Przebudzenie śpiocha

Przebudzenie śpiocha

Postawienie zarzutów Hannie Suchockiej rozważali prokuratorzy w sprawie Petera V.
Jego życie wygląda tak, jakby w pewnym momencie został wybrany i zaprogramowany do specjalnych zadań. Niczym tytułowa bohaterka filmu „Nikita" Luca Bessona. To jedna z najbardziej tajemniczych postaci PRL i III RP. Morderca, w ekspresowym tempie ułaskawiony przez Aleksandra Kwaśniewskiego, nazywany był kasjerem lewicy. Dziś Peter V. jest podejrzany o pranie pieniędzy i pomoc w nielegalnym przywłaszczeniu na początku lat 90. około 70 mln zł. Znany z zamiłowania do luksusu V. zamienił szwajcarską willę na niewielką celę aresztu przy ul. Mikołowskiej w Katowicach.Jak ustalił „Wprost", prokuratorzy z Katowic oraz kierownictwo Prokuratury Krajowej rozważali, czy w sprawie Petera V. nie postawić zarzutów Hannie Suchockiej, byłej minister sprawiedliwości. – Suchocka mówiła, że nikt u niej nie zabiegał o ułaskawienie V. Tymczasem w tej sprawie interweniował u niej Jan Król, były działacz Unii Wolności – mówi prokurator pracujący przy sprawie. Według naszego informatora, Król był dobrym znajomym V., w czasie wyjazdów do Szwajcarii zatrzymywał się w jego domu. – Nie mam nic do powiedzenia w tej sprawie – mówi zdenerwowany Król. Z Hanną Suchocką nie udało nam się skontaktować. W aktach sprawy znajduje się dokument, w którym prokurator informuje, że w sprawie Petera V. nie zaszły żadne okoliczności, które uzasadniałyby wszczęcie procedury ułaskawieniowej. Na dole jest przekreślony odręczny dopisek: „Na wniosek minister sprawiedliwości wszcząć procedurę ułaskawieniową". Pod nim dopisano: „Zgodnie z decyzją wiceprokuratora generalnego Włodzimierza Wolnego wszcząć procedurę ułaskawieniową".

VIP za kratami
Historia Petera V., wówczas Piotra Filipczyńskiego, zaczyna się w 1971 r., gdy będąc synem peerelowskiego dygnitarza (jego ojciec Tadeusz był wysoko postawionym dyplomatą), postanowił zdobyć pieniądze na sylwestrową zabawę. Nie wiadomo, dlaczego bananowy młodzieniec zdecydował się napaść na 75-letnią guwernantkę swojego znajomego. Zaatakował ją niedaleko rodzinnego domu w Komorowie. Podczas procesu prokurator podkreślał brutalność tego mordu: „Filipczyński bił kobietę tłuczkiem, masakrując jej głowę, a jej ciało podpalił, aby pozacierać ślady. Ukradł 12 tys. zł, równowartość kilku ówczesnych pensji". Łup przepił na prywatce. Morderstwo wywołało szok w Komorowie. – To był bardzo inteligentny chłopak i niczego mu nie brakowało. Jego rodzice bardzo to przeżyli, po zbrodni wyprowadzili się z Komorowa – opowiada jeden z mieszkańców.
Tylko dlatego, że w momencie zbrodni Filipczyński miał 17 lat, nie został skazany na karę śmierci, ale na 25 lat więzienia. Nie pomogła mu nawet obrona znanego warszawskiego adwokata Władysława Pocieja. W więzieniu ukończył liceum i nauczył się języka niemieckiego. Za kratami traktowano go jak VIP-a. Według naszego informatora, po zdaniu matury miał indywidualny tok studiów. A do więziennej celi przychodzili do niego na wykłady profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego. – Moim zdaniem, już wtedy przygotowywano go do roli agenta służb specjalnych. Nie znam innego przypadku, by ktoś w tamtych latach był tak traktowany – twierdzi nasz rozmówca, który widział akta Petera V. To by oznaczało, że V. był klasycznym „śpiochem".
Po niespełna ośmiu latach odsiadki, we wrześniu 1979 r., Filipczyński w tajemniczych okolicznościach dostał zgodę na przerwę w odbywaniu kary, a 18 lipca 1983 r., mimo stanu wojennego, wyjechał z Polski. Kilka miesięcy później Rada Państwa przychyliła się do wniosku Filipczyńskiego i złagodziła wyrok do 15 lat więzienia, „Byłem synem dyplomaty. Uwadze ślamazarnej machiny biurokratycznej nie uszłoby przecież tak łatwo, że byłem karany" – przyznał w 2005 r. Peter V. w rozmowie ze współpracującymi z „Wprost" dziennikarzami szwajcarskiego pisma „Facts".

