Nowy Wersal w Europie

Nowy Wersal w Europie

Zaczęło się rozdanie ról na kilka następnych dekad
Gdy kilka dni temu Angela Merkel przyleciała na rendez-vous z Nicolasem Sarkozym w Tuluzie, z hangarów lotniska rozniosły się kłęby dymu, a wiatr zwijał czerwony dywan. Dowódca kompanii honorowej kazał żołnierzom przydepnąć krawędź wykładziny i plecami osłonić kanclerz RFN przed spalinami.
W tej scenie widać swoistą symbolikę: Sarkozy i Merkel znają się i lubią od dawna, ale w ich relacjach zmieniły się okoliczności. Sarko nie jest już zabiegającym o względy kandydatem na prezydenta, lecz głową państwa z wielkimi ambicjami.
Tego samego dnia wieczorem Merkel gościła w Berlinie Gordona Browna. Nowy premier Wielkiej Brytanii nie złożył pierwszej zagranicznej wizyty w Waszyngtonie. Na inauguracyjną podróż nie wybrał też Paryża, lecz stolicę RFN. To sygnał dla Amerykanów, że jego rząd zamierza otworzyć nowy rozdział w stosunkach z USA. W Europie trwa wielkie tasowanie, które może zmienić układ sił i oblicze unii.

Francuski stolik do brydża
Po fali entuzjazmu w RFN następuje rozczarowanie: gdy prezydent Sarkozy kilka godzin po zaprzysiężeniu odwiedził Urząd Kanclerski, niemieckie gazety rozpisały się o cudownie funkcjonującym francusko-niemieckim tandemie, ale wystarczyło parę tygodni, by magazyn „Der Spiegel" skomentował, że nowy gospodarz Pałacu Elizejskiego obrał kurs konfrontacji z Angelą Merkel. Prezydent Francji serwuje przyjaciółce znad Szprewy ostentacyjne buzi-buzi, nie uznał jednak za stosowne omówić z nią konsultowanej z innymi krajami kandydatury byłego ministra finansów Dominique’a Straussa-Kahna na szefa Międzynarodowego Funduszu Walutowego ani nowej koncepcji rozwiązania problemów na Bliskim Wschodzie, o której Merkel dowiedziała się z prasy. Sarkozy przystąpił do politycznego brydża, w którym sam sobie przyznał rolę króla pik: między Paryżem i Berlinem rozpoczęła się kolejna rozgrywka o pozycję i wpływy obu krajów w Europie i na świecie.

Od zażyłości po inwektywy
„O następnej wojnie z Niemcami" – taki symptomatyczny tytuł nadał swej książce o relacjach Berlina z Paryżem Philippe Delmas. Ten były wiceprezes Airbusa, a wcześniej doradca rządu Francji ds. bezpieczeństwa wyliczył aż 23 wojny francusko-niemieckie w ostatnich czterech stuleciach, które „tylko potwierdzają, że obawy wobec Niemiec są uzasadnione". Według Delmasa, Niemcy mają problem z „tożsamością narodową, która stanowi kuźnię niepokoju pierwszej klasy". O ile w stosunkach międzyludzkich Francuzi i Niemcy nie traktują się już jak odwieczni wrogowie, więzi na płaszczyźnie politycznej wciąż przypominają sinusoidę, od manifestowania zażyłości po inwektywy.
Już prezydent Charles de Gaulle i kanclerz Konrad Adenauer defilowali razem w odkrytym samochodzie, trudno ich jednak posądzać o wzajemną sympatię. Podobnie było z następcą Adenauera Ludwigiem Erhardem czy parą Willy Brandt i Georges Pompidou. Paryż i Bonn zbliżyły najpierw interesy, zapoczątkowane przez powołanie Wspólnoty Węgla i Stali. Przełom psychologiczny nastąpił dopiero w 1984 r., po uścisku dłoni François Mitterranda i Helmuta Kohla nad grobami ofiar pierwszej wojny światowej. Znaczenie przyjaźni tych polityków w kształtowaniu Unii Europejskiej trudno przecenić, jednak już za rządów chadeckiego kanclerza na linii Paryż – Bonn pojawiły się poważne zgrzyty.
Francuzi z trudem przełknęli Anschluss NRD przez RFN. Na marginesie zburzenia muru berlińskiego wyszło na jaw, że nowy rozdział w najnowszej historii obu narodów był fasadą, pod którą kryły się dawne uprzedzenia. „Czy należy się bać wielkich Niemiec?" - pytał „Le Figaro". Francuzi obawiali się, nie bez racji, że zjednoczone Niemcy zechcą grać pierwsze skrzypce w europejskiej orkiestrze ich kosztem. Wkrótce Kohl dostarczył dowodów na zakończenie etapu uległości wobec Paryża: mimo oporu Francji wywalczył zaostrzenie kryteriów konwergencji przed unią walutową i niezależność Europejskiego Banku Centralnego od polityki. Paryż i Bonn starły się też w walce o nominację pierwszego szefa Europejskiego Banku Centralnego. Ostatnie wątpliwości nad Sekwaną co do postępującego przeobrażenia w bilateralnych stosunkach rozwiał Gerhard Schröder, który w 1998 r. odmówił przyjazdu na obchody 80. rocznicy zakończenia I wojny światowej. Dał tym samym do zrozumienia, że Niemcy nie będą się dłużej bić w piersi za grzechy z przeszłości. Po tym geście rząd w Paryżu irytowała niemal każda inicjatywa Schrödera: od gospodarczego „neoliberalizmu" i jego reform, po wizję Europy jutra.
Kością niezgody stała się najpierw chęć urynkowienia rolnictwa w UE przez kanclerza i ograniczenia wpłat Niemiec do unijnej kasy. Francuzi są największymi biorcami subwencji rolnych z Brukseli. Gdy szef dyplomacji RFN przedstawił propozycję przebudowy struktur zarządzania we wspólnocie, francuski minister spraw zagranicznych Hubert Vedrine nazwał Joschkę Fischera „szczurołapem, wiodącym ludzi ku okrutnemu rozczarowaniu". Konflikt osiągnął apogeum po ogłoszeniu przez kanclerza projektu nowego podziału kompetencji unijnych organów, który w Paryżu uznano za „germanizowanie kontynentu". Ówczesny minister ds. Europy Pierre Moscovici strofował Niemców za „arogancję" i „forsowanie narodowych interesów podczas przewodnictwa w Radzie UE". Schröder zrewanżował się epitetami o „lewackim wstecznictwie Francuzów” i totalną krytyką za przebieg szczytu w Nicei. Francja i Niemcy starły się o podział miejsc w Radzie Ministerialnej; RFN, mająca 82 mln mieszkańców, domagała się większej liczby reprezentantów od 52-milionowej Francji, co doprowadziło Paryż do wściekłości.
Choć po Nicei „Le Monde" obwieścił „ostateczne pęknięcie niemiecko-francuskiego motoru", nastąpiło kolejne pojednanie. Wspólna komisja przygotowała eurokonstytucję, w której RFN i Francja zagwarantowały sobie dominującą rolę w UE, zainspirowały utworzenie europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO i zjednoczyły się w walce – jak to określił Vedrine – z „jednowładztwem USA". Konflikt ucichł, co nie znaczy, że Berlin i Paryż zarzuciły rywalizację o wpływy.

