W poniedziałek, 13 lipca do sieci trafiło nagranie, na którym widać, jaka dorosły mężczyzna krzyczy i zachowuje się agresywnie wobec 12-letniej dziewczynki ukraińskiego pochodzenia. Sprawca został rozpoznany przez swojego pracodawcę, MZK w Bielsku-Białej i został zatrzymany przez policję. Sprawa była na tyle bulwersująca, że w ciągu kilkunastu godzin temat eksplodował w sieci. Z analizy Res Futura wynika, że zasięg dyskusji między 12 a 13 lipca oszacowano na 14 mln, a rozmowa bardzo szybko przestała dotyczyć wyłącznie samego zdarzenia. Najmocniejsza fala komentarzy zaczęła łączyć atak nie tylko ze sprawcą, ale też z politycznym klimatem wokół prawicy. W tej interpretacji incydent stał się dowodem na wzrost wrogości wobec Ukraińców i efekt języka używanego przez część klasy politycznej.
Atak na małe Ukrainki w autobusie. Najmocniej wybrzmiała teza o "klimacie nienawiści"
Z analizy wynika, że wyraźnie silniejsza była narracja przypisująca zdarzenie szerszemu zjawisku społecznemu i politycznemu. Szacunkowo 62 proc. ocen szło w stronę tezy, że atak był efektem szczucia polityków, a 38 proc., że to wyłącznie wina jednego człowieka.
To właśnie ten pierwszy kierunek najmocniej przebił się do debaty. Wpisy łączyły incydent z wcześniejszą retoryką antyukraińską i wskazywały, że problem nie kończy się na jednym sprawcy. Dodatkowo silny ładunek emocjonalny – dziecko jako ofiara – wyraźnie napędzał zasięgi.
Kontrnarracja też rosła. Pojawiły się Wołyń i sugestie prowokacji
Równolegle rozwijała się druga opowieść. Jej autorzy przekonywali, że media i politycy próbują wykorzystać incydent do uderzenia w prawicę. Część wpisów odwoływała się do Wołynia, polityki historycznej Ukrainy i wcześniejszych napięć między Polakami a Ukraińcami.
Pojawił się też bardziej radykalny wątek podważający autentyczność nagrania i sugerujący prowokację. Ten nurt nie był dominujący, ale zwraca uwagę jego spójność językowa. W analizie oszacowano, że ok. 6 proc. aktywności mogło nosić cechy koordynowanego wzmacniania wybranych przekazów.
Bierność świadków i opowieść o polskim społeczeństwie
Poza politycznym starciem mocno wybił się jeszcze jeden wątek. Chodzi o reakcje pasażerów, a raczej ich brak. Wielu komentujących zwracało uwagę nie tylko na zachowanie napastnika, ale też na to, że nikt skutecznie nie stanął w obronie dzieci. To jeden z niewielu elementów dyskusji, który przekraczał podziały polityczne. Właśnie dlatego ma potencjał, by utrzymać się dłużej niż sam spór o odpowiedzialność polityków. Czysto informacyjna warstwa sprawy, czyli zatrzymanie mężczyzny i ustalenie, że był pracownikiem miejskiego przewoźnika – szybko zaczęła wygasać. W centrum została już nie sama interwencja służb, ale walka o interpretację całego zdarzenia.
Mężczyzna zwolniony z pracy po napaści na ukraińskie dzieci
Miejski Zakład Komunikacyjny w Bielsku-Białej potwierdził, że zatrzymany mężczyzna był pracownikiem spółki zatrudnionym na stanowisku kierowcy. W chwili ataku na ukraińskie dzieci nie wykonywał jednak obowiązków służbowych, przebywał na zwolnieniu lekarskim. Został zwolniony z pracy w trybie natychmiastowym. Spółka zamierza również złożyć zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Przewoźnik podkreślił, że nie akceptuje agresji, przemocy ani zachowań motywowanych uprzedzeniami.
Czytaj też:
Ataki na Ukraińców w Polsce. „To tylko ekscesy, a nie trend. Wierzę, że przyjdzie opamiętanie” Czytaj też:
Czarnek składa uchwałę w Sejmie. „Dla Ukrainy nie ma miejsca”