Służbowa ucieczka
Zdaniem śledczych zajmujących się sprawą, „ucieczka" Filipczyńskiego była zaplanowaną operacją polskich wojskowych służb specjalnych. W werbunku Filipczyńskiego miały pomóc kontakty jego ojca z SB. Prokuratorzy badający sprawę ułaskawienia późniejszego bankiera ściągnęli z Instytutu Pamięci Narodowej jego teczkę. Okazuje się, że w latach 80. Tadeusz Filipczyński pisał m.in. obszerne raporty o nastrojach wśród pracowników państwowych firm.
Losy Filipczyńskiego po wyjeździe z Polski są bardzo tajemnicze. Wiadomo, że bezskutecznie starał się o azyl w Szwajcarii, ale w końcu na kilka lat wylądował w Niemczech. Podróżował po świecie, pojawiając się m.in. w Argentynie. Skończył też studia informatyczne. W 1988 r. przyjął panieńskie nazwisko matki. Miał już wtedy niemiecki paszport i stawiał pierwsze kroki w świecie finansów. W połowie lat 90 V., pracujący dla holenderskiego koncernu telekomunikacyjnego KPN, zaczął się pojawiać w Polsce. Spotykał się z Janem Królem (UW), Jackiem Piechotą i Andrzejem Szarawarskim (SLD). Cała trójka dzisiaj przekonuje, że w ich kontaktach nie było zażyłości. V. nie przeszkadzało, że jako zbieg jest poszukiwany listem gończym. Czuł się pewnie, ponieważ nakaz aresztowania był wystawiony na nazwisko Filipczyński, a on posługiwał się niemieckim paszportem. Interpol zatrzymał V. dopiero w 1998 r., kiedy był już pracownikiem banku Coutts. Bronił go adwokat Andrzej Sandomierski (był pełnomocnikiem Aleksandra Kwaśniewskiego w procesie przeciwko „Życiu" za tekst „Wakacje z agentem"). Sandomierski wysłał podanie o ułaskawienie i zaledwie po miesiącu od zatrzymania decyzją ówczesnego zastępcy prokuratora generalnego Stefana Śnieżki Peter V. został wypuszczony. – W areszcie V. czuł się bardzo źle, choć był zdyscyplinowany. Sprawiał jednak wrażenie, że nie spodziewa się dłuższego pobytu za kratami – wspomina jeden z funkcjonariuszy służby więziennej. Po wyjściu z aresztu V. wyjechał do Szwajcarii, a pół roku później prezydent Aleksander Kwaśniewski ułaskawił go, darując wykonanie reszty kary z pięcioletnim okresem próby.

Łowca klientów
W latach 1998-2002 Vogel wielokrotnie odwiedzał Polskę, szukając klientów na VIP-owskie konta w swoim banku. Jerzy Urban, naczelny tygodnika „Nie", w rozmowie z „Wprost" wspomina, że w latach 1998-2001 kilkakrotnie spotykał się z bankierem. –Mówił, że ma dla mnie propozycję lokaty w swoim banku. Był bardzo sympatyczny, bystry i elokwentny. Mówił, że różne osobistości z pierwszych stron gazet są klientami jego banku, a następnie przedstawił różne propozycje, na przykład założenia jakiejś fundacji – mówi Urban.
V. był zainteresowany pozyskaniem jako klientów polityków, ale i najbogatszych Polaków. – Prosił o kontakt z Aleksandrem Gudzowatym, ale mu nie pomogłem – mówił Jacek Piechota „Dziennikowi". Później pojawiła się informacja, do dzisiaj oficjalnie niepotwierdzona, że Piechota miał mieć założone przez V. tajne konto na hasło „Archibald". Pojawiły się też sugestie, że Piechota miał dostęp do konta ojca Petera V.