Więcej Browna
Kanclerz Schröder, który początkowo szukał zbliżenia z Wielką Brytanią, szybko zrozumiał, że wierny USA Tony Blair nie pomoże mu w politycznej nobilitacji Niemiec i w staraniach o dostawienie krzesła dla RFN w stałym składzie Rady Bezpieczeństwa ONZ. Schröder szybko przeprosił się z prezydentem Jakiem Chirakiem i do spółki z rosyjskim przyjacielem Władimirem Putinem stworzył nową oś, która spełniła najskrytsze marzenia tego ostatniego: o skłóceniu Europy, podminowaniu mostu transatlantyckiego i monolitu NATO.
Jednak ostatnie powyborcze rozdanie przekreśla te rachuby. Kanclerz Merkel odbudowała przy czekoladowym deserze w Białym Domu stosunki Niemiec z USA, a w sali kominkowej letniej rezydencji prezydenta Rosji w Soczi uzmysłowiła Putinowi, że nie może na nią liczyć w azjatyzacji Europy. Ulubienica Niemców, która na skali popularności bije w swym kraju rekordy, zebrała też punkty na arenie międzynarodowej. Dla Sarkozy’ego nie są to najlepsze wiadomości; RFN pod rządami Merkel przejęła jedną z pierwszoplanowych ról w unii i w grupie G-8 – najbardziej rozwiniętych krajów świata. Francuski „król pikowy" chciałby sprowadzić znaczenie Merkel w międzynarodowej talii do roli „damy kier". W przeciwieństwie do Chiraca nie pała on antyamerykanizmem i zapowiedział szukanie zbliżenia z Waszyngtonem. Tymczasem Gordon Brown, następca Blaira, zdążył już zademonstrować dystans do USA i stara się ocieplić stosunki z Berlinem.
Relacje Niemców i wyspiarzy w powojennej historii sprowadzały się do politycznej poprawności. Premier Margaret Thatcher traktowała Helmuta Kohla jak zło konieczne i nie kryła obaw co do likwidacji niemiecko-niemieckiej granicy. Niemcy mają za złe Anglikom, że do dziś patrzą na nich przez pryzmat Hitlera. Czy Brownowi uda się przełamać lody? Na zachętę następca Blaira podczas pierwszej wizyty nad Szprewą przekonywał Merkel, że też jest za scalaniem Europy, zacieśnieniem współpracy w unii, a nawet za zamianą przez jego rodaków funtów na euro. Sugerował też pogłębienie stosunków z Chinami i Indiami. Brown jest Szkotem i – jeśli się oprzeć na stereotypach – wykazuje wyrachowanie, ale fakty mówią same za siebie: Brytyjczycy nie chcieli przystąpić do układu z Schengen ani do unii walutowej, a na niedawnym szczycie w Brukseli odrzucili Kartę Praw Podstawowych i storpedowali zamiar powołania ministra spraw zagranicznych UE. Choć brytyjski rząd reprezentował jeszcze Blair, ściśle konsultował te sprawy ze swym następcą.
Brown chce się posłużyć Niemcami, by wykazać niezależność od Waszyngtonu. Jak sugeruje „The Guardian", Merkel ma mu pomóc w skłonieniu Białego Domu do elastycznej polityki „soft power", opartej na międzynarodowych instytucjach – zreformowanej ONZ, Banku Światowym i Światowej Organizacji Handlu. Dla kanclerz Niemiec to dar niebios. Merkel na początku swej kadencji usiłowała rozluźnić więzy z Chirakiem i skonstruować nową eurolokomotywę w stosunkach międzynarodowych, wykorzystując Waszyngton, Londyn, Berlin i Warszawę. Jednak sygnały wysyłane przez nią m.in. podczas spotkania z prezydentem Kaczyńskim na Helu rozbiły się o mur zaszłości po obu stronach naszej granicy. Po ostatnich lansadach prezydenta Francji w berlińskich kuluarach szepce się, że w polityce Merkel będzie obowiązywać zasada: mniej Sarkozy’ego, więcej Browna. W ten sposób Niemcy mogą się stać języczkiem u wagi w polityce europejskiej i stosunkach transatlantyckich.

