę, co się będzie działo w PO. Może jakimś cudem sąd koleżeński przywróci mnie do partii.

Chciałby Pan?

Tak. Nie obraziłem się na Platformę. Ta partia była przez wiele lat całym moim życiem. Jest w niej wielu cudownych ludzi. To są moi koledzy i przyjaciele, choć nie jest fajnie witać się z kolegami z zarządu, którzy głosowali za usunięciem mnie z partii.

Patrzą Panu w oczy?

Jedni tak, inni nie. Dla mnie jednak najważniejsze, że ja nie mam powodu, aby unikać ich spojrzeń.

Okładka tygodnika WPROST: 30/2016
Więcej możesz przeczytać w 30/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • franek IP
    A cóz sie czlowieku tak dziwisz??? PO zawsze bylo PZPR-em BIS, to i zasady funkcjonowania te same.... jednomyslnosc, towarzysze ! Partia to reka milionopalca w jedną miazdzącą pięsć zaciśnięta. A skoro zachcialo Ci sie myslec samodzielnie, to BŁĄD !

    Czytaj także