Polisa z milczenia
– Zawsze był nienagannie ubrany, miał dobre maniery, gust w kwestii win i mocniejszych alkoholi – mówi jeden z jego znajomych. Znany warszawski prawnik twierdzi jednak, że bankier, choć sprawiał wrażenie inteligentnego, był przeciętniakiem. – Odniosłem wrażenie, że wiele jego zachowań to wyuczone pozy – opowiada adwokat. I tu znowu nasuwają się analogie z „Nikitą" Bessona, gdzie morderczyni staje się agentką tajnych służb, a podczas długiego treningu uczy się wykwintnych manier, sposobu ubierania, ukrywania emocji.
V. bardzo mocno jest związany ze swoją matką. W niedzielę wielkanocną przyjechał do niej swoim porsche cayenne, aby złożyć życzenia i zjeść świąteczne śniadanie. Tam też został zatrzymany przez CBŚ i zabrany do Katowic. Sąsiedzi matki z warszawskiej Ochoty twierdzą, że kobieta często mówiła z dumą o swoim synu i o tym, jak bardzo się zmienił od tragicznych wydarzeń z Komorowa. V. ma też dom w pobliżu popularnego kurortu Davos. Uwielbia szwajcarskie Alpy, gdzie chętnie jeździ na nartach. Kupił również nieruchomość w Piasecznie, gdzie najprawdopodobniej zamierzał spędzać czas podczas pobytów w Polsce.
Petera V. obciążają m.in. zeznania jego byłego klienta Marka Dochnala, który pierwszy powiedział śledczym o tajnych kontach, na które miały wpływać łapówki i pieniądze polityków lewicy. Jeżeli V. zdecyduje się na współpracę z wymiarem sprawiedliwości, może liczyć na status świadka koronnego, który zapewni mu szczelną ochronę. Wiedza Petera V. – zarówno z czasów jego kariery bankowej, jak i młodości – może być bardzo niebezpieczna. Problemem jest to, czy V. ma jakikolwiek interes w ujawnianiu tajemnic klientów i swoich własnych. Może być raczej tak, że jego polisą bezpieczeństwa jest właśnie milczenie.


LISTA PETERA V.
W 2006 r. Marek Dochnal zeznał, że Peter V. mówił mu o tajnych kontach, które w latach 90. założyli z pomocą bankiera politycy lewicy.

Marek Ungier

były szef kancelarii prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Peter V. twierdził w wywiadach, że nigdy nie poznał Ungiera i nic nie wie o jego kontach

Marek Siwiec
były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Zaprzeczył rewelacjom o tajnym koncie

Jacek Piechota
były minister gospodarki. Przyznał się do okazjonalnej znajomości z V. i wyznaczył nagrodę dla każdego, kto znajdzie jakiekolwiek jego tajne konto

Mariusz Łapiński
były minister zdrowia. Informacje o tajnym koncie uważa za bzdury, a V. – jak twierdzi – nigdy nie zajmował się jego finansami

Aleksander Nauman
były szef Narodowego Funduszu Zdrowia. W 2005 r. Peter V. w rozmowie z oficerem ABW stwierdził, że Nauman miał u niego specjalne konto

Władysław Bartoszewicz
ścigany listem gończym były dyrektor w Ministerstwie Przekształceń Własnościowych, późniejszy szef Polkomtelu. Jest podejrzany o to, że w połowie lat 90. przyjął od Marka Dochnala milion dolarów łapówki za informacje o prywatyzacji cementowni Ożarów


Pralnia milionów
Peterowi V. postawiono na razie dwa poważne zarzuty: pomocnictwa w przywłaszczaniu pieniędzy Marka Dochnala oraz prania pieniędzy. Kwota tych ostatnich operacji przekracza 70 mln zł. Dowody zebrano dzięki informacjom uzyskanym w Szwajcarii i Liechtensteinie. Z ustaleń śledczych wynika, że Peter V. zakładał tajne konta dla części swoich VIP-ów, rejestrując je na podstawione osoby, w tym członków
własnej rodziny. Sam V. zaprzecza zarzutom i nie przyznaje się do winy. W areszcie śledczym przy ul. Mikołowskiej w Katowicach trafił do trzyosobowej celi.

 

Okładka tygodnika WPROST: 14/2008
Więcej możesz przeczytać w 14/2008 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także