Polski walet
„Czy Merkel musi się obawiać nowego prezydenta Francji?" – pytał komentator „Frankfurter Allgemeine Zeitung". I odpowiedział: „Oboje są wystarczająco mądrzy, aby wiedzieć, że tylko wtedy pójdą do przodu, gdy będą ciągnęli za ten sam powróz". Pierwsza potyczka Niemiec z Francją w Tuluzie skończyła się kompromisem.
Po walce o kierownictwo w europejskiej korporacji EADS – politycznym przedsięwzięciu w lotniczej rywalizacji z Amerykanami – Sarkozy i Merkel zdecydowali się na dwie osoby: szefem rady nadzorczej został Niemiec Rüdiger Grube, a szefem spółki Francuz Louis Gallois. Był to jednak jeden z łatwiejszych problemów. Do rozwiązania pozostaną znacznie trudniejsze: z powodów geograficznych zainteresowanie Niemiec koncentruje się na wschodzie Europy, a Francji – na południu. Francuzi nie stronią od państwowego interwencjonizmu i protekcjonizmu w gospodarce – Sarkozy zdążył skrytykować niezależność eurobanku od polityki, a Niemcy opowiadają się za szerokim urynkowieniem i liberalizacją gospodarki, w tym sektora rolnego, i rygorystyczną polityką finansową.
Pierwszą poważniejszą partią w nowym rozdaniu ról na scenie Europy będzie najbliższa konferencja międzyrządowa, na której głównymi aktorami będą Niemcy, Francja, Wielka Brytania i Polska. Najbardziej dyskusyjnymi punktami są ustalenia z Joaniny i Karta Praw Podstawowych. Wielka Brytania i Polska teoretycznie zostały same na placu boju i powinny zewrzeć szeregi. Wkrótce okaże się, jakie znaczenie miały zapewnienia Browna złożone Merkel w Berlinie. Podczas gdy w stolicy Niemiec gorączkowo analizuje się, jakie znaczenie dla republiki może mieć nowa obsada w Paryżu i Londynie, Lech Kaczyński wrócił ze spotkania w Białym Domu i oznajmił, że „kwestia tarczy jest przesądzona". Mówiąc jasnym tekstem, nie chodzi o Iran, lecz o to, aby USA, które nie chciały nas bronić jak w 1945 r., w razie potrzeby przynajmniej osłaniały swą bazę rakietową na polskiej ziemi. Nie zmienia to faktu, co często zaznacza prof. Zbigniew Brzeziński, że dla USA pozostaniemy „krajem drugo- lub trzeciorzędnym". Sytuację mogą zmienić lepsze stosunki z europejskimi partnerami, w myśl zasady: im silniejsza pozycja Polski w unii, tym większe atuty Warszawy w relacjach z Waszyngtonem. Niestety, na razie Polska nie ma w unii sprzymierzeńca.
Minister spraw zagranicznych RFN Frank-Walter Steinmeier jest „bardzo zaniepokojony" zerwaniem przez Putina porozumienia o ograniczeniu sił konwencjonalnych w Europie. Dla wychowanka KGB każdy pretekst do wykazania światu, że osłabiona po rozpadzie ZSRR Rosja wraca do sił, jest dobry. Polska nie jest już przedmiotem, lecz podmiotem międzynarodowej gry. Od naszej polityki zagranicznej będzie zależeć, czy w nowym europejskim rozdaniu będziemy czymś więcej niż waletem trefl. 
Okładka tygodnika WPROST: 30/2007
Więcej możesz przeczytać w 30/2007 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także